„Zdajesz sobie sprawę, że to początek końca, prawda?” — zapytała Nina spokojnie, nie odrywając wzroku od filiżanki dawno już zimnej herbaty. „Dzwoniła jeszcze raz?”
„Tak” — odpowiedział Maksim ponurym tonem. Siedział naprzeciwko niej, zgarbiony, jakby ktoś położył mu na ramionach worek mokrego piasku. „Powiedziała, że już pakuje rzeczy.”
„Co dokładnie pakuje? Walizki?”
„Kartony, Nin. Ogromne kartony. Powiedziała, że porcelanowy serwis Madonna zabierze w bagażu podręcznym, żeby tragarze go nie potłukli.”
Nina powoli podniosła wzrok na męża.
„A ty po prostu siedziałeś i nic nie zrobiłeś?” Jej głos był opanowany, profesjonalnie zdystansowany — taki sam, jakiego używała podczas przesłuchiwania świadków — ale Maksim wiedział, że pod tą powierzchnią tli się prawdziwy pożar.
„Próbowałem” — powiedział, przesuwając dłonią po twarzy. „Powiedziałem jej, że remont nie jest jeszcze nawet skończony. Że potrzebujesz spokoju. I szczerze mówiąc, że po prostu nie ma wystarczająco dużo miejsca.”
„I co powiedziała?”
„Powiedziała: «Ludzie potrafią sobie poradzić nawet na małej przestrzeni». Potem dodała, że jeśli nam się to nie podoba, to…” Maksim zawahał się.
„To co? Powiedz.”
„…twoja żona może wyprowadzić się z mieszkania” — wyszeptał.
Nina wydała z siebie krótki, gorzki śmiech.
„Uroczo. Czyli to mnie można tutaj po prostu wyrzucić.”
Ta rozmowa była punktem, z którego nie było już odwrotu, ale korzenie problemu sięgały znacznie dalej — aż do żyznej, czarnej ziemi wioski, w której stał solidny, murowany dom rodziców Maksima.
Maksim był inspektorem ochrony przeciwpożarowej. Jego praca polegała na wchodzeniu do budynków, wykrywaniu naruszeń, przeterminowanych gaśnic, zablokowanych wyjść ewakuacyjnych, a następnie nakazywaniu usunięcia uchybień. Potrafił dostrzec zagrożenie tam, gdzie inni widzieli jedynie stertę starych mebli albo drzwi pomalowane farbą olejną. Ale jak wielu specjalistów, zawiódł we własnym życiu. Zagrożenie wewnątrz jego rodziny umknęło jego uwadze — albo, co bardziej prawdopodobne, świadomie nie chciał go zauważyć, mając nadzieję, że wszystko jakoś samo się ułoży.
Nina pochodziła z zupełnie innego świata. Wydział do walki z narkotykami nie był miejscem dla ludzi o słabych nerwach. Pracowała w analityce, śledząc łańcuchy dostaw i zestawiając ze sobą fakty. Nie musiała wyważać drzwi z bronią w ręku; jej własną bronią była logika i umiejętność rozpoznawania konstrukcji kłamstwa. A według jej teściowej, Tamary Pawłowny, potrafiła wyczuć oszustwo z odległości kilku kilometrów, niczym wyszkolony pies wyczuwa kontrabandę ukrytą w fałszywym dnie walizki.
Mieszkanie, które zajmowali — to samo dwupokojowe lokum w spokojnej dzielnicy mieszkalnej — należało prawnie do Tamary Pawłowny. Ojciec Maksima, którego Nina nazywała wujkiem Witią, był łagodnym, pracowitym człowiekiem, który zawsze wyglądał na skrajnie wyczerpanego. Całe życie budował dom na wsi, ten, który z dumą nazywał „rodzinnym gniazdem”. Mieszkanie w mieście otrzymał jeszcze w czasach radzieckich dzięki fabryce, a później je sprywatyzował, choć nigdy nie chciał w nim mieszkać. Zawsze ciągnęło go do ziemi.
Pięć lat wcześniej, kiedy Maksim i Nina się pobrali, wujek Witia wręczył synowi klucze i powiedział:
„Mieszkaj tutaj, synku. Twoja matka i ja nie potrzebujemy miasta. Wolimy zostać tam, gdzie powietrze jest dobre.”
