Yura urodził się zwyczajny, ale Anya od razu poczuła, że z jej synem coś jest nie tak. Patrzyła w jego matowe, niemowlęce oczy i nie znajdowała w nich czegoś istotnego — czegoś, co powinno tam być, gdyby wszystko było w porządku.

Yura urodził się zwyczajny, ale Anya od razu poczuła, że z jej synem coś jest nie tak. Patrzyła w jego przygaszone, dziecięce oczy i nie znajdowała w nich czegoś istotnego — czegoś, co powinno tam być, gdyby wszystko było normalnie. Jej strach nie był bezpodstawny: siedemnaście lat życia pod jednym dachem z siostrą, która nie mogła chodzić i mieszkała we własnym, niezbadanym świecie, nauczyło ją myśleć w ten sposób.

„Oby był normalny, oby był normalny” — powtarzała Anya jak mantrę przez całą ciążę, w każdej minucie całkowicie bezbolesnego porodu i przez godziny jego dzieciństwa, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność.

„Niech pani weźmie trochę waleriany” — radził jej każdy lekarz, którego odwiedzała, gdy z trudem mamrotała coś o jego oczach i pustce, którą w nich widziała. „Z pani chłopcem wszystko jest dobrze”.

Nic nie było dobrze. Prawdopodobnie zawsze to wiedziała — w dzieciństwie potajemnie cieszyła się, że to ona jest tą normalną, a nie Nadya, choć urodziły się w odstępie siedmiu minut i obie długo przebywały na oddziale intensywnej terapii noworodków; Anya miała szczęście, Nadya nie. Podskakując po nasłonecznionej parkowej ścieżce, zbierając dojrzałe maliny na daczy babci, rozwiązując trudne równania na lekcjach algebry — Anya nigdy nie potrafiła pozbyć się tego niejasnego poczucia triumfu, że jest normalna, podczas gdy Nadya nie była. A teraz płaciła za to cenę, ciągnąc pięcioletniego Yurika, który bił ją z całej siły brudnymi butami, zostawiając siniaki i brudząc kurtkę, którą wyprała dopiero poprzedniego dnia. Zostały im jeszcze dwa przystanki autobusowe do przejścia, a Anya starała się unikać spojrzeń przechodniów, którzy patrzyli na nią z wyrzutem albo litością, bo krzyki Yury aż wprawiały bębenki w drżenie.

„Taki duży chłopiec, a na rękach u matki — co za wstyd!” — powiedziała kobieta w zielonym płaszczu, a Yura zaczął szarpać się jeszcze mocniej.
 

Kiedy miał dobry humor, jechali autobusem: plac zabaw, który uwielbiał, znajdował się cztery przystanki od domu. Odkryli go przypadkiem pewnego dnia, gdy poszli do dietetyczki i, czekając, natknęli się na ten plac zabaw z małymi samolotami i skrzypiącymi huśtawkami, które Yura pokochał. Teraz musieli tam chodzić — było to lepsze niż słuchanie jego natarczywych wrzasków.

Z biegiem lat mantra Anyi się zmieniła — coraz częściej łapała się na tym, że chce, aby zniknął. Wyparował, rozpłynął się — życie tak nie działa, ale przecież zawsze można marzyć. Wyobrażała sobie, że budzi się rano, w pokoju nie ma łóżeczka, a Valera wciąż jest obok niej, zajmuje swoją stronę łóżka, z ramionami komicznie rozrzuconymi, jakby nawet we śnie próbował kogoś uratować, bawiąc się w Supermana. Nie, nie miała do niego żalu: gdyby mógł coś zrobić, zrobiłby to; nic nie było w stanie go przestraszyć. Poza jednym — Valera nie potrafił zaakceptować tego, że czasem on też jest bezsilny.

W te rzadkie dni, kiedy Yura potrafił spać dłużej niż pięć godzin, ona sama mogła trochę odpocząć, budząc się nie od jego krzyków, lecz od słońca muskającego jej twarz, z poczuciem, że jej mózg wreszcie zakończył restart i jest gotowy działać na pełnych obrotach — co, prawdę mówiąc, zdarzało się rzadko. Wtedy uchylała oczy tylko na tyle, by nie zobaczyć łóżeczka, i udawała, że ma dziewiętnaście lat i dopiero wyszła za mąż. Za chwilę odwróci się, by objąć Valerę, potem zjedzą razem śniadanie i wyjdą — ona na zajęcia, on do pracy, ratować ludzi.

Kiedy byli mniej niż dwieście metrów od placu zabaw, Yura nagle się uspokoił i zamilkł, poprosił, żeby go postawić, i ruszył chwiejnym krokiem w za małych butach. Kategorycznie odmawiał włożenia większego rozmiaru, a Anya żałowała, że nie kupiła wszystkich rozmiarów tych głupich butów, kiedy miała ku temu okazję.

„Spójrz — są twoje ulubione samolociki… A teraz pójdziemy kupić bułeczkę w kiosku, chcesz?”

Prawdę mówiąc, Yura był obojętny na bułki, ale był to rytuał, którego oboje potrzebowali — Anya brała dla siebie duże, słodkie cappuccino, kupowała dwie bułki z białym kremem, a potem siadała na ławce, by delektować się zasłużoną bombą węglowodanową po wyczerpującym codziennym wydarzeniu, które nazywali „pójściem na plac zabaw”.
 

Podczas gdy piła kawę, Yura obchodził swoje królestwo, rzucając piaskiem w rywali, jeśli tylko się pojawiali.

„Niech pani pilnuje syna!” — domagały się matki pokrzywdzonych dzieci, a Anya przepraszała z przyzwyczajenia, nawet nie próbując tłumaczyć, że to nie jej wina i że mówiła mu już tysiąc razy, żeby tak nie robił.

