„Zjadła nasze zakupy” — powiedziała kobieta do zdezorientowanego męża.

— Filipie, powiedz mi proszę… czy nasza lodówka się zepsuła, czy zapasy zaczęły same wyparowywać?

Anna stała przed otwartą lodówką, a sztuczny chłód rozlewał się po kuchni. Na półkach ziały puste miejsca.

Jej mąż, pochłonięty schematem instalacji grzewczej wyświetlonym na tablecie, podniósł wzrok i ciężko westchnął. Jego oczy natychmiast nabrały winnego wyrazu, jak u ucznia przyłapanego na paleniu.

— Aniu, no… sama wiesz.

— Twoja siostra znowu tu była? — Głos Anny był spokojny, nawet łagodny, ale pod tą łagodnością kryło się zmęczenie metalu gotowego pęknąć. — Wczoraj kupiłam pół kilograma parmezanu do risotta. I pstrąga, którego chciałam przygotować na kolację. Gdzie on jest?

— Lika wpadła na chwilę — wymamrotał Filip, odkładając tablet. — Powiedziała, że jest głodna. Szczerze mówiąc, byłem pod prysznicem. Kiedy wyszedłem, już piła herbatę. Co miałem zrobić, wyjąć jej jedzenie z ust?

— Jedzenie? Filipie, ona zabrała całą rybę? Surową?

— No… powiedziała, że przyrządzi ją u siebie. Aniu, odkupię wszystko. Zaraz się ubiorę i pójdę do sklepu. Kupię ser, rybę i wszystko, czego brakuje.

Anna zamknęła lodówkę. Spojrzała na męża — wysokiego, solidnego mężczyznę, który w pracy obsługiwał skomplikowane kotły, kontrolował ciśnienie oraz temperaturę pary, czyli parametry, od których zależało ogrzewanie całej dzielnicy. Praca operatora kotłowni była odpowiedzialnym zajęciem, wymagającym precyzji i dyscypliny. Jednak w obecności młodszej siostry i matki Filip zamieniał się w pozbawioną kręgosłupa substancję, niezdolną wytrzymać najmniejszego nacisku.

— Nie chodzi o pieniądze, Filipie — powiedziała spokojnie Anna. — Rozumiesz, prawda? Chodzi o szacunek. To jest nasz dom. Nasze jedzenie.

— Rozumiem, kotku. Porozmawiam z nią. Jeszcze raz. Obiecuję.

W jego oczach pojawiła się szczera nadzieja, że zostanie zrozumiany. Anna była rzeźbiarką i prowadziła zajęcia z modelowania w glinie. Jej zawód nauczył ją, że glina poddaje się jedynie ciepłym dłoniom, a pośpiech prowadzi do pęknięć podczas wypalania. Była przyzwyczajona do czekania, wygładzania ostrych krawędzi i nadawania formy temu, co bezkształtne. Najwyraźniej z rodziną męża również należało postępować w ten sposób — łagodnie, ale konsekwentnie.

— Idź do sklepu — westchnęła.

Ta historia trwała już prawie dwa lata, od kiedy Anna i Filip zamieszkali razem. Początkowo Angelika, którą rodzina nazywała Liką, zachowywała się poprawnie. Przychodziła, grzecznie piła herbatę i chwaliła ciasteczka. Z czasem jednak granice zaczęły się zacierać. Najpierw bez pytania brała jabłka z misy. Potem zaczęła otwierać lodówkę w poszukiwaniu jogurtów.

Lika była szczupła i nerwowa, miała ostre łokcie i oczy, które bez przerwy się poruszały. Aż trudno było uwierzyć, ile jedzenia potrafiła pochłonąć. Problemem nie był jednak jej apetyt. Lika miała pieniądze. Pracowała jako administratorka, zarabiała przyzwoicie, a ich matka, Galina Pietrowna, zawsze dawała swojej „biednej córeczce” dodatkowe kieszonkowe. Nie wynikało to z potrzeby. Była to pewnego rodzaju patologiczna chciwość połączona z pragnieniem zaznaczenia swojego terytorium.

