„Gdzie, do diabła, jest moja suszarka? W tym bałaganie niczego nie da się znaleźć! Lew, widziałeś małe niebieskie pudełko z suszarką? A gdzie jest żelazko? I co ja mam teraz zrobić? Przysięgam, że opisałam wszystkie kartony, a teraz już nie wiadomo, co jest czym. Lowa, słyszysz mnie?”
Żenia bezskutecznie próbowała nadać jakiś sens stercie kartonów i toreb piętrzących się na środku pokoju.
Jej mąż oczywiście nie mógł jej usłyszeć przez huk wiertarki i elektrycznego śrubokręta. Był zajęty składaniem szafy w sypialni. Potrzebowali miejsca, żeby gdzieś pochować swoje rzeczy, a w nowym mieszkaniu mebli wciąż było niewiele.
„Wygląda na to, że będę musiała rozpakować wszystkie pudła. Nie ma od tego ucieczki” — mruknęła Żenia, niechętnie patrząc na całą tę stertę.
W tej samej chwili telefon jej męża, leżący na parapecie dużego okna z malowniczym widokiem, zawibrował i odezwał się długim, natarczywym dzwonkiem.
„Tego tylko brakowało!” — warknęła Żenia, stojąc pośród pudeł, bez możliwości szybkiego wydostania się. „Lowa, słyszysz mnie? Ktoś do ciebie dzwoni. Odbierz! Ja nie mogę”.
Mąż nie zareagował; nie usłyszał ani jej, ani telefonu. Komórka jeszcze przez chwilę nerwowo dzwoniła, po czym ucichła.
Wreszcie spełniło się marzenie małżeństwa: udało im się kupić nowe mieszkanie. I to nie byle jakie — mieszkanie nad samym morzem! Wprowadzili się dosłownie dzień wcześniej, więc na razie panował tam kompletny chaos.
Telefon znów zaczął dzwonić, irytując Żenię.
„Kto, do licha, nie może zostawić nas w spokoju?” — pomyślała, próbując uwolnić się z więzienia rzeczy otaczających ją ze wszystkich stron. Przedzierając się przez nierówne rzędy kartonów, w końcu dotarła do telefonu.
„Halo! Tak, to ja. A pani kim jest? Kto? Marina? Jaka Marina? Nie, to imię nic mi nie mówi”.
Bez wahania Żenia rozłączyła się i wyciszyła telefon. Kontynuując rozpakowywanie, od czasu do czasu słyszała, jak komórka jej męża natarczywie wibruje.
W końcu Lew, skończywszy pracę przy szafie, wyszedł z sypialni, żeby się czegoś napić.
„Uff, jestem wykończony! Kto do mnie dzwonił?” — zapytał, zerkając na ekran.
„A skąd mam wiedzieć? Jakaś Marina”.
Jakby urządzenie rozpoznało głos swojego właściciela, telefon znów zaczął wibrować.
„Tak, słucham” — odebrał Lew.
„Cześć! Chcesz mi powiedzieć, że ty też mnie nie poznajesz?” — zapytała nieznajoma kobieta. „Jak możesz? No daj spokój, Lowa. Poważnie? Za kogo ty się masz? Kupiłeś mieszkanie w kurorcie i teraz nawet rodzinie nie mówisz dzień dobry? Udajesz, że ich nie znasz, tak? Nie masz prawa tak robić, siostrzeńcu! To ja, Marina — Mironowa. Twoja dalsza ciotka. No? Teraz mnie poznajesz?”
„Eee… cześć, Marina” — odpowiedział mężczyzna bez większego entuzjazmu. „Skąd ten nagły telefon? Coś się stało? Jeśli się nie mylę, nie rozmawialiśmy ze sobą od… ilu? piętnastu lat? Ostatni raz widzieliśmy się u babci Gali, kiedy byliśmy dziećmi, i tyle. Więc nie, nie poznałem cię. To chyba nic dziwnego”.
