Sprzedałam swój salon ślubny za 14 milionów, ale powiedziałam mężowi, że zbankrutowałam — i zobaczyłam jego prawdziwą twarz.

— Nastia, mówisz poważnie? Czternaście milionów! Przecież to prawdziwa fortuna! Nawet w najśmielszych snach nie widziałam tylu pieniędzy!

Jej siostra krzyknęła z ekscytacji tak głośno, że Nastia mimowolnie się uśmiechnęła. Ewa zawsze była emocjonalna, ale tym razem wyraźnie przesadzała.

— Ciszej! — syknęła kobieta, rozglądając się po pustym salonie. — Mówiłam ci, że nikt jeszcze o niczym nie wie. Ani o sprzedaży, ani o kwocie transakcji.

— A dlaczego nikt nie wie? Pietia wyjechał na konferencję?

Nastia poprawiła suknię ślubną wiszącą na stojaku. Jutro ostatnia klientka miała ją odebrać i… to miał być koniec. Pięć lat jej życia, nieprzespane noce, stres i ta szczególna duma, którą czuła za każdym razem, gdy widziała szczęśliwe twarze panien młodych — wszystko to miało się skończyć. Cały salon został sprzedany kobiecie z Moskwy, która chciała rozbudować własną sieć.

— Jest w domu. Po prostu… nie wiem, jak mu to powiedzieć. Tak naprawdę jeszcze nie zdecydowałam, co będę robić dalej. Chcę zająć się produkcją ziołowych herbat. Ale nie jestem pewna. A może jednak tak. Sama nie wiem. W każdym razie muszę to przemyśleć.

— Nie wiesz, jak mu powiedzieć? — Ewa była wyraźnie oszołomiona słowami siostry. — Nastieńka, przecież jesteście mężem i żoną! To są wasze wspólne pieniądze. No, prawie…

I wtedy Nastia nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów.

Wspólne pieniądze.

Kobieta przypomniała sobie, jak dwa lata wcześniej jej salon omal nie upadł. Klientki nie płaciły, dostawcy żądali zaliczek, a bank groził zajęciem majątku. W tamtym czasie Piotr chodził po domu ponury jak burzowa chmura, ciągle zdenerwowany i wyładowywał się na niej.

— Rozumiem, że jesteśmy mężem i żoną, ale nie potrafię pozbyć się swoich wątpliwości — przyznała Nastia zamyślonym tonem. — Pamiętasz, jak dziwnie Pietia reagował, kiedy miałam problemy z firmą? Zwłaszcza w 2024 roku?

— Oczywiście, że pamiętam — głos Ewy złagodniał. — Śmiertelnie się bał, że zbankrutujesz. Ale zamiast cię wspierać, tylko cię krytykował. Co za egoista!

— Tak, bez przerwy powtarzał, że wszystkim źle zarządzam. Krzyczał, że doprowadzę nas do ruiny. Potem oczywiście przepraszał, ale czy to naprawdę coś zmienia? A jego matka… pamiętasz, jak ciągle narzekała?

— Och, Walentyna Iwanowna to już zupełnie osobna historia. Troszczy się o swojego ukochanego synusia jak kwoka: „Och, Pietieńka, co ona wyprawia! Jeszcze zostaniesz bez kawałka chleba!”.

Nastia opadła na fotel i zamknęła oczy.

Co dziwne, wtedy nie zwracała większej uwagi na zachowanie męża. Po prostu miała zbyt wiele zmartwień i problemów. Teraz jednak, w ciszy pustego salonu, nagle bardzo wyraźnie przypomniała sobie strach w jego oczach.

Oczywiście nie bał się o nią.
 

Jej mąż martwił się o samego siebie. O swoje spokojne, wygodne życie. Pochodził ze skromnej rodziny, pracował jako nauczyciel geografii w szkole, a jego żona miała firmę i pieniądze…

W jej wnętrzu poruszył się mały robak zwątpienia, który czasami budził ją w nocy.

A co, jeśli Piotr był z nią wyłącznie dla pieniędzy?