Lodówka brata była dla niej po prostu kolejną półką supermarketu, z której wszystko można było brać za darmo.
 

Kilka dni po zniknięciu pstrąga Anna wróciła wcześniej do domu. Jej wieczorne zajęcia z ceramiki zostały odwołane i cieszyła się na spokojny wieczór z książką. Jednak w przedpokoju stała para nieznanych botków, a z kuchni dochodził głos teściowej.

— Daj spokój — mówiła Galina Pietrowna, a łyżeczka zadźwięczała o porcelanę. — Twoja Anna nie jest przyzwyczajona do dużej rodziny. Dorastała jako jedynaczka, dlatego teraz jest skąpa. Egoistka.

Anna znieruchomiała, nie zdejmując płaszcza. Filip był w domu. Jego niski głos wymamrotał coś w odpowiedzi, lecz nie zrozumiała słów.

— Mamo, co to ma wspólnego z egoizmem? — głos męża wreszcie zabrzmiał wyraźniej i głośniej. — Lika przychodzi i wszystko opróżnia. To nie jest normalne.

— Och, Filipie, nie rozśmieszaj mnie! — prychnęła teściowa. — Co ona niby opróżnia? Kawałek kiełbasy? Żałujesz tego własnej siostrze? Pamiętam moją teściową, twoją babcię, świeć Panie nad jej duszą. To dopiero był prawdziwy smok! Bałam się nawet za często wstawać od stołu. Wiejska kobieta, twarda jak kamień, zawsze wszystko poprawiała: „Źle siedzisz, za dużo jesz”. Wtedy byłam wściekła, młoda i głupia. Ale teraz rozumiem — przynajmniej panował porządek. Ja jednak taka nie jestem! Przychodzę do was z otwartym sercem. Lika też. Ciągnie ją do brata. A wasza Anna od razu robi kwaśną minę.

Anna weszła do kuchni.

— Dobry wieczór, Galino Pietrowno.

Teściowa drgnęła, ale na jej twarzy natychmiast pojawił się przesłodzony uśmiech.

— Och, Aneczko! Właśnie pijemy herbatę. Filip kupił ciastka, usiądź z nami.

Galina Pietrowna była korpulentną i władczą kobietą, która bardzo starała się uchodzić za „nowoczesną i demokratyczną”. Uważała się za idealną teściową tylko dlatego, że nie mieszkała w mieszkaniu młodego małżeństwa.

— Słyszałam końcówkę rozmowy — powiedziała Anna, odkładając płaszcz na oparcie krzesła i siadając naprzeciwko niej. — Galino Pietrowno, nie mam nic przeciwko gościom. Ale Lika zachowuje się, jakby nasz dom był bufetem otwartym przez całą dobę.

Teściowa westchnęła.

— I znowu to samo! Aneczko, kochanie, nie możesz tak reagować na zwyczajne, codzienne sprawy. Lika jest siostrą twojego męża. Łączy ich szczególna więź. Zjadła coś u ciebie, no i co? Coś straciłaś? To rodzina. To bliskość. W ten sposób okazuje zaufanie! Gdyby siedziała tutaj jak oficjalny gość, z rękami ułożonymi na kolanach, byłoby chłodno i formalnie. A to właśnie jest prawdziwa zażyłość!

— Zaufanie jest wtedy, kiedy pyta się przed wzięciem czegoś — odpowiedziała spokojnie Anna. — Kiedy ktoś po cichu zabiera zakupy kupione na cały tydzień, nazywa się to bezczelnością.
 

Galina Pietrowna zacisnęła usta i zmrużyła oczy. W tamtej chwili bardzo przypominała Annie „wiejską babcię”, o której przed chwilą opowiadała, tyle że wzbogaconą o odrobinę miejskiej przebiegłości. Chcąc ukryć irytację, teściowa wstała.

