„Śpisz? Wstawaj już — jesteśmy na dole i jesteśmy głodni!”

Telefon zaczął wibrować o wpół do siódmej. Wera otworzyła jedno oko, zobaczyła nieznany numer i odrzuciła połączenie. Trzydzieści sekund później telefon znów zaczął dzwonić. Potem jeszcze raz. Za czwartym podejściem odebrała i usłyszała jasny, przenikliwy głos Oksany — kuzynki swojej matki, którą Wera widziała w życiu może trzy razy.

— Weruniu, jeszcze śpisz? No dalej, wstawaj — jesteśmy na dole i jesteśmy głodni! To nadal ten sam adres na Kujbyszewa, prawda?

Wera usiadła na łóżku. Miała wrażenie, jakby głowę wypełniała jej wata. Za oknem był szary sobotni poranek, a deszcz stukał o parapet.

— Jaki adres, Oksano? O czym ty mówisz?

— Jak to o czym mówię? Pisałam do ciebie wczoraj! Nie przeczytałaś? Mamy ważne sprawy w mieście, więc postanowiliśmy wpaść i zostać u ciebie na kilka nocy. Ja, Wowka i chłopcy. Nie martw się, nie zajmiemy dużo miejsca — jesteśmy bardzo skromni!

Cztery osoby. W jej trzypokojowym mieszkaniu. Bez uprzedzenia. O siódmej rano, w sobotę.

Oczywiście żadnej wiadomości nie było. Oksana po prostu skłamała, żeby nie usłyszeć odmowy z wyprzedzeniem.

— Oksano, poczekaj, nie jestem gotowa na gości, muszę—

— Oj, daj spokój! Co tu przygotowywać? Wszystko zrobimy sami, nie martw się. Wowka przywiózł kiełbasę, kupimy chleb. Po prostu otwórz drzwi, jesteśmy już prawie na miejscu. Dobrze, całuję!

Połączenie zostało przerwane. Wera rzuciła telefon na poduszkę i zakryła twarz dłońmi.
 

To był już trzeci raz w ciągu półtora roku. Jesienią Oksana i Władimir pożarli wszystko, co było w lodówce, i poczęstowali się koniakiem, który Wera trzymała na Nowy Rok. W marcu przyjechali ze swoim synem studentem, który palił na balkonie i przez całą noc oglądał seriale. Przed wyjazdem Władimir poprosił o pożyczenie pieniędzy na benzynę. Oczywiście nigdy ich nie oddał.

A teraz znowu tu byli. W czwórkę. Przekonani, że Wera ma obowiązek otworzyć im drzwi, bo przecież byli rodziną.

Wera wstała, nalała sobie szklankę wody z kranu i wypiła ją jednym haustem. Pamiętała, jak podczas ostatniej wizyty usłyszała Oksanę mówiącą komuś przez telefon: „Spokojnie, nocujemy u mojej kuzynki za darmo, więc czym się martwić?” W tym „za darmo” było tyle codziennej bezczelności, że Wera omal nie wyrzuciła ich wtedy za drzwi w środku nocy.

Ale milczała. Jak zawsze.

Telefon znów zawibrował.

Jesteśmy przy światłach na Malyszewa, będziemy za chwilę!

Wera spojrzała na ekran, potem na drzwi, a potem znowu na ekran. I podjęła decyzję.

Wyciszyła telefon, rzuciła go na łóżko, wsunęła się z powrotem pod kołdrę i zamknęła oczy. Serce biło jej tak, jakby za chwilę miała wyskoczyć z samolotu. Ale ten strach dziwnie dobrze jej robił. Był wyzwalający.

Około dziesięciu minut później zadzwonił domofon. Wera się nie poruszyła. Potem zadzwonił ponownie. Następnie zaczęli pukać do drzwi wejściowych — natarczywie i żądająco, z trzydziestosekundowymi przerwami. Słyszała, jak rozmawiają na zewnątrz. Głos Władimira. Zirytowane pomruki Oksany. Chichoty chłopaków.

— Ona nie śpi! Na pewno słucha muzyki w słuchawkach!

— Wszystkie okna są zamknięte. Może naprawdę śpi?

— Kto śpi tak długo w sobotę? Zadzwoń do niej jeszcze raz.

Wera leżała i słuchała. Prawie chciało jej się uśmiechnąć.
 

Kręcili się pod jej drzwiami przez około czterdzieści minut. Potem zapadła cisza. Wera wstała, zrobiła kawę i usiadła przy oknie. Na dole stał zaparkowany ich ciemnoniebieski samochód. Oksana nerwowo paliła przy wejściu, a Władimir pokazywał coś chłopcom na telefonie.

Telefon na łóżku eksplodował od połączeń. Dwadzieścia trzy nieodebrane połączenia.

Wera dopiła kawę. Poczekała jeszcze pół godziny. Potem oddzwoniła do Oksany. Oksana odebrała po pierwszym sygnale.