A co, jeśli wszystkie te pięć lat małżeństwa…

— Wiesz, co zrobiłabym na twoim miejscu? — zapytała siostra tajemniczym tonem.

— Co?

— Przeprowadziłabym eksperyment. Powiedziałabym, że zbankrutowałam. Całkowicie. Że salon zostaje zamknięty, mam długi, a wierzyciele mnie ścigają.

— Co ty opowiadasz? To głupie!

— Nie, właśnie tak trzeba zrobić! Skłamiesz i zobaczysz ich reakcję. Zobaczysz, jak zachowa się twój mąż, kiedy naprawdę będziesz miała problemy. Jak zacznie mówić twoja teściowa. A potem zdecydujesz, czy naprawdę warto powiedzieć im prawdę o sprzedaży firmy, a przede wszystkim o kwocie transakcji. No i?

— Nie! Nie mogę tego zrobić. To zbyt podłe! — zaprotestowała Nastia, ale nawet w jej własnych uszach głos zabrzmiał mało przekonująco.

— Podłe? Ha! — prychnęła Ewa. — A wyładowywanie się na żonie, kiedy miała problemy w salonie, nie było podłe? Po prostu odkryjesz prawdę o swoich bliskich. Czy to naprawdę takie złe?

Kobieta nie odpowiedziała, wpatrując się w witrynę po drugiej stronie korytarza. Sprzedawano tam ubrania dziecięce i Nastia przypomniała sobie, że pół roku wcześniej zasugerowała Piotrowi, iż może powinni zacząć myśleć o dziecku. Mąż spojrzał wtedy na nią dziwnie i powiedział:

— Najpierw potrzebujemy stabilności finansowej.

Mimo że jej firma od dawna przynosiła dobre zyski.

— Słuchaj, właściwie… — zaczęła, po czym nagle się zatrzymała.

— Co?

— Och, nic. To głupie. Czasami po prostu zastanawiam się, czy Pietia naprawdę mnie kocha. Czy może kocha tylko moje pieniądze.

Ewa zamilkła. Potem powiedziała cicho:

— Nastieńka, jesteś mądrą dziewczyną. Skoro przychodzą ci do głowy takie myśli, to znaczy, że masz ku temu powód.

Ktoś zapukał do drzwi. Ochroniarz centrum handlowego zajrzał do salonu, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

— Dobrze, kochanie, muszę już zamykać. Zastanowię się nad twoim pomysłem.

— Zastanów się, ale nie za długo. I pamiętaj, cokolwiek się stanie, jestem z tobą. Kocham cię!

W domu Piotr siedział w salonie i w skupieniu przeglądał coś na tablecie. Był tak pochłonięty, jakby decydował o losach świata.

— Kochanie, chodź tutaj! — zawołał radośnie. — Oglądam propozycje naszych wspólnych wakacji. Już znalazłem coś ciekawego!

Nastia podeszła i spojrzała mu przez ramię na tablet. Na ekranie widniały turkusowe laguny, olśniewająco białe plaże i wille na palach stojące nad wodą.

— Malediwy? — wyszeptała.

— Tak! Zobacz, jak tam pięknie! — Piotr dalej przewijał zdjęcia. — Najbardziej podoba mi się ten hotel. Pięć gwiazdek, wszystko w cenie, bungalowy na wodzie. Wyobrażasz sobie? Rano otwierasz drzwi, a przed tobą ocean!

— A ile to kosztuje? — zapytała ostrożnie kobieta.

— Cóż, oczywiście nie jest tanio! Ale możemy sobie na to pozwolić. Dla nas dwojga, na tydzień, wyjdzie około miliona rubli.

— Około miliona rubli? — Nastii aż zaparło dech.

— No i co z tego? Dobrze zarabiasz. Poza tym zasługuję na prawdziwe wakacje. Od lat uczę dzieci geografii, a sam nigdy nie wyjechałem dalej niż na naszą działkę!