— Och, od tego gadania zaschło mi w gardle. Potrzebuję wody…

Podeszła do lodówki i bez pytania ją otworzyła. Anna nic nie powiedziała, tylko patrzyła. Galina Pietrowna obejrzała półki i lekko prychnęła — najwyraźniej wybór jej nie zadowalał, zwłaszcza że nie było tam żadnych smakołyków — po czym wyjęła butelkę wody mineralnej.

— Dość pusto w tej lodówce — zauważyła, nalewając wodę do szklanki. — Rozumiem, że trzymasz Filipa na diecie? Mężczyzna potrzebuje mięsa.

— Filip odżywia się bardzo dobrze — powiedziała Anna, czując, jak jej cierpliwość powoli zamienia się w chłodne rozczarowanie. Ci ludzie jej nie słyszeli. Nie chcieli jej słyszeć.

W tej samej chwili trzasnęły drzwi wejściowe.

— Hej, ludzie! Najwyższy czas wyremontować tę ruderę! — donośny i bezczelny głos Liki rozległ się w przedpokoju.

Szwagierka wpadła do kuchni, otoczona ciężkim zapachem perfum. Miała na sobie modną kurtkę i ogromne kolczyki koła. Jej twarz promieniała zadowoleniem.

— O, mama też tu jest! Idealnie! Phil, cześć!

Pocałowała brata w policzek, zignorowała powitanie Anny i skierowała się prosto do lodówki.

Drzwi ponownie się otworzyły. Anna znieruchomiała. Filip zesztywniał i rzucił żonie szybkie spojrzenie.

Lika, pogwizdując melodię, zaczęła grzebać na półce. Wyjęła opakowanie wiejskiego twarogu, który Anna zamówiła specjalnie na syrniki, zerwała aluminiowe wieczko, chwyciła łyżkę ze stołu i połknęła wielką porcję.

— Mmm, świetny twaróg — wymamrotała z pełnymi ustami. — Tłusty. Nie jak ten plastikowy badziew z supermarketu.

Anna powoli wypuściła powietrze.

— Lika, nie mogłaś najpierw zapytać? Chciałam jutro rano zrobić syrniki.

Szwagierka zamarła z łyżką przy ustach. Jej oczy rozszerzyły się, po czym zwęziły w pogardliwym uśmiechu.

— Co? Mówisz serio? Robisz awanturę przez twaróg?

— Denerwuje mnie twoje zachowanie — odpowiedziała wyraźnie Anna.

Galina Pietrowna próbowała się wtrącić i załagodzić sytuację, ale zrobiła to wyjątkowo niezręcznie:

— Likusiu, naprawdę mogłaś zapytać… Aneczka się denerwuje.

— Dlaczego ona zawsze jest taka dusząca?! — wykrzyknęła Lika. — „Mogłaś zapytać, to jest moje, to jest nasze”. Phil, powiedz coś! Co, jestem tutaj obca? Przyszłam do własnego brata, zjadłam trochę twarogu, a ona urządza dramat, jakbym wyjadała czarny kawior chochlą! Twoja żona jest toksyczna, naprawdę!

— Lika, uważaj na słowa — powiedział Filip matowym głosem, ale nie podniósł się z krzesła.

— Idźcie wszyscy do diabła!
 

Lika teatralnie wrzuciła otwarte opakowanie twarogu do kosza. Białe grudki rozprysnęły się wewnątrz i spadły na podłogę.

— Udławcie się swoim drogocennym twarogiem! Skąpcy!

Odwróciła się na pięcie i wyszła z kuchni, a sekundę później trzasnęły drzwi wejściowe.

Galina Pietrowna spojrzała na kosz, a potem na nieruchomą twarz Anny. Poczuła się niezręcznie. Nie wstydziła się córki — nie. Wstydziła się sytuacji, ponieważ teraz to ona wyglądała śmiesznie.