„Oj tak, Lowka, czas szybko leci. Ciągle coś, człowiek nie ma nawet czasu spotkać się z rodziną” — paplała dalej. „Mama powiedziała mi, że kupiliście mieszkanie nad morzem. I że już się wprowadziliście. Cieszymy się razem z wami, gratulacje. Oto, co znaczy ‘pracować przy komputerach’, nie to co my, którzy musimy codziennie chodzić do pracy — czy zimno, czy gorąco. Siedzimy tam całymi dniami jak przywiązani do miejsca. A ty z żoną możecie mieszkać choćby w Afryce, a pieniądze i tak będą wpływać”.
Marina zaśmiała się do telefonu głośno i nieprzyjemnie. Lewowi nie podobał się ani ten telefon, ani jej śmiech.
„Marina, jeśli chcesz tylko pogadać, to nie mamy teraz czasu. Rozumiesz — dopiero się wprowadziliśmy i mamy górę rzeczy do zrobienia. Więc…”
Już miał się rozłączyć, ale nie miał szczęścia.
„Rozumiem, nie jestem głupia. Dobrze się przygotujcie, bo niedługo będziecie mieć gości!”
„Marina, doceniam twój humor i entuzjazm związany z naszym zakupem, ale to naprawdę nie jest moment na żarty” — powiedział Lew, zaczynając się denerwować.
„Ja nie żartuję! Mówię całkiem poważnie, Lowoczka. Mój mąż i ja zaczynamy urlop. Olezha i ja próbowaliśmy zdecydować, dokąd pojechać. No i teraz sprawa się rozwiązała. Przyjeżdżamy do was. Nawet się nad tym drugi raz nie zastanawiamy. Bilety już mamy. Oleg jest maszynistą lokomotywy spalinowej, jeśli zapomniałeś. Mamy darmowe bilety — wszędzie”.
„Marina, to… dość niespodziewane. Nie jesteśmy gotowi na przyjmowanie gości. Sami jeszcze siedzimy na kartonach i torbach” — zaprotestował Lew.
„Och, nie bądź taki zdystansowany, naprawdę! Kilka dni wystarczy, żeby to ogarnąć. Nie martw się tak, siostrzeńcu. Nie musicie witać nas fanfarami; nie jesteśmy żadnymi dygnitarzami. I nie będziemy zawadzać. Morza nie widzieliśmy od wieków, więc będziemy tylko u was nocować, i tyle. Czekajcie na nas. Odmowy nie przyjmujemy. Dwudziestego, o drugiej po południu!”
Przebiegła krewna rozłączyła się, nie dając zdezorientowanemu Lwowi czasu na wtrącenie choćby słowa.
„Co to w ogóle było? Jak to niby ma być w porządku? Oni myślą, że jesteśmy frajerami, których można tak traktować?”
Był oszołomiony. Co za bezczelność!
„Kto to był, kochanie? I dlaczego jesteś taki zdenerwowany?” — zapytała żona.
„Marina — moja dalsza ciotka. Wyskoczyła jak spod ziemi i już nie zamierza zniknąć! Jak tylko dowiedziała się, że mieszkamy nad morzem, od razu wypłynęła na powierzchnię. Poinformowała mnie, że ona i jej mąż przyjeżdżają do nas”.
„Mam nadzieję, że odmówiłeś?” — zapytała spokojnie Żenia. „Nikt nie przyjeżdża tutaj bez zaproszenia. Oni tego nie rozumieją?”
„Odmówiłem. Nic to nie dało. Nie przyjmują odmowy — jakby to oni zapraszali nas! Dziwni jak moneta trzykopiejkowa! I kto im w ogóle o nas powiedział? Teraz wszyscy będą chcieli tu przyjeżdżać”.
„Nie denerwuj się tak. Po prostu nie otworzymy drzwi. Wszędzie są hotele. Mogą tam iść. Kiedy mają przyjechać?”