— Pietia, rozumiem, ale może powinniśmy poszukać czegoś w naszym budżecie? Turcja, Soczi…
 

Twarz mężczyzny natychmiast się zmieniła. Zmarszczył brwi, a jego usta zacisnęły się w cienką linię.

— W naszym budżecie? — powtórzył chłodno. — Co, nasz budżet nagle pękł?

— Nie to miałam na myśli…

— Więc co miałaś na myśli? — mąż odłożył tablet i spojrzał na nią z ironią. — Właściwie nie odpowiadaj. Zrozumiałem aluzję, Nastia. Nauczyciel, jak rozumiem, powinien zadowolić się skromnymi wakacjami.

— Naprawdę nie to miałam na myśli…

— Nie wij się jak piskorz na patelni! Dokładnie to miałaś na myśli! Że ja, jak wszyscy nauczyciele, powinienem jechać do Anapy, wynająć pokój u jakiejś staruszki za półtora tysiąca dziennie i przegryzać herbatniki, oszczędzając każdy grosz.

— Po prostu milion wydaje mi się zbyt dużą sumą za tydzień wakacji…

— Zbyt dużą? — mąż wstał i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. — Zbyt dużą dla kogo? Dla mnie? Dla biednego nauczyciela geografii?

Nastia natychmiast się spięła. W głosie męża było coś, czego wcześniej nigdy nie zauważyła. Uraza, złość i… strach? A może chciwość?

— Ale ja już cię zrozumiałem! — prychnął mężczyzna, zatrzymując się przed żoną. — Po prostu szkoda ci wydawać na mnie pieniędzy! Nie chcesz ich wydawać na mnie. Albo uważasz, że to bez sensu. Salon dobrze zarabia, a ty liczysz każdy grosz.

— Pietia…

— A może uważasz, że nie zasługuję na wakacje na Malediwach? Że nauczyciel geografii nadaje się tylko do namiotu nad jakimś miejscowym jeziorem?

Nastia spojrzała na męża z rozpaczą. To, co zobaczyła, przestraszyło ją.

— Dobrze — zgodziła się cicho. — Zastanowię się.

Piotr natychmiast się uspokoił i uśmiechnął.

— No i tak lepiej! Wiedziałem, że wszystko właściwie zrozumiesz.

Mężczyzna wrócił do tabletu, jakby nic między nimi się nie wydarzyło. Ale Nastia nie miała już żadnych wątpliwości. Eksperyment musiał się odbyć. Koniecznie.

Kobieta spędziła cały tydzień pogrążona w dziwnych myślach i wątpliwościach. Czasami przekonywała samą siebie, że pomysł siostry to kompletna bzdura, a potem znów bez końca roztrząsała słowa Ewy.

A co, jeśli miała rację?

A co, jeśli jej mąż i jego rodzice naprawdę zasługiwali na taki test?

Nawet jeśli oznaczało to kłamstwo.

Telefon zadzwonił w sobotę rano.

— Nastieńka, tu Walentyna Iwanowna! Jak się masz, moja droga?

Nastia skrzywiła się. Teściowa nazywała ją „moją drogą” tylko wtedy, gdy czegoś chciała.

— Dobrze, dziękuję. A wy?

— Dzięki Bogu żyjemy i jesteśmy zdrowi. Nikołaj Pietrowicz i ja pomyśleliśmy, że wpadniemy dziś do was. Tęsknimy! Możemy przyjechać?

— Oczywiście, przyjeżdżajcie.

— Może powinnam coś przynieść na kolację? Zrobiłam dziś małe paszteciki z mięsem. Są pyszne!

— Proszę przynieść, z przyjemnością zjemy.
 

Kiedy Piotr dowiedział się, że jego rodzice przyjeżdżają, natychmiast się ożywił. Zaczął krzątać się po mieszkaniu i wyjmować z szafek najlepszą zastawę.

— Pierwsze, co zrobię, to opowiem im o Malediwach! — oznajmił radośnie. — Mama będzie zachwycona. I zazdrosna!

Nastia uśmiechnęła się blado.