— No proszę… doprowadziłaś biedną dziewczynę do ostateczności — wymamrotała, ale bez wcześniejszego przekonania.

Galina Pietrowna zaczęła grzebać w torebce. Po długim szelescie wyjęła wreszcie pięćset rubli.

— Masz — powiedziała, kładąc banknot na stole przed Anną. — Kup sobie nowy twaróg. I jakieś środki uspokajające. Nie możesz być taka nerwowa, Aniu. Rodzina jest najważniejsza, a ty kłócisz się o jedzenie.

Wyglądało to jak łapówka. Jak policzek. „Zamknij się i znoś. Oto rekompensata za niedogodności”.

Anna spojrzała na banknot i coś w niej całkowicie zastygło.

— Dziękuję, Galino Pietrowno — powiedziała bez emocji. — Jest pani bardzo hojna.

Teściowa, czując, że konflikt został pozornie zażegnany, pospiesznie wyszła, mamrocząc coś o wysokim ciśnieniu i niewdzięcznej młodzieży.

— Lustro, Aniu. Zwykłe lustro.

Marina, przyjaciółka Anny, zajmowała się renowacją starych gobelinów. Jej pracownia pachniała kurzem, dawnymi nićmi i lawendą. Siedziała na wysokim stołku, ostrożnie sortując jedwabne włókna i uważnie słuchając opowieści.

Anna stała przy oknie i patrzyła na szare miasto. Wciąż paliło ją upokorzenie związane z banknotem pozostawionym na stole niczym jałmużna.

— Co masz na myśli? — zapytała.

— To, że próbujesz tłumaczyć zasady ludziom, którzy grają w zupełnie inną grę — odpowiedziała Marina. Odłożyła pęsetę i obróciła Annę w stronę wielkiego, starego lustra stojącego w kącie pracowni. — Spójrz. Co widzisz?

— Siebie.

— Widzisz rzeźbiarkę, inteligentną kobietę, która próbuje dotrzeć do ordynarnych ludzi za pomocą słów. Ale oni widzą wycieraczkę. Przepraszam za określenie. Twoja szwagierka nie rozumie słów. Rozumie tylko czyny. Musisz stać się jej lustrem. Odbij jej zachowanie z taką dokładnością, żeby sama się przestraszyła.
 

Anna długo wpatrywała się w swoje odbicie. W jej zwykle ciepłych i uważnych oczach pojawił się twardy błysk.

— Zachowywać się jak lustro…

— Dokładnie. Nie kłóć się, nie tłumacz. Po prostu rób to, co oni. Pokaż im ich własną twarz, tylko odegraną przez ciebie. I uwierz mi, nie spodoba im się to.

Plan szybko nabrał kształtu, ale wymagał wytrzymałości. Przez tydzień Anna zachowywała się spokojnie i uprzejmie. Przygotowywała kolacje, nie wspominała ani o pieniądzach, ani o twarogu.

Pewnego wieczoru, gdy wróciła z pracy, zastała Likę w salonie. Szwagierka rozłożyła się na kanapie, podwinęła nogi pod siebie i rozmawiała z Filipem. Na stoliku kawowym stała przed nią taca: miska winogron, kilka kubeczków jogurtu i plasterki sera. Wszystko oczywiście pochodziło z lodówki Anny.

— O, Anka przyszła — rzuciła niedbale Lika, odgryzając winogrono. — Phil, wasz internet znowu wariuje.

Anna nic nie powiedziała. Poszła do kuchni i zaczęła przygotowywać kolację. Lika wchodziła tam kilka razy, z przyzwyczajenia otwierając lodówkę, biorąc sok, a potem kawałek kiełbasy prosto z deski do krojenia. Anna milczała. Formowała kotleciki precyzyjnymi, spokojnymi ruchami. Ani śladu irytacji.

Widząc tę uległość, Lika rozkwitła. Uznała, że „wychowawcza rozmowa” matki i banknot rzucony na stół odniosły skutek. Synowa poznała swoje miejsce.

