Siostra mojej żony uznała, że to ja mam odebrać ją z lotniska o czwartej nad ranem. Wyłączyłem telefon i przespałem całą noc — a rano odbyliśmy pewną rozmowę…

Znasz tę niepisaną zasadę, która jakby automatycznie dochodzi do aktu małżeństwa? Nigdzie nie jest zapisana, ale wszyscy domyślnie zakładają, że istnieje: „Kiedy żenisz się z kobietą, bierzesz też na siebie jej problemy i kaprysy jej bliskich”. Zwłaszcza jeśli masz samochód. Dla wielu krewnych sam fakt, że zięć ma auto, automatycznie czyni z niego darmowego kierowcę, kuriera i firmę przeprowadzkową dostępną przez całą dobę.

Z natury nie jestem konfliktowy. Pomóc teściowej zawieźć sadzonki na działkę w maju to w zasadzie święty obowiązek — nawet jeśli po doliczeniu paliwa te pomidory wychodzą potem „jak ze złota”. Odebrać żonę po firmowej imprezie? Żaden problem. Ale jest granica, za którą pomoc rodzinie się kończy, a zaczyna zwykłe wykorzystywanie. W naszej rodzinie ta granica nazywa się Natasza.

Natasza jest młodszą siostrą mojej żony. Ma trzydzieści lat. Nie jest mężatką, pracuje jako kierowniczka sprzedaży czegoś bardzo ważnego i uważa się za delikatną księżniczkę, która sama niczego nie potrafi zrobić. Natasza uwielbia podróże. Turcja, Egipt, Tajlandia, Soczi — co trzy miesiące gdzieś wyjeżdża jak w zegarku. I za każdym razem, bez wyjątku, jej powrót zamienia się w operację specjalną o kryptonimie „Odwieźć Księżniczkę do domu”.

Wcześniej to ja po nią jeździłem. W milczeniu. No bo przecież rodzina, prawda? Żona prosiła: „Sierioża, no naprawdę, to aż taki problem? Ona jest sama, z walizką, w środku nocy, to straszne”. I jechałem. Traciłem paliwo, czas i nerwy, siedząc w korkach — tak, w nocy też bywają korki, zwłaszcza przy wyjeździe z lotniska — i słuchałem jej opowieści o hotelowej obsłudze i animatorach. W zamian dostawałem suche „dziękuję” i batonik z duty free, który pewnie kupiła na promocji.
 

Ale tym razem wszystko potoczyło się inaczej.

**Znowu ona**

Wtorkowy wieczór. Siedzimy z żoną Leną przy kolacji. Mam za sobą najcięższy tydzień w pracy — zamknięcie kwartału, kontrole — śpię po pięć godzin na dobę i marzę już tylko o weekendzie.

Dzwoni Natasza. Lena włącza głośnik.

— Cześć! — zapiszczała Natasza. — Kupiłam bilety! Przylatuję w nocy z piątku na sobotę. Lot z Antalyi ląduje o 3:45. Powiedz Sierioży, żeby wyjechał wcześniej, bo na trasie są roboty drogowe i może utknąć. I niech opróżni bagażnik, bo mam dwie walizki, nakupiłam mnóstwo ciuchów!

O mało nie zakrztusiłem się herbatą.

Nawet nie zapytała: „Sierioża, mógłbyś?”
Nie zapytała: „Masz już jakieś plany?”
Po prostu nas poinformowała. „Powiedz mu, żeby wyjechał wcześniej”. Jakbym był opłacanym prywatnym kierowcą.
 

Spojrzałem na żonę. Lena uśmiechnęła się winowajczo i zaczęła swoją zwykłą śpiewkę:

— Natalio, poczekaj chwilę… Sierioża jest naprawdę wykończony, bardzo dużo pracuje. Może weźmiesz taksówkę?

— Taksówkę?! — oburzył się telefon. — Lena, ty oszalałaś? W nocy? Przecież pełno wtedy wariatów! I widziałaś ceny? Te taksówki biorą fortunę! Sierioża ma samochód zaparkowany pod samym domem. To aż taki problem poświęcić godzinę, żeby pomóc rodzinie? Jesteśmy rodziną!

Wziąłem telefon z rąk żony.

— Natalio, dzień dobry. Posłuchaj uważnie. Nie przyjadę po ciebie.

— Co takiego? — Jej głos natychmiast zrobił się lodowaty.

— Dokładnie to. Harowałem cały tydzień. W piątek wracam do domu i od razu idę spać. O czwartej rano będę w środku dziesiątego snu. Nie pojadę na lotnisko. Zamów sobie Yandexa, Ubera, co chcesz. W tym mieście jest milion taksówkarzy, którzy z przyjemnością odwiozą cię do domu za pieniądze.

— Ty żartujesz? — zaśmiała się nerwowo. — Sierioża, to nie jest śmieszne. Prawie nic mi nie zostało, wszystko wydałam. A poza tym to niebezpieczne! Chcesz, żeby mnie porwali?