Ciekawe, co się stanie, gdy jej mąż zrozumie, że nie ma czego świętować.

Teściowie przyjechali o szóstej wieczorem. Oboje byli w doskonałych humorach.

— Mamo! Tato! — Piotr rzucił się do rodziców już w przedpokoju. — Jak się macie? Jak zdrowie?

— Dobrze, synku, nie narzekamy — powiedziała Walentyna Iwanowna, rozglądając się po przedpokoju. — U was jak zawsze wszystko lśni! Synowo, jesteś cudowna! Ależ mój syn ma z tobą szczęście! Żyje jak na wakacjach!

— I naprawdę żyję jak na wakacjach! A wkrótce jeszcze wyjadę na wakacje! — dodał Piotr, nie mogąc się powstrzymać. — Latem lecimy na Malediwy!

— Na Malediwy? — teściowa usiadła na brzegu kanapy. — Och, Pietieńka, a gdzie to jest?

— Mamo, to wyspy! Na Oceanie Indyjskim! Plaże, woda… Będziemy mieszkać w domku na wodzie!

— Och, jakie to ciekawe! A drogo?

— Oj, mamo — odpowiedział niedbale. — Tylko milion.

— Tylko?! — Walentyna Iwanowna niemal podskoczyła. — Pietieńka, twój ojciec i ja nie wydajemy tyle przez cały rok.

— Wy to wy, mamo, a my to my. Zapomniałaś, ile Nastia zarabia? My nie mamy problemów z pieniędzmi!

— To zabierzcie nas ze sobą! — poprosiła nagle teściowa. — Całe życie marzyłam, żeby zobaczyć ocean. Chociaż raz w życiu zobaczyć prawdziwe palmy.

Piotr zawahał się.

— No, nie wiem, mamo… To drogie. Ale Nastia i ja zastanowimy się nad twoją prośbą. Może uda się polecieć we czwórkę.

— Och, rozumiem, rozumiem. Po prostu o tym marzę! Prawda, Kola?

— To prawda — zgodził się teść. — Ciężko, kiedy człowiek nie ma własnych pieniędzy.

Nastia nakrywała do stołu i uważnie słuchała rozmowy. Słuchała, jak rozmawiają o jej dochodach. Jak planują wakacje na Malediwach. Jak marzą, że wyda na nich swoje pieniądze.

Przy stole Walentyna Iwanowna nie mogła przestać:

— Pietieńka, a kiedy tam polecicie? Co trzeba ze sobą zabrać? Są tam rosyjskie hotele?

— Mamo, jest tam przepięknie! Oglądałem w internecie… przynoszą śniadanie prosto do pokoju. Jest wędkowanie, nurkowanie…

— Och, jakie to cudowne! — zawołała teściowa, unosząc ręce. — Nikołaj Pietrowicz, słyszysz? A my pewnie znowu pojedziemy w tym roku na działkę.

— Daj spokój, mamo, działka też nie jest taka zła — uśmiechnął się Piotr protekcjonalnie.

— Jaka działka, skoro na świecie istnieją takie cuda!

Nastia obserwowała bliskich z rosnącym rozczarowaniem. Co ciekawe, żadne z nich nie zapytało, jak się czuje, jak jej zdrowie ani jak radzi sobie jej firma. Interesowały ich wyłącznie jej pieniądze i perspektywa darmowych wakacji.

— Przepraszam, że przerywam tę miłą rozmowę — odezwała się kobieta, kiedy wszyscy nieco się uspokoili. — Ale muszę wam coś powiedzieć. Coś ważnego i… nieprzyjemnego.

Wszyscy na nią spojrzeli. Piotr się spiął.

— Mój salon zbankrutował. Jestem zrujnowana. Nic mi nie zostało. Tylko długi.

Walentyna Iwanowna zastygła z widelcem w dłoni. Nikołaj Pietrowicz przestał przeżuwać. A mąż patrzył na nią tak, jakby właśnie ogłosiła koniec świata.
 

Piotr pierwszy doszedł do siebie.