„Za trzy dni. Dwudziestego, chyba. Pociąg przyjeżdża o drugiej”.
„No to gdzie problem? Tego dnia gdzieś wyjdziemy. Jeśli nie będzie nas w domu, nie będzie o czym rozmawiać”.
Żenia, która nigdy wcześniej nie miała do czynienia z takim tupetem, nie przejęła się tym zbytnio. Poważny błąd.
W wyznaczonym dniu dużo wcześniej wyłączyli telefony. Zrobili zakupy — mięso na grilla, warzywa, zioła, owoce — i pojechali na odległą plażę, gdzie prawie nie było turystów. Postanowili spędzić cały dzień nad morzem. Mieszkali tu już od kilku dni, a wody jeszcze nawet nie widzieli — mieli zbyt wiele spraw do załatwienia. Planowali wrócić około północy.
Leżąc na ciepłym piasku po dobrym obiedzie, Żenia była odprężona. Jej myśli były spokojne i pogodne.
„Wyobraź sobie” — powiedziała do męża — „przyjadą, a nas nie będzie. Poczekają, a potem naturalnie pójdą do hotelu. Twoi krewni nie będą mieli innego wyjścia”.
„Tak, masz rację” — zgodził się Lew, mrużąc oczy w jasnym południowym słońcu.
Wyobraźcie sobie jednak ich zdziwienie, kiedy późnym wieczorem podeszli do swojego bloku i zobaczyli Marinę oraz Olega leżących na ławce.
„Gdzie wy się podziewaliście? Zabawni z was gospodarze! Tak się wita gości?” — zawołała Marina, gdy ich zobaczyła. „Wstawaj, Olezhek, wystarczy tego chrapania. To nie hotel”.
„Uparci są! Ale skąd oni mają adres?” — szepnęła Żenia do męża, zaniepokojona.
„Stamtąd, skąd dowiedzieli się o naszej przeprowadzce. Od moich rodziców. Porozmawiam z nimi” — odpowiedział Lew cicho.
Ich niestrudzeni goście wstali o świcie, żeby jako pierwsi pójść nad morze.
„Hej, gospodarze! Dlaczego śpicie? Jest już jasno. Zamierzacie nakarmić swoich gości śniadaniem?” — ryknęła Marina, bezceremonialnie wchodząc do sypialni właścicieli.
„Co? Jest za wcześnie!” — zaprotestował zaspany Lew. „Nie, my jeszcze śpimy — weźcie sobie coś z kuchni”.
„Nie, tak się nie robi! Wstawać, wstawać! No już! Bez lenistwa. Uważacie, że to w porządku spać, kiedy w domu są goście?” — nalegała władcza ciotka.
Marinie udało się wyciągnąć półprzytomnych gospodarzy z łóżka.
Mrucząc pod nosem i ziewając, Żenia poszła do kuchni i półprzytomna zaczęła smażyć jajecznicę.
„Nie masz nic smaczniejszego? Mogłaś kupić na nasz przyjazd wędzoną rybę, owoce morza. W końcu teraz mieszkasz nad morzem. Naprawdę nie jesteś przygotowana na rodzinę” — zagrzmiała Marina.
Po obfitym śniadaniu goście poszli na plażę, a gospodarze wrócili spać.
Zgodnie z obietnicą Marina i Oleg wrócili dopiero wieczorem. Weseli i ładnie opaleni, taszczyli kilka ogromnych plastikowych butli napoju winogronowego robionego przez lokalnych rzemieślników.
„Słuchaj, to jest fantastyczne! Tutejsze wino jest takie dobre! I do tego tanie! Olezha i ja piliśmy je cały dzień i głowa nas nie boli. Tylko apetyt trochę się zaostrzył. Przygotowałaś kolację — mięso, frytki, może pierogi?” — zapytała Marina.
