Pierwsze tygodnie w nowym mieszkaniu były jak łyk świeżego powietrza po długim duszeniu się. Stałam przy kuchennym oknie, patrzyłam na podwórko i nie mogłam w to uwierzyć: nikt nie zaglądał mi przez ramię, nie liczył, ile soli dodaję do barszczu, ani nie komentował, że „za moich czasów młode żony potrafiły porządnie prasować męskie koszule”.
— Lena, gdzie jesteś? — zawołał Dima z korytarza.
— W kuchni! — odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od wieczornej herbaty.
Pojawił się w progu z zadowoloną miną — jak zawsze po pracy, wiedząc, że w domu czeka na niego spokój, a nie matczyne przesłuchanie o to, czy dobrze je i dlaczego tak późno wrócił.
— Jak tam? — zapytał, całując mnie w skroń. — Co przygotujemy?
— A może dziś coś zamówimy? Usiądziemy, porozmawiamy. Bez żadnego zamieszania.
Dima skinął głową i usiadł naprzeciwko mnie. W ciągu miesiąca samodzielnego życia wyraźnie się rozluźnił. Przestał podskakiwać na każdy hałas, spodziewając się głosu matki na korytarzu. Nie czuł już potrzeby usprawiedliwiania każdej minuty spędzonej sam na sam ze mną.
— Wiesz — powiedział, przeciągając się — prawie zapomniałem, jak to jest wracać do domu i nie musieć opowiadać, gdzie byłem i co robiłem.
Uśmiechnęłam się. Galina Pietrowna naprawdę umiała narzucać ton. Trzy lata wspólnego mieszkania nauczyły mnie wielu rzeczy: jak po cichu wymykać się do sypialni, kiedy zaczynała swoje monologi o tym, jakie powinny być prawdziwe żony; jak kiwać głową i przytakiwać, gdy tłumaczyła, że źle gotuję kaszę; jak udawać zainteresowanie jej historiami o sąsiadce, Kławdii Siemionownej, i jej problemach z wnukami.
Najtrudniej było znosić jej krytykę mojego życia zawodowego. „Po co dziewczynie kariera, jeśli ma męża?” — to był jej ulubiony temat. A kiedy dostałam awans, Galina Pietrowna dąsała się przez dwa tygodnie, powtarzając, że „za jej czasów kobiety znały swoje miejsce”.
— Mama jest po prostu przyzwyczajona, że wszystko kontroluje — mówił Dima, gdy próbowałam z nim o tym rozmawiać. — Ona się martwi.
Martwi się. Tak, można było tak nazwać jej codzienne inspekcje lodówki i uwagi w stylu: „Znowu kupiłaś drogi twaróg — co jest nie tak z normalnym?”.
Ale teraz to wszystko było już za nami. Nasze małe dwupokojowe mieszkanie w nowej dzielnicy stało się prawdziwym azylem. Tak, kredyt hipoteczny mocno nam ciążył i każdego miesiąca musieliśmy liczyć każdy grosz, ale byliśmy sami. Wreszcie sami.
Pierwszego dzwonka nie usłyszałam — byłam pod prysznicem. Drugi zastał mnie w szlafroku, z ręcznikiem na głowie. Trzeci był natarczywy i długi.
— Już idę, już idę! — zawołałam, zawiązując mocniej pasek szlafroka i spiesząc do drzwi.
Przez wizjer zobaczyłam znajomą sylwetkę w granatowym płaszczu. Serce mi zamarło.
— Galina Pietrowna? — zapytałam zmieszana, otwierając drzwi. — Coś się stało?
Moja teściowa stała na progu z dużą walizką i torbą przewieszoną przez ramię. Na jej twarzy malowała się determinacja, niemal triumf.
— Dzień dobry, Lenoczko — powiedziała, wchodząc do środka, nie czekając na zaproszenie. — Gdzie mój syn?
— Jeszcze jest w pracy. Czy… czy coś się stało? — zapytałam, patrząc na walizkę i nie rozumiejąc, co się dzieje.
— Nie — odpowiedziała, już zdejmując płaszcz w korytarzu. — Stęskniłam się za wami. Postanowiłam przyjechać na krótki pobyt.