— Wera! Gdzie ty jesteś?! Staliśmy pod twoimi drzwiami przez godzinę! Telefon ci się zepsuł czy co?!

Wera mówiła powoli, zmęczonym, zaspanym głosem, jakby dopiero co się obudziła.

— Oksano, ledwo cię słyszę. Gdzie teraz jesteś?

— Gdzie jestem? W twoim bloku! Ogłuchłaś czy co? Dzwonimy bez przerwy, a nikt nie otwiera!

— W moim bloku? W jakim bloku?

— Twoim! Na Kujbyszewa! Wera, co z tobą jest nie tak?!

Wera pozwoliła, by zapadła cisza — wystarczająco długa, żeby Oksana zdenerwowała się jeszcze bardziej.

— Oksano, nie rozumiem. Nie jestem na Kujbyszewa. Nawet nie jestem w mieście.

— Jak to nie jesteś w mieście?! Przecież tu mieszkasz!

— Mieszkałam. Sprzedałam mieszkanie tydzień temu i wyjechałam. Teraz jestem w Niżnym Nowogrodzie.

Cisza. Wera słyszała, jak Oksana głośno oddycha do telefonu.

— Jak to sprzedałaś?! Wyjechałaś?! Wera, ty żartujesz?

— Nie żartuję. Poznałam tam kogoś. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Postanowiliśmy za długo nie czekać, więc sprzedałam mieszkanie, spakowałam rzeczy i się przeprowadziłam. Przepraszam, myślałam, że wiesz.

Wera zdziwiła się, jak łatwo przyszło jej kłamstwo. Mówiła spokojnie, bez dramatu, i to sprawiało, że cała historia brzmiała całkiem wiarygodnie.

— Ale Wera, nie mogłaś tak po prostu… My na to liczyliśmy! Nasi synowie dostali się na twój uniwersytet! Myśleliśmy, że na początku będą mogli zostać u ciebie, dopóki nie znajdziemy im mieszkania!

No właśnie.
 

Po to przyjechali.

Nie na kilka nocy. Na stałe.

Dwóch studentów miało wprowadzić się do jej mieszkania, jeść jej jedzenie, niszczyć jej meble i uważać to za coś całkowicie normalnego.

Wera poczuła, jak ogarnia ją chłodna satysfakcja.

— Przykro mi, Oksano. Ale mam teraz inne życie. Nie mogę ci pomóc.

— Ale Wera, co my mamy zrobić? Zgodziliśmy się, żeby składali papiery właśnie tam tylko dlatego!

— Znajdźcie wynajem. Tak robią wszyscy inni.

— Ale to drogie! Nie planowaliśmy tego!

— W takim razie będziecie musieli zacząć planować. Naprawdę muszę kończyć. Powodzenia.

Rozłączyła się i wypuściła powietrze. Ręce jej drżały.

Samochód Oksany odjechał około pięciu minut później. Wera usiadła na kanapie i zamknęła oczy. Potem telefon znów zadzwonił. Jej brat Maksim. Od razu wszystko zrozumiała — to pewnie on kiedyś podał Oksanie jej dane kontaktowe.

— Wera, co ty nagadałaś Oksanie o Niżnym? Płacze, mówi, że wyjechałaś i ich porzuciłaś!

— Maksim, ty w ogóle rozumiesz, co oni planowali? Chcieli podrzucić mi swoich synów na cały rok. Nawet mnie o to nie pytając. Ani razu.

— No dobrze, ale mogłaś im to wyjaśnić jak normalny człowiek…

— Wyjaśniałam im! Byli już dwa razy i za każdym razem zachowywali się jak w hotelu! Maksim, dla nich ja nie jestem człowiekiem, rozumiesz? Jestem tylko darmowym dachem nad głową. A ty dałeś im mój adres, nawet mnie nie pytając.

Maksim zamilkł.

— Dobra — powiedział w końcu. — Ale po co kłamać?

— Bo inaczej będą dzwonić co tydzień, narzekać i wzbudzać we mnie poczucie winy. Nie potrzebuję tego. Jestem zmęczona tym, że wszyscy zachowują się tak, jakbym była im coś winna. Nikomu nic nie jestem winna.
 

Cisza.

— Rozumiem — powiedział w końcu Maksim. — Słuchaj, to ja zadzwonię do Oksany i powiem jej, że nie jesteś w Niżnym. Jesteś w Petersburgu. Poznałaś tam bogatego faceta, wciągnął cię w biznes i teraz przeszłaś na zupełnie inny poziom. Wtedy nawet nie pomyśli, żeby cię więcej męczyć.

Wera roześmiała się. Po raz pierwszy tego poranka — szczerze.

— Mówisz poważnie?

— Całkowicie. Ja też mam dość Oksany. W zeszłym roku poprosiła mnie o pożyczkę i nigdy jej nie oddała. Niech myśli, że jesteś daleko i nieosiągalna.