„Nie, mięsa nie ma. My jemy kolację wcześnie i lekko — warzywa, owoce” — odpowiedziała Żenia. „I szczerze mówiąc, myśleliśmy, że zjecie gdzieś po drodze. Ogólnie uważam, że takie rzeczy trzeba wcześniej uzgadniać”.
„No, to dla mnie nowość! Jesteśmy waszymi gośćmi, a gości trzeba podejmować. Nie wiesz o tym? Dobrze, skoro jesteście tacy powolni, zjemy to, co kupiliśmy. Olezha, wyjmij kiełbasę i ser. Uczcimy nasz przyjazd. Starczy dla wszystkich!”
Jakby była u siebie, gościni zabrała się do działania w kuchni. Wyjęła z szafki kieliszki i napełniła je bordowym płynem, który nazywali miejscowym winem. Potem pokroiła grube, hojne plastry kiełbasy, sera i chleba, które przywieźli ze sobą.
„No dalej, rodzinko, nie bójcie się. Świętujmy!” — zawołała gospodarzy do stołu.
„Nie, bawcie się bez nas” — odpowiedział Lew. „Po pierwsze, my tego nie pijemy. A poza tym jesteśmy najedzeni — już zjedliśmy kolację”.
„Nie rozumiem! Co to ma znaczyć, siostrzeńcu? Częstujemy was! Trzeba uczcić nasz przyjazd — inaczej to nie wypada: przyjechaliśmy i nawet razem nie usiedliśmy. No dalej, czekam!” — burknęła Marina.
„Myślę, że lepiej usiądźmy, bo zaraz wszyscy sąsiedzi zlecą się na te krzyki” — powiedziała Żenia z rezygnacją.
Gospodarze posiedzieli chwilę z gośćmi, tylko dla pozoru. Potem poszli spać, zostawiając podpitych krewnych, by dokończyli swój napój.
Następny dzień był dokładną kopią poprzedniego — goście wrócili późno z plaży z torbami pełnymi ich nowego ulubionego wina. Tym razem jednak Marina nie próbowała zapraszać gospodarzy do stołu zastawionego przemysłowymi hot dogami, topionym serem i jakąś puszką konserw.
„Żenia, masz chociaż ziemniaki? Mogłabym je ugotować” — zapytała energiczna gościni.
„Trochę jest w lodówce. Proszę, ugotuj”.
Nowe mieszkanie zamieniło się teraz w bazę wypadową dla niestrudzonych krewnych, którzy przyjechali na wakacje i korzystali z nich na całego.
Każdego ranka w zlewie piętrzyła się góra brudnych naczyń; imprezowicze nawet nie zadawali sobie trudu, żeby po wieczornych ucztach włożyć je do zmywarki. Cała lodówka była teraz wypełniona butelkami miejscowego wina, a w przedpokoju i salonie zalegały parasole oraz dmuchane materace, blokując przejście — zakupy zrobione na plaży przez wesołych urlopowiczów.
„Kupiliśmy je dla własnej wygody. Zostawimy je wam do następnego razu. Nie ma sensu targać wszystkiego z powrotem! Następnego lata znowu przyjedziemy i nie będziemy musieli nic kupować” — wyjaśniła Marina, napotykając zdumione spojrzenie właściciela.
Punktem kulminacyjnym tej absurdalnej historii było wydarzenie, którego gospodarze długo nie zapomną.
Tego wieczoru goście wrócili bardzo późno. Młode małżeństwo zaczynało się niecierpliwić; chcieli iść spać, ale gości wciąż nie było. Była już prawdziwa noc.
„To niegrzeczne — tak się zachowywać! Nie jesteśmy hotelem z całodobową recepcją. Oni w ogóle o nas nie myślą?” — oburzyła się Żenia.
„W tej chwili myślą tylko o sobie. Bawią się! Przyjechali nad morze i korzystają”.