Zmarł sześć miesięcy temu. Niewydolność serca. Upadł w ogrodzie, wciąż trzymając rękę na trzonku łopaty. Lekarze mówili o skrajnym wyczerpaniu organizmu. Nina uważała jednak, że nie zabiła go praca, lecz niekończące się, męczące i uporczywe narzekania jego żony.
Tamara Pawłowna była korpulentną, hałaśliwą i apodyktyczną kobietą. Nie mówiła — wydawała wyroki. Nie prosiła — żądała. Po śmierci męża została sama w domu. Nina i Maksim przyjeżdżali w weekendy, pomagali w gospodarstwie i przywozili zakupy. Wydawało się, że życie weszło w spokojną rutynę.
A potem nastąpił ten telefon.
„Posłuchaj, Maks” — powiedziała Nina, wstając i podchodząc do okna. Nad miastem zapadał zmierzch. „Dopiero co skończyliśmy pokój dla dziecka. Dwa dni kładliśmy tę tapetę. Przez miesiąc wybierałam łóżeczko. Wszystko jest gotowe na przyjście dziecka. Gdzie mamy je teraz umieścić? Na dywaniku w przedpokoju?”
„Mówi, że jest tam samotna” — odpowiedział Maksim, podchodząc do niej, ale nie odważając się jej objąć. „Twierdzi, że na wsi jest nieznośnie nudno, że nie ma z kim porozmawiać. Mówi, że ma pełne prawo spędzić starość «dla siebie» w mieszkaniu w mieście, ze wszystkimi wygodami.”
„Ma sześćdziesiąt dwa lata, Maksim! Jaka starość? Gdyby musiała, nadal mogłaby nosić wiadra z wodą. A dom… to całkiem porządny dom. Jest gaz, bieżąca woda, internet — wszystko jej założyliśmy. Czego jej brakuje?”
„Uwagi” — mruknął Maksim. „Potrzebuje publiczności.”
Nina gwałtownie się odwróciła.
„Nie, kochanie. Nie publiczności. Ofiar.”
W tym momencie telefon Maksima leżący na stole ponownie zaczął wibrować. Ekran się rozświetlił: MAMA. Maksim spojrzał na niego tak, jakby był detonatorem gotowym eksplodować.
„Odbierz” — powiedziała chłodno Nina. „Włącz głośnik. Chcę usłyszeć to przedstawienie.”
Maksim nacisnął przycisk.
„Tak, mamo.”
„Maksim!” Głos Tamary Pawłowny wypełnił małą kuchnię nawet przez głośnik. Nie było w nim ani śladu słabości — jedynie siła lodołamacza przecinającego grubą taflę lodu. „Rozmawiałam z Ludką i mówi, że na środę można załatwić ciężarówkę. Tak więc bądźcie gotowi. I powiedz swojej żonie, żeby opróżniła szafę w dużym pokoju. Całą. Mam tyle ubrań, że można by nimi wypełnić cały wóz.”
„Mamo, zaczekaj” — powiedział Maksim, marszcząc brwi i patrząc na bladą twarz żony. „Jaką szafę? Śpimy w dużym pokoju.”
„To przenieście łóżko do małego pokoju. Problem rozwiązany.”
„Mały pokój jest pokojem dziecka, mamo! Stoi tam łóżeczko i komoda — nie ma miejsca!”
„Och, przestań mnie rozśmieszać!” — zadrwił głos w telefonie. „Dziecko nawet się jeszcze nie urodziło, a wy już zarezerwowaliście mu pałacowe komnaty. Postawcie łóżeczko w kącie i po sprawie. To ja jestem właścicielką tego mieszkania, prawda? Na kogo są wystawione dokumenty? Zapomniałeś, synku?”
Maksim mocniej ścisnął telefon.
„Wyremontowaliśmy to mieszkanie dla siebie. Mówiłaś, że nie wrócisz do miasta.”
„I co z tego? Powiedziałam to rok temu. Okoliczności się zmieniają. Dość, Maksim, przestań działać mi na nerwy. Ciśnienie mi rośnie. Będę w środę rano. I mają być gotowe naleśniki z mięsem. Ludka wyśle przepis, jeśli twoja żona nie umie ich zrobić.”
Połączenie się urwało.
Nina w milczeniu usiadła z powrotem.