— Dziękuję, Maksim.

— To po części moja wina. Nigdy więcej nikomu nie dam twoich danych.

Minął tydzień. Wera wróciła do normalnego życia — praca, raporty, wieczorne spacery. W jej mieszkaniu było cicho. Nikt nie dzwonił do drzwi. Nikt nie domagał się śniadania. Nikt nie zostawiał brudnych naczyń na stole.

W piątek spotkała Ludmiłę, sąsiadkę z naprzeciwka, która zawsze zdawała się znać wszystkie plotki z bloku.

— Wera, słyszałam, że przeprowadzasz się do Petersburga! To prawda?

Wera uśmiechnęła się niewinnie.

— Ludmiło, skąd ludzie biorą takie historie?

— Znajoma mi powiedziała — jej znajoma zna kogoś z twoich krewnych. Mówią, że zaczęłaś tam zupełnie nowe życie i teraz żyjesz w luksusie!

— Wyobraź sobie. A ja nawet nie wiedziałam, że moje życie stało się takie ciekawe.

Ludmiła pochyliła się bliżej.

— To prawda czy nie?

Wera wzruszyła ramionami. Niech myślą, co chcą. Najważniejsze było to, że Oksana i jej bezwstydna rodzina już nigdy więcej nie postawią nogi na jej progu.

— Ludmiło, nie lubię rozmawiać o sprawach osobistych. Żyję, jak żyję.

— Rozumiem — powiedziała Ludmiła. — I bardzo dobrze, że umiesz się postawić. Bo tacy krewni — jak raz wejdą ci na głowę, to już nigdy ich z niej nie zrzucisz.

Wera weszła po schodach, otworzyła drzwi i weszła do przedpokoju. Zdjęła buty, odłożyła torbę, a potem poszła do kuchni i otworzyła okno. Na zewnątrz powietrze pachniało świeżością i benzyną.

Zwyczajne życie. Jej życie. Bez natrętnych gości, bez cudzych synów śpiących na jej kanapie, bez resztek znikających z lodówki i obietnic, których nikt nigdy nie dotrzymywał.

Wyjęła puszkę z kawą, wsypała trochę do tygielka, postawiła go na kuchence i usiadła przy oknie. Przypomniała sobie tamten sobotni poranek — jak stała tam, słuchając, jak dzwonią. Bała się, że ulegnie, otworzy, wpuści ich do środka. Leżała pod kołdrą z sercem walącym jak szalone i myślała: nikomu nic nie jestem winna.

I nie otworzyła drzwi.

Kawa się zagotowała. Wera przelała ją do filiżanki i dodała cukru. Jej telefon leżał na stole. Żadnych nieodebranych połączeń od Oksany. Żadnych wiadomości z żądaniem pomocy. Cisza. Długo wyczekiwana cisza.

Gdzieś tam Oksana pewnie opowiadała wszystkim, że jej krewna nagle się wzbogaciła i przeprowadziła do Petersburga. Może nawet dodawała szczegóły o luksusowym mieszkaniu i nowym, wystawnym życiu. A pod tymi wszystkimi wymyślonymi szczegółami kryła się jedna gorzka prawda: darmowa przejażdżka się skończyła. Nie było już miejsca, gdzie można zatrzymać się za nic.

A Wera siedziała w swoim trzypokojowym mieszkaniu przy ulicy Kujbyszewa, piła kawę i uśmiechała się. Bo czasami jedynym sposobem, by ochronić swoje życie, jest zniknąć z życia innych ludzi.
 

Upiła łyk. Gorący, mocny, lekko gorzki. Za oknem padała drobna mżawka, samochody mruczały, a ktoś kłócił się przy wejściu. Zwyczajny wieczór w zwyczajnym mieście.

Wera spojrzała na telefon, potem na drzwi. Ciężkie, solidne, z nowym zamkiem, który zamontowała po drugiej wizycie Oksany. Wtedy mówiła sobie, że to dla bezpieczeństwa. Ale tak naprawdę już wiedziała, że pewnego dnia będzie musiała odmówić im wejścia.

I zrobiła to.

Teraz wreszcie mogła żyć spokojnie. Bez poczucia winy. Bez strachu, że w każdej chwili ktoś zapuka do drzwi, żądając, by go wpuścić, nakarmić i przenocować. Bez wrażenia, że jej życie jest publiczną poczekalnią dla wszystkich, którym szkoda pieniędzy na hotel.

Wera dopiła kawę i odstawiła filiżankę do zlewu. Potem poszła do salonu, położyła się na kanapie i przykryła kocem. Włączyła serial, który od dawna chciała obejrzeć. Na zewnątrz zapadał wieczór. W środku mieszkanie było ciepłe i spokojne.

Nikt nie pukał do drzwi. Nikt nie domagał się jej uwagi. Nikt nie zachowywał się tak, jakby była mu coś winna.

I to było najlepsze, co spotkało ją od półtora roku.