O pierwszej w nocy dzwonek do drzwi rozległ się głośno. Właściciel, zaspany, otworzył drzwi i zamarł ze zdumienia.
Oleg i Marina ledwo trzymali się na nogach. Śpiewali na całe gardło, aż ich głosy niosły się po klatce schodowej. Ale to nawet nie było najgorsze. Obok nich, chwiejąc się na niepewnych nogach, stał zupełnie obcy mężczyzna.
„No, wszyscy do środka!” — rozkazała Marina. „Nie wstydź się, Gosza, tu wszyscy są swoi. To Lew, mój siostrzeniec”.
„Chwileczkę!” — zaprotestował właściciel. „Co to znaczy ‘wszyscy do środka’? Kogo ty tu przyprowadziłaś? Nigdy w życiu nie widziałem tego człowieka!”
„Oj, daj spokój, Lowka. Nie bądź marudą, po co ta mina? To Gosza — poznaliśmy go w barze. Co za gość!” — pijana krewna uniosła kciuk w górę. „Nie ma gdzie dziś spać. Pozwól mu zostać tu z nami…”
„G… Gosza” — czknął nieznajomy, wyciągając rękę do Lwa.
„Dość, przedstawienie skończone! Obcy za drzwi! To nie jest internat! Inaczej wszyscy wylatujecie!” — zdenerwował się właściciel, którego spokój był już na granicy.
„No ale dlaczego? Tak dobrze się bawiliśmy… Był świetny klimat”.
„Nie będę się powtarzał. Czy coś jest niejasne?” — Lew był stanowczy.
Nieznajomy musiał odejść. A pijani goście uspokoili się dopiero godzinę później i w końcu padli do łóżek.
Rano Marina i Oleg próbowali żartować z małego incydentu poprzedniego wieczoru. Ale gospodarze byli źli i szczerze zirytowani.
„No już, nie przejmujcie się tak — wyjeżdżamy dziś wieczorem” — powiedziała ciotka z nutą żalu. „Wakacje się skończyły. Następnym razem damy wam miesiąc wcześniej znać, żebyście się przygotowali”.
„Nie będzie żadnego następnego razu!” — oświadczyła głośno Żenia.
„Jak to nie będzie? Mówisz poważnie?” — Marina była zdezorientowana.
„Właśnie tak. Jeśli chcecie nad morze, zarezerwujcie hotel. Nie zamierzamy gościć tutaj całej dalszej rodziny. Inaczej nie będziemy mieli czasu na własne życie” — ciągnęła gospodyni.
„Lew, co jej jest? Uspokój swoją żonę i powiedz coś rozsądnego, jak rodzina. Jakie hotele? To drogie! I po co to robić, skoro mamy tu rodzinę?”
„Moja żona ma rację i ją popieram. Nie przyjeżdżajcie więcej — nawet o tym nie myślcie — nie wpuścimy was. Powiedzcie to też reszcie rodziny! Nasze mieszkanie nie jest ani hotelem, ani przechodnim podwórkiem. Musicie to zrozumieć!”
„No proszę! Mówisz serio? Co, skąpicie? Zrujnowaliśmy was? Za własne jedzenie i picie płaciliśmy sami. Albo może zniszczyliśmy waszą nową kanapę? Dobrze się bawiliśmy, było świetnie — ale nie, trzeba wszystko zepsuć!”
Marina długo mamrotała pod nosem, pakując swoje rzeczy.
„I nie zapomnijcie materacy oraz parasoli — zawaliliście nimi cały dom, nie da się nawet przejść” — odpowiedział Lew na jej narzekania.
Tego wieczoru, po odprowadzeniu natrętnych i bezwstydnych gości, właściciele urządzili sobie prawdziwe święto. A od tamtej pory postanowili być ostrożniejsi. Nawet jeśli nieproszeni krewni pojawią się pod ich drzwiami, nikogo już nie wpuszczą.