— Słuchaj — powiedziała Lika, przeżuwając ser. — Tak sobie pomyślałam… W niedzielę urządzam coś w rodzaju nieformalnych zaręczyn. Witia mi się oświadczył, wyobrażasz sobie? W każdym razie spotykamy się u mnie. Mama będzie, Witia też, wy powinniście przyjść. Posiedzimy razem, uczcimy to. Ja zajmę się stołem.

— Gratuluję — odpowiedziała równo Anna. — Przyjdziemy. Na pewno będziemy.

Filip spojrzał na żonę ze zdziwieniem, ale nic nie powiedział. Cieszył się, że „kobiecy dramat”, jak nazywał to w myślach, zakończył się pokojowo.

Nadeszła niedziela.

Mieszkanie Liki było drogie, ale pozbawione gustu. Dużo złota, aksamitu i błyszczących powierzchni. Najwyraźniej jej pieniądze i środki rodziców służyły do tworzenia iluzji luksusowego życia. Galina Pietrowna krzątała się w otwartej kuchni połączonej z salonem, pomagając córce. Przy stole siedział Wiktor, narzeczony Liki — skromny, sympatyczny mężczyzna, pracujący jako geodeta. W tym królestwie ambicji wyglądał na nieco zagubionego.

Stół był zastawiony z rozmachem. Sałatki, wędliny, gorące dania. Lika wyraźnie chciała zrobić wrażenie.

— No dobrze, drodzy goście, siadajcie! — zarządziła. — Witia, otwórz wino.

Anna usiadła obok męża. Była elegancko ubrana i prezentowała się bardzo dostojnie. Rozmowa toczyła się leniwie wokół pogody, pracy i cen gazu.

Wtedy Anna wstała.

Bez słowa podeszła do ogromnej, dwudrzwiowej lodówki Liki. Otworzyła ją. Światło lodówki oświetliło jej spokojną twarz. W środku było pełno jedzenia: drogie sery, kawior, owoce i desery, których nie podano na stół.

W pokoju zapadła cisza. Lika znieruchomiała z widelcem w dłoni. Galina Pietrowna, która nakładała sałatkę, zamarła.

Anna powoli wybrała dużą kiść idealnych winogron — tych, których nie wystawiono dla gości. Następnie wzięła opakowanie luksusowej czekolady. Zamknęła drzwi lodówki biodrem.

Podeszła do zlewu i opłukała winogrona. Wszystko odbywało się w absolutnej ciszy. Wiktor patrzył z zaciekawieniem, sądząc, że być może jest to jakaś rodzinna tradycja albo Anna pomaga gospodyni.

Anna wróciła do stołu, postawiła przed sobą winogrona, odłamała kawałek czekolady i zaczęła jeść.

— Aniu, co ty robisz? — Głos Liki drżał. Nie ze strachu, lecz ze zdumienia. — Owoce stoją na stole.

— Miałam ochotę na winogrona — odpowiedziała po prostu Anna, patrząc jej prosto w oczy. — Te wyglądały lepiej.

Filip zesztywniał, rozumiejąc, co się dzieje. Opuścił wzrok na talerz, żeby ukryć uśmiech.

Minęło dziesięć minut. Rozmowa ruszyła dalej, ale w powietrzu unosiło się napięcie, jak elektryczność statyczna przed burzą. Anna ponownie wstała. Znów podeszła do lodówki. Tym razem wyjęła słoik pasztetu i krakersy.

— Aniu! — Lika nie ukrywała już irytacji. — Możesz usiąść i jeść to, co ci podano? Dlaczego wszędzie grzebiesz?

— Po prostu jestem głodna — uśmiechnęła się Anna, otwierając pasztet. — Macie tam tyle dobrych rzeczy. Nie bądź skąpa. W końcu jesteśmy rodziną.

Galina Pietrowna poczerwieniała. Usłyszała własną intonację. Słowa „jesteśmy rodziną” spadły na nią jak policzek.