Dziś miała szczęście — plac zabaw był pusty i mogła pić kawę w spokoju, mrużąc oczy przed zaskakująco jasnym słońcem, które nie ogrzewało wilgotnego październikowego powietrza, ale mimo wszystko tworzyło złudzenie ciepła. W połączeniu z grubą puchową kurtką oraz gorącą, słodką kawą kołysało to Anyę, otulając ją delikatnym uściskiem…

Drgnęła, otworzyła oczy i na początku nic nie zobaczyła przez oślepiający blask. Zaczęła szukać niebieskiej kurtki — na jednym samolocie, na drugim, potem przy huśtawkach… Nigdzie.

Pierwszą rzeczą, którą poczuła, była wstydliwa radość. Pragnęła, żeby zniknął — i zniknął. Ale zaraz potem Anyę zalało nowe uczucie: lepki strach, który ją oblepił; nie sposób było nawet oddychać, a co dopiero się poruszyć. Powoli, jakby jej ciało było z drewna, Anya wstała i zawołała:

„Yura!”

Cisza.

„Yurochka!”

Żadnej odpowiedzi.

Zresztą i tak rzadko reagował na swoje imię.

Anya odzyskała zdolność ruchu — biegła zygzakiem, wykrzykując imię syna, starając się za wszelką cenę nie dopuścić do tego, by w jej głosie zabrzmiała histeria, żeby go nie przestraszyć. Ale Yury nigdzie nie było. Wkrótce dołączyły do niej życzliwa babcia i dwóch nastolatków, którzy ruszyli szukać go na sąsiednich podwórkach.
 

Anya zadzwoniła do Valery.

„Yurochka zniknął” — wyszeptała do telefonu.

To było zadanie, które Valera mógł wykonać — aż się ożywił; choć raz mógł zrobić coś dla swojego syna i dla Anyi, choć trochę odkupić swoją tchórzliwą ucieczkę.

To on znalazł Yurę — na jednym z podwórek po drugiej stronie ulicy. Jak chłopiec przeszedł przez jezdnię? Dlaczego nikt go nie zatrzymał, takiego małego i samotnego? Kiedy Valera oddał Yurę, już spokojnego, tulącego się czule do ramienia ojca, Anya w końcu wybuchnęła płaczem. Łzy spływały po jej twarzy jak woda, zmywając martwe promienie jesiennego słońca i jej wstydliwą nadzieję, że wszystko samo się ułoży. Tak się nie stanie. Yura zawsze będzie z nią, i tylko ona mogła zdecydować, jak będą żyć. Nikt nie mógł ich uratować, nawet Valera.

„Odwiozę cię do domu” — zaproponował.

Anya pokręciła głową.

„Zawieź mnie do mamy”.

Powiedziała „do mamy”, ale oznaczało to także do Nadyi, która tak naprawdę miała znacznie mniej szczęścia niż mały Yura. A to znaczyło, że ona, Anya, znów miała szczęście; po prostu wcześniej tego nie zauważała.

Samochód Valery był jak zawsze nieskazitelnie czysty, ale unosił się w nim inny zapach — coś słodkiego i natarczywego, niemal duszącego. Perfumy? Z pewnością nie męskie. A więc znalazł kogoś innego — nic dziwnego. Anya nie zadawała pytań — podziękowała mu za pomoc, wzięła pogniecione banknoty, choć przecież zapłacił już alimenty w tym miesiącu, i z Yurą na rękach weszła na piąte piętro. Nie lubił wind, a ona miała już dość histerii jak na jeden dzień.

Kiedy Yura gaworzył z Nadyą w ich niezrozumiałym ptasim języku, pokazując jej obrazki w nowej książce podarowanej przez babcię, Anya siedziała w kuchni, piła herbatę z melisą, jadła szarlotkę matki i prawie się uśmiechała.
 

„Jego kurtka znów jest brudna” — zauważyła matka. „Daj mi ją, namoczę — zdąży wyschnąć”.

Anya skinęła głową. Tutaj czuła się dobrze i spokojnie. Jej matka była jedyną osobą, która mogła ją zrozumieć. Ale Anya nie wiedziała, czy jej matka kiedykolwiek pragnęła, by Nadya zniknęła. Nigdy by jej o to nie zapytała, tak jak nigdy nie zapytałaby, którą z nich kochała bardziej. Wcześniej myślała, że na pewno ją — przecież to ona była tą normalną — ale teraz, czując, jak serce jej się ściska, gdy patrzyła na nierealny wyraz twarzy Yury, Anya zaczęła wątpić w tę pewność. Zamknęła oczy i udawała, że znów ma piętnaście lat, a wszystko jest jeszcze przed nią — spotkanie Valerki, pierwsze poruszenie dziecka pod sercem i jego pierwszy cichy krzyk.

„Mamo…”

To słowo wyrwało ją z zamyślenia i Anya otworzyła oczy. Jej syn stał obok niej, ciągnąc ją za rękę. Nie pamiętała już, czego chciał, więc po prostu za nim poszła. W łazience szumiała bieżąca woda — matka namaczała kurtkę. Minęli łazienkę i weszli do pokoju Nadyi. Nadya zsunęła się z poduszki; było jej niewygodnie, a Yura pokazał Anyi — trzeba było ją poprawić.
 

Po raz pierwszy od pięciu lat Anya zobaczyła w oczach swojego syna coś ważnego, dokładnie to, czego tak długo szukała. Kiedy poprawiła poduszkę i uniosła siostrę tak, by mogła oglądać książkę razem z Yurą, Anya objęła syna i przełknęła łzy.

Mimo wszystko miała z tym chłopcem wielkie szczęście. Naprawdę.