— Natalio, masz trzydzieści lat. Nie jesteś już dzieckiem. Na wyjazd pieniądze znalazłaś, więc znajdziesz i półtora tysiąca na taksówkę. Albo poproś mamę. Nie nalegam.

Rozłączyła się. Pięć minut później zadzwoniła moja teściowa i zaczęła lamentować, że „prawdziwych mężczyzn już nie ma”, że „biedna dziewczyna została sama w środku nocy”. W milczeniu dokończyłem kolację i poszedłem pod prysznic.

**Albo ja, albo ona**

Piątek minął w piekle terminów. Do domu wróciłem o dziewiątej wieczorem, wyglądając jak zombie. Czerwone oczy, trzęsące się ręce.
 

Lena spojrzała na mnie ze współczuciem, ale mimo to zapytała:

— Może jednak byś pojechał? Zrobiła straszną awanturę mamie…

— Nie, Lena. To kwestia zasad. Jeśli teraz ustąpię, będę ją woził wszędzie aż do emerytury. Chcę się wyspać.

Położyłem się do łóżka. Nastawiłem budzik na dziesiątą. I zrobiłem to, co powinienem był zrobić już dawno: włączyłem tryb samolotowy. Lena, patrząc na mnie, westchnęła, ale swój telefon zostawiła włączony. „Na wypadek, gdyby coś się stało”.

Zasnąłem natychmiast. Śniło mi się morze, cisza i brak krewnych.

**Dzień dobry! Mam…**

Obudziłem się o 10:15. Przez okno wpadało słońce, na zewnątrz śpiewały ptaki. Czułem się znowu człowiekiem. Wypoczętym i pełnym energii.

Lena była już w kuchni. Wyglądała na zmęczoną.

— Wyspałeś się? — zapytała cicho.

— O tak. Było bosko. A dlaczego pytasz?

Bez słowa podała mi swój telefon.
 

Na ekranie była rozmowa z Nataszą.

**04:10**
„Wylądowaliśmy. Gdzie jest Sierioża? Nie widzę samochodu!”
„Wy naprawdę śpicie?!”
„Halo?! Stoję tu na wietrze!”
„Mamo, oni nie odbierają! On naprawdę nie przyjechał!”
„Kretyn! Sknera! Nienawidzę go!”
„Wzięłam taksówkę. Comfort. 2300 rubli! Jesteście mi winni te pieniądze!”

Roześmiałem się. Naprawdę, z całego serca.

— 2300 rubli? No proszę. Czyli taksówki jednak istnieją i przyjeżdżają. I nikt jej nie porwał.

— Ona jest bardzo zła — powiedziała Lena. — Mama też dzwoniła i krzyczała. Mówi, że zostawiliśmy ją w potrzebie.

— W potrzebie? — przestałem się śmiać. — Problem to jest wtedy, kiedy pęka ci wyrostek. Albo kiedy pali ci się dom. Powrót z wakacji to nie problem. To logistyka. A dorosły człowiek powinien umieć to zorganizować.

**Bla bla bla**

Tego samego popołudnia pojechaliśmy na obiad do rodziców Leny — wizyta była zaplanowana wcześniej. Natasza też tam była. Nadęta, demonstracyjnie nawet się z nami nie przywitała.

— Oczekuję przeprosin i zwrotu pieniędzy za taksówkę — oświadczyła, kiedy usiedliśmy do stołu.
 

Spokojnie nałożyłem sobie sałatkę.

— Natalio, nie będzie żadnych przeprosin. I nie będzie żadnego zwrotu. Uprzedziłem cię już we wtorek, że po ciebie nie przyjadę. Postanowiłaś sprawdzić, czy mówię poważnie? No to sprawdziłaś. Teraz już wiesz: jeśli mówię „nie”, to znaczy „nie”.

— Ale ty masz samochód! — krzyknęła. — Naprawdę skąpisz benzyny dla swojej szwagierki?

— Nie szkoda mi benzyny, Natalio. Szkoda mi siebie. Mojego snu, mojego zdrowia, mojego bezpieczeństwa. Jazda o czwartej rano, kiedy ledwo żyję, jest niebezpieczna. Po co? Żebyś ty zaoszczędziła dwa tysiące rubli? Moje życie i mój samochód są warte więcej.

Teściowa próbowała się wtrącić:

— Sierioża, ale ty jesteś mężczyzną…

— Właśnie, Tamaro Pawłowno. Jestem mężczyzną. Zarabiam pieniądze, utrzymuję rodzinę i rozwiązuję problemy. Ale nie jestem prywatnym kierowcą. Natalia ma pracę, ma pensję. Wliczenie kosztu taksówki w budżet wakacji to normalna rzecz.

To była trudna rozmowa. Nazwano mnie egoistą, zimnym człowiekiem, bez serca. Ale wytrwałem. I wiecie co? Tydzień później Natasza znowu wyjechała — tym razem służbowo. I zamówiła taksówkę. Bez słowa.