Po kolejnych piętnastu minutach Anna po raz trzeci, jak gdyby nigdy nic, udała się do kuchni. Otworzyła zamrażarkę i dokładnie obejrzała jej zawartość.

— Lody… Mmm, pistacjowe. Lika, naprawdę masz dobry gust.

Wyjęła pudełko lodów i zaczęła szukać łyżeczki w szufladach, otwierając je po kolei i głośno brzęcząc sztućcami.

— ZWARIOWAŁAŚ?! — Lika zerwała się z krzesła. — NATYCHMIAST ODEJDŹ OD LODÓWKI! OSZALAŁAŚ? TO JEST MOJE JEDZENIE!

Wiktor cofnął się zaniepokojony. Nigdy wcześniej nie widział narzeczonej w takim stanie. Jej twarz wykrzywiła złość, a usta skręciły się w grymasie.

— PRZESTAŃ WSZĘDZIE GRZEBAĆ! — wrzasnęła Lika, a jej głos przeszedł w pisk. — PRZEKROCZYŁAŚ WSZELKIE GRANICE! KTO CI POZWOLIŁ?

— Lika, uspokój się — próbowała przerwać jej matka, ale było już za późno.

— NIECH ONA IDZIE DO DIABŁA! BEZCZELNA BABA! PRZYCHODZI TUTAJ I ZACHOWUJE SIĘ JAK U SIEBIE! ODEJDŹ OD MOJEJ LODÓWKI, NATYCHMIAST!

Anna pozostawała spokojna, trzymając pudełko lodów. Nawet się nie poruszyła.
 

Wtedy odezwał się Filip. Powoli wstał.

— Lika, zamknij się — powiedział cicho, ale z takim ciężarem w głosie, że siostra zaniemówiła.

— Co?! Phil, widziałeś, co ona robi?!

— Robi dokładnie to, co ty robisz u nas każdego dnia od dwóch lat — powiedział sucho Filip. — Przychodzisz, otwierasz naszą lodówkę, pożerasz nasz twaróg, naszą rybę i całe nasze jedzenie. I uważasz to za coś normalnego. „Jak siostra”. A więc, droga siostro, Anna ma pełne moralne prawo zjeść całą zawartość twojej lodówki. I powinnaś być wdzięczna, że nie zaczęła jeszcze grzebać w twojej szufladzie z bielizną. Skoro tak bardzo lubisz życie bez żadnych granic.

Lika stała, ciężko oddychając.

— WYNOCHA! — wrzasnęła, wpadając w histerię. — WYJDŹCIE STĄD! OBOJE! I NIGDY WIĘCEJ TU NIE WRACAJCIE! SKĄPCY! WARIACI!

Wiktor siedział blady. Patrzył na swoją narzeczoną i widział zupełnie obcą osobę. Ordynarną, chciwą, histeryczną kobietę.

Anna ostrożnie odstawiła lody na stół. Następnie otworzyła torebkę, wyjęła portfel i kilka banknotów — mniej więcej tyle, ile kosztowało zjedzone przez nią jedzenie. Nawet trochę więcej.

Położyła pieniądze na stole, prosto w kałużę rozlanego wina.

— Za pasztet, winogrona i czekoladę. Reszty nie trzeba — powiedziała. — Kup sobie jakieś środki uspokajające, Lika. Jesteś zdecydowanie zbyt nerwowa.

Galina Pietrowna zobaczyła to i zakryła twarz dłońmi. Wstyd stał się nie do zniesienia. Dokładnie to samo zrobiła wcześniej z pieniędzmi za twaróg. Teraz ten gest wrócił do niej jak bumerang, raniąc honor całej rodziny przed obcą osobą — narzeczonym. Było to upokorzenie. Subtelne, eleganckie i idealnie lustrzane.

— Chodźmy, Filipie — powiedziała Anna.

Poszli do przedpokoju, ubrali się i opuścili mieszkanie, podczas gdy Lika nadal wykrzykiwała za nimi obelgi.