Słowo „pobyt” w jej ustach zabrzmiało dziwnie poważnie. Zwłaszcza w towarzystwie walizki wyraźnie spakowanej na więcej niż kilka dni.
— Galino Pietrowno — zaczęłam ostrożnie — może przy takich wizytach lepiej byłoby wcześniej nas uprzedzić? My, wie pani, nie mamy… zbyt dużo miejsca.
Obdarzyła mnie spojrzeniem, które znałam na pamięć — mieszanką zaskoczenia i lekkiej wyższości.
— Lenoczko, kochanie, nie martw się o mnie. Nie jestem wymagająca. Mogę spać na kanapie.
Słowo „pobyt” w jej ustach brzmiało dziwnie poważnie. Zwłaszcza przy walizce wyraźnie spakowanej na więcej niż kilka dni.
— Galino Pietrowno — spróbowałam ostrożnie — może przy takich wizytach lepiej byłoby wcześniej nas uprzedzać? My, wie pani, nie mamy… zbyt dużo miejsca.
Rzuciła mi spojrzenie, które znałam na pamięć — mieszankę zdziwienia i lekkiej wyższości.
— Lenoczko, moja droga, nie martw się o mnie. Nie jestem wymagająca. Mogę spać na kanapie.
— Nie o to chodzi — zaczęłam, ale ona już poszła do salonu i krytycznym wzrokiem oglądała nasze mieszkanie.
— Kanapa jest wygodna — mruknęła, siadając i testując sprężyny. — I telewizor dobrze stąd widać.
Patrzyłam, jak się urządza, i czułam, jak narasta we mnie panika. Miesiąc wolności dobiegł końca. Znowu miały zacząć się inspekcje, rady, aluzje i szczere uwagi na temat moich wad.
— Galino Pietrowno — powiedziałam, próbując zachować spokój — Dima i ja dopiero co się wprowadziliśmy. Tu wciąż jest… trochę chaotycznie. Może to nie najlepszy moment…
— Nie wprowadzam się do was; wprowadzam się do mojego syna — oświadczyła, odwracając się do mnie z walizką w ręku. — To jego mieszkanie, on je kupił. Więc jest też moje — rodzinne. I mam pełne prawo tu być.
W jej głosie było tyle pewności, że zrozumiałam: dyskusja nie ma sensu — przynajmniej na razie. Musiałam pomyśleć, co dalej.
— Dobrze — powiedziałam. — Proszę się rozgościć. Ja tylko pójdę się ubrać.
W sypialni wzięłam telefon i zadzwoniłam do Oksany. Była w pracy, ale odebrała od razu.
— Oksi, mam awaryjną sytuację — szepnęłam. — Moja teściowa przyjechała. Z walizką.
— Oooch — przeciągnęła Oksana. — Rozumiem. Na długo?
— Patrząc na walizkę, na zawsze. Mówi, że to rodzinne mieszkanie i ma prawo w nim mieszkać.
— Słuchaj, pamiętasz, jak opowiadałam ci o mojej szwagierce? Tej, która też uznała, że ich mieszkanie to rodzinne gniazdo?
— Pamiętam — przytaknęłam, choć nie mogła mnie widzieć. — Co zrobiłaś?
— Sprawiłam, że wyjechała — zachichotała moja przyjaciółka. — Bardzo prosto. Już ci mówię jak…
Oksana mówiła przez dziesięć minut, a ja słuchałam i powoli zaczynałam się uśmiechać. Plan był diabelnie prosty, a jednocześnie genialny.
— Myślisz, że to zadziała? — zapytałam.
— U mnie zadziałało idealnie. Irka wyjechała po dwóch dniach i już nigdy więcej nie wspominała o „rodzinnym domu”.
Tego wieczoru Dima wrócił około siódmej, jak zwykle. Powitałam go w korytarzu ostrzegawczym spojrzeniem.
— Mamy gościa — powiedziałam cicho.
— Jakiego gościa? — nie rozumiał.
— Twoją matkę. Przyjechała… w odwiedziny.
Twarz Dimy spochmurniała.
— W odwiedziny? Na jak długo?
— Patrząc na walizkę — na jakiś czas.