— Co to znaczy… zbankrutował? — jego głos drżał z paniki. — Nastia, żartujesz?

— Nie żartuję. W zeszłym tygodniu wszystko stało się jasne. Wierzyciele żądają spłaty, a ja nie mam z czego zapłacić.

— Ale jak… — teściowa w końcu odłożyła widelec. — Przecież salon działał, były klientki…

— Były. Potem zniknęły. Pojawiła się konkurencja, ceny spadły. Od pół roku pracuję ze stratą.

— Ale nigdy nam o tym nie mówiłaś! — Piotr zerwał się od stołu i zaczął chodzić po kuchni. — Dlaczego milczałaś?

— Myślałam, że sobie poradzę. Nie chciałam was martwić.

— Nie chciałaś nas martwić? — mąż coraz bardziej się denerwował. — Nastia, to jest nasze wspólne życie! Nasze plany!

„Nasze plany”.

Nie „twoje problemy”, tylko właśnie „nasze plany”.

Malediwy, które teraz znalazły się pod znakiem zapytania.

— Pietieńka, uspokój się — wtrąciła Walentyna Iwanowna. — Może nie jest aż tak źle? Może da się jeszcze coś zrobić?

— Co niby mamy zrobić, mamo? — Piotr ponownie usiadł i chwycił się za głowę. — Jeśli firma zbankrutowała, to koniec. Mieszkanie było zastawione?

— Tak — skłamała Nastia.

— Boże… — mąż pobladł. — Czyli możemy zostać na ulicy?

— W zasadzie tak.

Nikołaj Pietrowicz, który dotąd milczał, wreszcie się odezwał:

— Ile jesteś winna?

— Około pięciu milionów.

— Pięć milionów! — krzyknęła teściowa. — Pietieńka, to… to katastrofa!

— Mamo, nie panikuj — ale głos Piotra również drżał. — Trzeba zastanowić się, co możemy zrobić.

— Nad czym tu myśleć? — teściowa spojrzała na Nastię z ledwie ukrywanym wyrzutem. — Mówiłam! Mówiłam, że nie powinna zajmować się biznesem! Normalne kobiety pracują na etacie albo siedzą w domu i rodzą dzieci!

— Mamo…

— Nie mów do mnie „mamo”! Miałam rację! Ale ty powtarzałeś: „Nastia jest mądra, Nastia sobie poradzi”. No i proszę, poradziła sobie! Naraziła całą rodzinę na niebezpieczeństwo!

Nastia uśmiechnęła się, przypominając sobie, że zaledwie rok wcześniej teściowa poprosiła ją o kupienie nowego futra.

„Daj spokój, Nastia, przecież bez problemu możesz sobie na to pozwolić. Wstyd mi chodzić do teatru w starym”.

Futro kosztowało sto dwadzieścia tysięcy. Walentyna Iwanowna nosiła je tak, jakby sama na nie zarobiła.

— Walentyno Iwanowno — powiedziała cicho Nastia — przecież nie zbankrutowałam specjalnie.

— Nie specjalnie! Trzeba było myśleć! Pietia cię ostrzegał, ja cię ostrzegałam. Ale nie, chciałaś bawić się w bizneswoman!

— Mamo, wystarczy! — warknął Piotr, ale Nastia zrozumiała, że mąż jej nie bronił. Bał się jedynie, że matka powie za dużo.

— A Malediwy? — zapytała nagle Walentyna Iwanowna żałosnym głosem. — A wakacje?

— Jakie Malediwy, mamo? Jakie wakacje? — Piotr zaśmiał się nerwowo. — Teraz trzeba myśleć, jak przeżyć.

— Może pożyczysz od kogoś? — zasugerowała teściowa. — Na przykład od siostry.

Nastia pokręciła głową.

— Ewa nie ma takiej sumy.

— A przyjaciele?

— Nikt nie pożyczy pięciu milionów.

— Pójdziesz do pracy na etat? — zapytał Piotr z przerażeniem.