Cisza, która zapadła po ich wyjściu, była ciężka. Wiktor powoli wstał od stołu.

— Dokąd idziesz, Witia? — zapytała Lika, dysząc i patrząc na niego szalonym wzrokiem.

— Ja… muszę to przemyśleć, Lika. Chyba wrócę dziś do siebie.

— Co masz na myśli? Przez tę sukę?

— Nie. Przez ciebie. Ja… nie spodziewałem się czegoś takiego.

Wyszedł.

Galina Pietrowna siedziała w milczeniu, wpatrując się w pieniądze przesiąknięte winem. Potem wstała i wzięła torebkę.

— Mamo, nie ty też! — warknęła Lika.

— Jesteś głupia, Lika — powiedziała matka z wyczerpaniem. — Naprawdę głupia. A ja jestem starą idiotką, że cię w tym zachowaniu utwierdzałam. Okryłaś się hańbą, córko. I mnie też okryłaś hańbą.

— IDŹCIE WSZYSCY DO DIABŁA!

Lika chwyciła talerz i cisnęła nim o podłogę. Porcelana rozprysnęła się na kawałki.

Jej matka wyszła bez słowa.

Filip i Anna wracali taksówką w milczeniu. Trzymał ją za rękę i gładził palcami jej dłoń. Jego skóra była ciepła i szorstka.

— Wybacz mi — powiedział w końcu. — Powinienem był zakończyć to dużo wcześniej.

— Nic się nie stało — odpowiedziała Anna, opierając głowę na jego ramieniu. — Najważniejsze, że wszystko wreszcie znalazło się na swoim miejscu.

Skandal wybuchł jak bomba, lecz fala uderzeniowa oczyściła przestrzeń.

Tydzień później okazało się, że Wiktor wycofał oświadczyny. Powiedział, że nie jest gotowy zakładać rodziny, dopóki nie upora się z własnymi problemami, ale wspólni znajomi twierdzili, że największe wrażenie zrobiła na nim „scena”, którą jego narzeczona urządziła z powodu kawałka pasztetu.

Miesiąc później Lika spróbowała odwiedzić brata. Jednak jej klucze zostały już dawno odebrane i nie pasowały do zamka. Stojąc za zamkniętymi drzwiami, Filip powiedział:

— NIE. Dopóki nie nauczysz się szanować mojej żony i mojego domu, nie wejdziesz tutaj.

Teściowa przyszła dwa miesiące później. Była cicha. Przyniosła własnoręcznie upieczone ciasto oraz dużą torbę zakupów: dobre mięso, owoce i ser.

— Dzień dobry, Aniu — powiedziała, nie przekraczając progu. — Czy mogę wejść?

Anna na nią spojrzała. W oczach Galiny Pietrowny nie było już wyniosłości ani chęci pouczania. Był w nich strach przed utratą syna i wstyd.

— Proszę wejść, Galino Pietrowno. Woda w czajniku jest gorąca.

Kiedy jednak teściowa weszła do kuchni, ani razu nie spojrzała w stronę lodówki.

A gdy w końcu pozwolono Angelice od czasu do czasu pojawiać się na rodzinnych uroczystościach organizowanych u matki, Galina Pietrowna surowo zatrzymywała ją za każdym razem, gdy przed rozpoczęciem obiadu wyciągała rękę po jedzenie:

— Ręce! Najpierw zapytaj!

Lika nie była zła na samą siebie. Zaciekle nienawidziła Anny, obwiniając ją o wszystkie swoje nieszczęścia. Jednak strach przed całkowitym usunięciem z życia brata i pozostaniem samotną — Wiktor nigdy do niej nie wrócił — zmuszał ją do milczenia.

I za każdym razem, gdy widziała zamknięte drzwi cudzej lodówki, przypominała sobie tamten wieczór, własne krzyki i spokojne spojrzenie Anny, która jadła winogrona.