Westchnął ciężko i wszedł do salonu. Do tego czasu Galina Pietrowna zdążyła już przygotować kolację — podzieliła moją kaszę gryczaną z mięsem na trzy porcje i pokroiła sałatkę z ogórków.
— Dimoczka! — zawołała, rzucając się, by objąć syna. — Tak bardzo za tobą tęskniłam!
— Ja też za tobą tęskniłem, mamo — powiedział, choć zobaczyłam, jak napinają mu się ramiona. — Skąd ta wizyta?
— No proszę cię, synku! Matka nie może doglądać swoich dzieci? Siedzę tam sama, nudzę się. A wy jesteście młodzi, pełni życia…
Przy kolacji opowiadała plotki z okolicy, narzekała na sąsiadów i wypytywała Dimę o pracę. Jak zwykle. Ale widziałam, jak Dima wraca do starych nawyków: słuchał uważnie, kiwał głową, nie przerywał.
Czekałam na odpowiedni moment.
— Wiesz — powiedziałam, gdy rozmowa zeszła na nasze problemy finansowe — mam pomysł, jak szybciej spłacić kredyt.
— Jaki pomysł? — zapytał Dima.
— Wynajmijmy mieszkanie krótkoterminowo. Teraz to bardzo opłacalne. Zwłaszcza latem.
Galina Pietrowna zakrztusiła się herbatą.
— Wynająć? Jak to? — zapytała.
— A co w tym skomplikowanego? — wzruszyłam ramionami. — Macie świetne mieszkanie, dzielnica jest popularna. To dobrze płatne. Można wynajmować ludziom przejazdem, osobom w delegacji, turystom. A młodzi uwielbiają wynajmować na imprezy — oni płacą najwięcej.
— Na imprezy? — moja teściowa prawie się udławiła. — W naszym mieszkaniu?
— A dlaczego nie? — zapytałam niewinnie. — Pieniądze to pieniądze. A my potrzebujemy każdego rubla. Zwłaszcza teraz, kiedy wydatki wzrosły.
Rzuciłam jej znaczące spojrzenie. Zaczerwieniła się.
— Dima — zwróciłam się do męża — już sprawdziłam ceny. Jeśli będziemy aktywnie wynajmować przez całe lato, możemy nie tylko podwoić miesięczną ratę, ale też odłożyć pieniądze na większy remont.
— Remont? — zmarszczył brwi. — Po co remont?
— Jak to po co? — udałam zdziwienie. — Po najemcach krótkoterminowych zawsze trzeba coś odświeżyć. To nie są ich ściany, więc nie będą na nie uważać. Zwłaszcza po imprezach i wakacyjnych pobytach. Ale to nic — wliczymy koszty napraw w cenę wynajmu.
Dima zamyślił się i skinął głową.
— Wiesz — powiedział — coś w tym jest. Nie ma sensu, żeby mieszkanie stało niewykorzystane. A skoro mama mieszka z nami, szkoda byłoby tego nie wykorzystać.
— Nie mówicie poważnie! — zawołała Galina Pietrowna. — Obcy ludzie? Imprezy?
— A w czym problem? — zapytałam, szeroko otwierając oczy. — Mieszkanie nie powinno stać puste. Zwłaszcza gdy dzieci spłacają dług. Teraz jesteśmy dużą rodziną — wydatków jest więcej. Trzeba myśleć o dodatkowym dochodzie.
— Ale przyjdą tu najróżniejsi ludzie! — protestowała. — Skąd będziemy wiedzieć, co to za osoby?
— Galino Pietrowno — wyjaśniłam cierpliwie — dziś wszystko można sprawdzić. Paszporty, oceny, opinie. Poza tym pieniądze mówią same za siebie. Jeśli dobrze płacą, to znaczy, że są wiarygodni.
— Tym bardziej — dodał Dima, coraz bardziej przekonany do pomysłu — można zamontować kamery i wszystko kontrolować.
— Dokładnie! — powiedziałam wesoło. — I bierzemy kaucję za meble. Standardowa praktyka.
Patrzyła na nas z przerażeniem.
— A gdzie ja będę mieszkać? — zapytała słabym głosem.