— Będę musiała. Oboje będziemy pracować jak szaleni, żeby spłacić długi. Nie ma innego wyjścia!

— A co ja mam z tym wspólnego? Po pierwsze, to nie są moje długi. Po drugie, ja już pracuję!

— Z twojej pensji nie da się żyć. Będziesz musiał udzielać korepetycji i znaleźć dodatkowe zajęcia. Inaczej sobie nie poradzimy!

Mąż skulił się i zamilkł. A jego żona uśmiechnęła się w duchu z satysfakcją.

Oto on.

Prawdziwy Piotr, który tak długo ukrywał się za maską troskliwego męża.
 

Nie myślał o tym, jak trudno było jej. Myślał tylko o tym, jak on będzie teraz żył.

— I trzeba będzie sprzedać samochód? — zapytał.

— Tak, sprzedamy.

— A działkę?

— Działkę też.

Walentyna Iwanowna pociągnęła nosem.

— Pietieńka, myślę, że może powinieneś na jakiś czas zamieszkać u nas. Dopóki wszystko się nie wyjaśni. A jeśli naprawdę zostaniesz na ulicy?

„Powinieneś zamieszkać”.

Nie „powinniście zamieszkać”, lecz właśnie „ty”.

Nastia również to zauważyła. W ich planie ratunkowym nie było dla niej miejsca.

— Nie wiem, mamo — Piotr potarł skronie. — Muszę się zastanowić.

— Nad czym tu myśleć? Jesteś moim jedynym synem!

Długo rozmawiali o katastrofie, wyliczali możliwości i układali plany ratunkowe. I ani razu, ani jeden jedyny raz, nikt nie przytulił Nastii i nie powiedział:

„Wszystko będzie dobrze. Razem damy sobie radę”.

Nikt nie zapytał, jak się czuje.

W tym momencie jej mąż i jego rodzice widzieli w niej wyłącznie źródło problemów. Kobietę, która zniszczyła ich plany beztroskiego życia.

Kiedy rodzice w końcu wyszli, Piotr usiadł na kanapie i wpatrywał się w ścianę.

— Co za koszmar — wymamrotał. — Co za koszmar…

— Co masz na myśli?

— Mam na myśli, że nie wiem, jak teraz żyć — mąż spojrzał na nią z rozpaczą. — Byłem przyzwyczajony… Mieliśmy plany… Cholera, już powiedziałem kolegom o Malediwach!

I właśnie w tej chwili Nastia zrozumiała wszystko.

Eksperyment się udał.

Lepiej, niż mogła sobie wyobrazić.

Przez następne trzy dni Piotr nie był sobą. Wstawał, szedł do pracy, wracał i siadał w milczeniu przed telewizorem. Nie zadawał pytań, nie omawiał planów. Po prostu patrzył w ekran, jakby liczył, że wszystko rozwiąże się samo.

W środę wieczorem mąż w końcu się odezwał:

— Nastia, byłaś u prawnika? Może jest jakiś sposób, żeby… no… nie płacić tych długów?

— Jaki sposób? Długi to długi.

— Nie wiem… — mąż nerwowo potarł dłonie. — Może przepisać coś na kogoś innego. Albo się rozwieść, żeby nikt nie mógł mieć do mnie pretensji.

— I tak nie będziesz za nie odpowiadał. To była moja firma i moje długi.

— A mieszkanie?

— Co z nim?

— Przecież możemy zostać na ulicy!

Nastia uważnie obserwowała męża, który desperacko unikał jej wzroku.

— Czego się boisz?

— Niczego się nie boję! — wybuchnął. — Po prostu nie rozumiem, dlaczego mam płacić za twoje błędy!

— Moje błędy?

— A czyje? Ostrzegałem cię! Mówiłem, żebyś się w to nie pakowała! Ale nie, chciałaś bawić się w bizneswoman!

— Bawić się?

— A jak chcesz to nazwać? Normalne kobiety mają zwykłą pracę i dostają pensję. Stabilnie, pewnie. A ty chciałaś udawać oligarchinię!