„Ludka” — powiedziała powoli. „Twoja ciotka. Siostra twojej matki.”
„Tak. Ciocia Luda. Mieszka w sąsiedniej wsi.”
„A więc stąd wieje wiatr” — powiedziała Nina, mrużąc oczy. Przez chwilę na jej twarzy pojawił się znajomy wyraz, który przybierała, gdy dostrzegała sprzeczność w zeznaniach handlarza narkotyków. „Twoja matka nigdy nie podejmowała decyzji sama. Wujek Witia przyjmował na siebie wszystkie uderzenia, ale teraz, kiedy go nie ma, to twoja ciotka myśli za nią.”
„Dlaczego ciotka Luda miałaby tego chcieć?”
„Nie wiem. Ale się dowiemy. A tymczasem…” Nina położyła dłoń na swoim wciąż ledwie widocznym brzuchu. „Nie pozwolę, żeby ten dom zmienił się w dom wariatów. Maksim, musisz ją powstrzymać.”
Powstrzymanie Tamary Pawłowny przypominało próbę ugaszenia pożaru lasu plastikową konewką. Maksim dwa razy pojechał na wieś. Za każdym razem wracał z poszarzałą twarzą, przesiąknięty zapachem korwalolu i tanich perfum, którymi jego matka oblewała się bez umiaru.
Rozmowy do niczego nie prowadziły.
„Spróbuj zrozumieć, mamo” — powiedział Maksim pewnego popołudnia, siedząc na werandzie domu rodziców. „Mieszkamy w dwupokojowym mieszkaniu. Pokoje są przechodnie. Dziecko będzie płakało. Nikt nie będzie spał w nocy.”
Tamara Pawłowna siedziała w wiklinowym fotelu niczym żona bogatego kupca z obrazu Kustodijewa, skubała pestki słonecznika i wypluwała łupiny na świeżo umytą podłogę.
„Myślisz, że jestem głucha? Włożę zatyczki do uszu. Przestań opowiadać bzdury. Nudzę się tutaj. Moja sąsiadka Galka umarła, niech Bóg ma ją w swojej opiece. Z kim mam teraz rozmawiać? Z kurami?”
„Znajdź sobie jakieś zajęcie. Zapisz się do klubu.”
„Posłuchajcie tego mądralę” — odparła jego matka, mrużąc oczy. „Tak się rozmawia z własną matką? Dałam ci mieszkanie, prawda? Twój ojciec zaharował się na śmierć, żeby je zdobyć, a teraz żyjesz jak panicz i nawet nie pozwalasz własnej matce przekroczyć progu? Wstydź się. Ludka miała rację — jesteś pantoflarzem. Ta twoja wyniosła żona z policji całkiem zawróciła ci w głowie.”
„To nie ma nic wspólnego z Niną. To zwykły zdrowy rozsądek. Będzie nam ciasno. Wszystkim.”
„Stawiam ci ultimatum, Maksim” — powiedziała Tamara Pawłowna, wycierając dłonie ubrudzone łupinami pestek i podnosząc się z fotela. Jej potężna sylwetka zasłoniła słońce. „Albo przyjmiesz mnie jak należy, z szacunkiem, oddasz mi duży pokój i będziemy wszyscy żyli razem jak szczęśliwa rodzina… albo twoja Nina może spakować walizki i odejść. A jeśli masz choć odrobinę rozumu, zostaniesz z matką. Spójrz tylko na was, rozmnażacie się jak jacyś najeźdźcy.”
„Co ty w ogóle wygadujesz? To moja żona! Nosi twojego wnuka!”
„To się jeszcze okaże” — wypluła jadowicie jego matka. „Kto wie, czyje to dziecko? Może przywlokła je z jednej ze swoich akcji. Wiadomo, jakie są te kobiety z policji.”
W tym momencie Maksim po prostu wstał i odszedł bez pożegnania. To przekroczyło wszelkie granice. Podłość, którą wylewała z siebie jego matka, stała się nie do zniesienia.
Z samochodu zadzwonił do swojej ciotki, Ludmiły Pawłowny.
„Ciociu Ludo, dlaczego nastawiasz mamę przeciwko nam? Dlaczego miałaby przeprowadzać się do miasta? Ma tutaj dom, ogród i świeże powietrze!”