— Gdzie? Tutaj, oczywiście — odpowiedziałam ze zdziwieniem. — Przecież przyjechała pani z walizką.
— Możemy wynająć ci daczę na lato — zaproponował Dima. — Świeże powietrze, natura. A jesienią wrócisz do odświeżonego mieszkania.
— O, i jutro trzeba będzie zrobić zdjęcia do ogłoszenia — dodałam. — Moja koleżanka jest agentką nieruchomości, pomoże nam wszystko dobrze pokazać. To dopiero początek sezonu.
— Lena — zaczęła teściowa — może nie powinniśmy się spieszyć? Przemyślmy to…
— A co tu przemyślać? — przerwałam jej. — Im szybciej zaczniemy, tym więcej zarobimy. Maj, czerwiec, lipiec, sierpień — to najbardziej dochodowy okres. We wrześniu będziemy już mieli na porządny remont.
— I nowe meble — dodał Dima. — Po lokatorach na pewno trzeba będzie coś wymienić.
Galina Pietrowna pobladła.
— Dimoczka — zaryzykowała — może ja na razie wrócę do siebie? Nie chcę przeszkadzać wam w planach…
— Ależ mamo! — zawołałam. — Wcale nam pani nie przeszkadza! Przeciwnie, to pani podsunęła nam ten pomysł. Gdyby pani nie przyjechała, nawet byśmy o tym nie pomyśleli!
— Dokładnie — przytaknął Dima. — Dzięki, mamo. To zaczyna wyglądać naprawdę obiecująco.
Następnego ranka obudził mnie hałas w korytarzu. Moja teściowa po cichu pakowała swoje rzeczy.
— Wyjeżdża pani? — zapytałam, pojawiając się w progu sypialni.
— Tak, kochanie — odpowiedziała, nie podnosząc wzroku. — U mnie nazbierało się trochę spraw. Poza tym nie chcę przeszkadzać wam w planach.
— Jaka szkoda — powiedziałam ze współczuciem. — Już zaczynaliśmy przyzwyczajać się do rodzinnego życia.
— Innym razem — mruknęła, zamykając walizkę. — Może innym razem.
Wyjechała, nie czekając, aż Dima się obudzi. Zostawiła tylko kartkę na kuchennym stole: „Synku, przypomniałam sobie o ważnych sprawach w domu. Do zobaczenia. Mama”.
Tego wieczoru, po przeczytaniu kartki, Dima długo patrzył na mnie podejrzliwie.
— Lena — powiedział w końcu — przecież nie wymyśliłaś tego wynajmu specjalnie, prawda?
Próbowałam zachować powagę, ale nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem.
— Specjalnie — przyznałam. — Oksana mnie tego nauczyła.
Dima pokręcił głową i też zaczął się śmiać.
— I co teraz?
— Jak to co teraz? — powiedziałam. — Teraz wszystko jest dobrze. Mieszkamy sami, nikt nam nie przeszkadza.
— A jeśli mama wróci?
— Jeśli wróci, wymyślimy coś innego. Oksana ma jeszcze mnóstwo pomysłów.
Usiedliśmy w kuchni, piliśmy herbatę i śmialiśmy się, a za oknem świeciło majowe słońce. W mieszkaniu było cicho, spokojnie i naprawdę przytulnie. Wreszcie naprawdę dobrze.
Tydzień później Galina Pietrowna zadzwoniła, żeby zapytać, jak się mamy, i ostrożnie wybadać, czy zmieniliśmy zdanie w sprawie wynajmu mieszkania, gdyby przyjechała nas odwiedzić.
— Oczywiście, że nie — pomysł jest dobry. Nawet jeśli lato się skończy, będą długie jesienne weekendy, a potem ferie szkolne. To zawsze aktualne! — odpowiedziałam.
Po tej rozmowie już nigdy więcej nie wspomniała o wprowadzeniu się do nas. Zaczęła nawet przychodzić tylko wtedy, gdy była zaproszona, uprzedzając nas z wyprzedzeniem.
A my dalej mieszkaliśmy w naszym małym dwupokojowym mieszkaniu — szczęśliwi, wolni i wreszcie sami.