Nastia milczała. Ciekawe, jak szybko wyparowała maska troskliwego męża.

— I co teraz? — ciągnął Piotr. — Mam się zaharowywać, żeby spłacać twoje długi? Latami udzielać korepetycji i oddawać ostatnie grosze twoim wierzycielom?

— A co proponujesz?

— Niczego nie proponuję! — nerwowo pokręcił głową. — Ale nie zamierzam spędzić połowy życia w biedzie przez twoją głupotę!

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— To znaczy, że to są twoje problemy, Nastia. Twoja firma, twoje długi, twoja odpowiedzialność! Nie wciągaj mnie w to!

— Rozumiem — skinęła głową kobieta. — A nasze małżeństwo?

Piotr milczał przez chwilę, po czym odpowiedział cicho:

— Muszę się zastanowić. Potrzebuję czasu.

Potrzebował dwóch dni.

W piątek wieczorem wyjął starą walizkę i zaczął się pakować.

— Odchodzisz? — zapytała Nastia z uśmiechem.

— Do rodziców. Na razie… dopóki wszystkiego sobie nie poukładam.

— Co dokładnie chcesz sobie poukładać?

— No… — mąż nie wytrzymał jej spojrzenia. — Muszę pomyśleć o przyszłości. O swojej przyszłości.

— A o mnie nie trzeba myśleć?

— Nastia, sama się w to wpakowałaś! Nikt cię nie zmuszał! Ostrzegałem cię, moja matka cię ostrzegała! Ale nie, chciałaś ryzykować! To teraz radź sobie sama! Ja odchodzę!

— Rozumiem.

— Poza tym — rzucał koszule do walizki — jestem nauczycielem! Zarabiam pięćdziesiąt tysięcy! Nie mam pięciu milionów na spłatę długów! To absurd!

— Absurd — zgodziła się Nastia.

— Właśnie! Każdy powinien odpowiadać za własne czyny!

Zamknął walizkę, ubrał się i wziął klucze.

— Zadzwonię. Kiedy… kiedy podejmę decyzję.

— Oczywiście. Zadzwoń.

Drzwi trzasnęły.

Nastia stała w przedpokoju, słuchając oddalających się kroków. A potem nagle wybuchnęła śmiechem. Tak głośnym, że usłyszał go cały dom.

— Szczury! — powiedziała na głos. — Szczury uciekające z tonącego statku!

Śmiała się tak mocno, że łzy napłynęły jej do oczu.

Boże, jakie szczęście!

Jak dobrze, że poznała prawdę teraz, a nie za dziesięć lat!

Szybko chwyciła telefon i wybrała numer siostry.

— Ewa, jesteś w domu? Przyjedź. Mamy co świętować.

— Co się stało? Pietia odszedł?

— Uciekł! Spakował walizkę i odszedł! Jesteś genialna! Absolutnie genialna! Za taki pomysł jestem gotowa zabrać cię na Malediwy!

— Mówisz poważnie?

— Całkowicie poważnie! Otworzyłaś mi oczy. Dałaś mi szansę na nowe życie. Czy to mało?

— Nastia, a on… naprawdę nic nie powiedział? Nawet nie próbował cię wesprzeć?

— Powiedział, że to moje problemy i że nie będzie przez lata spłacał długów z powodu mojej głupoty.

— Drań!

— Nie, nie drań. Po prostu pokazał mi swoją prawdziwą twarz. I za to jestem mu wdzięczna.

— Trzymasz się?

— Jestem szczęśliwa! Jestem wolna! Czternaście milionów, żadnych długów, żadnego pasożyta w roli męża i żadnej teściowej kwoki. Życie dopiero się zaczyna!

Nastia rozłączyła się i rozejrzała dookoła.

Mieszkanie wydawało się większe i jaśniejsze. Powietrze jakby stało się czystsze.

W poniedziałek zadzwoni do kupców salonu, żeby sfinalizować sprzedaż.

A we wtorek zacznie badać rynek ziołowych herbat.

Nowe życie.

Jakie było piękne…