Randkowanie po trzydziestym piątym roku życia to praktycznie osobny sport ekstremalny. Nie można już tak po prostu dać się ponieść emocjom, hormony nie zagłuszają głosu rozsądku, a każdego potencjalnego księcia ogląda się przez lupę nagromadzonego życiowego doświadczenia. Ale my, kobiety, nadal wierzymy w cuda do samego końca. I ja też uwierzyłam, kiedy poznałam Walerę, lat czterdzieści.
Walera pracował jako inżynier projektant. Podczas naszych trzech pierwszych randek w kawiarni zachowywał się całkiem poprawnie: opowiadał o podróżach służbowych, rozważał sprawy polityczne, komplementował mój gust do ubrań, a nawet raz zapłacił za moją kawę, co w dzisiejszych czasach uchodzi już za bardzo obiecujący znak. Był zadbany, koszule miał wyprasowane, buty wypastowane. Krótko mówiąc, sprawiał wrażenie normalnego, przyzwoitego mężczyzny, którego życie z jakiegoś powodu ominęło w kwestii małżeństwa.
„Pewnie jest po prostu bardzo wybredny” — pomyślałam naiwnie. I w przypływie gościnności zaprosiłam go na niedzielny obiad do siebie.
Przygotowanie wizyty Walery było niczym prawdziwa operacja specjalna. Postanowiłam zaatakować przez żołądek. A jaki argument na korzyść kobiety może być bardziej przekonujący niż idealny barszcz — gęsty, rubinowoczerwony, pełen smaku? Wstałam o ósmej rano. Poszłam na targ, żeby znaleźć odpowiedni kawałek mostka wołowego z kością. Kupiłam domową śmietanę, tak gęstą, że łyżka mogła w niej stać pionowo. Upiekłam czosnkowe pampuchy do barszczu, tak lekkie, że niemal rozpływały się w dłoniach. W mieszkaniu pachniało tak wspaniale, że sąsiedzi musieli przełykać ślinę tam, na klatce schodowej. Nakryłam stół w salonie, rozłożyłam lniany obrus, wyjęłam moje piękne głębokie miski, włożyłam elegancką domową sukienkę i czekałam.
Dokładnie o szóstej wieczorem rozległ się dzwonek do drzwi.
Otworzyłam drzwi cała w roli domowej wróżki, z lekkim uśmiechem. Walera stał na progu. Ręce swobodnie zwisały mu wzdłuż ciała. Żadnych kwiatów. Nawet najbiedniejszego pudełeczka czekoladek z promocji. Nawet bochenka chleba, żeby stworzyć iluzję jakiegokolwiek udziału. Czterdziestoletni mężczyzna przyszedł na obiad do kobiety, zaproszony, absolutnie, wyraźnie, prymitywnie z pustymi rękami.
— O, cześć! — oznajmił radośnie, zdejmując kurtkę. Wciągnął powietrze nosem. — Mmm, pachnie jak stołówka w moim instytucie badawczym. No, nakarm mnie, od rana żyję tylko na kanapkach.
Pierwszy sygnał alarmowy w mojej głowie nie tylko zadzwonił — uruchomił pełną syrenę. „Jak stołówka”, tak? Dobrze, pomyślałam, może po prostu ma trudności z formułowaniem myśli. W końcu jest inżynierem, nie poetą.
Usiedliśmy do stołu. Postawiłam przed nim uroczyście parującą, pachnącą miskę barszczu, a obok koszyk gorących czosnkowych pampuchów i małą miseczkę gęstej śmietany. Walera uzbroił się w łyżkę. Zamarłam, czekając na reakcję. Wiesz, na ten typowo męski zachwyt w stylu: „Wow, Lena, to jest boskie!”.
Walera nabrał trochę barszczu. Podmuchał. Wziął do ust. Przeżuł w zamyśleniu, z poważną miną sędziego na konkursie kulinarnym.
Potem wziął łyżkę i zaczął metodycznie grzebać w misce, niczym ekspert medycyny sądowej, wyławiając kawałki na powierzchnię.
— No cóż, co tu powiedzieć — oznajmił wreszcie mój książę, odsuwając koszyk z pampuchami, żeby mieć lepszy widok. — Ogólnie da się jeść. Z głodu nie umrę.
Mrugnęłam, próbując zrozumieć ten hojny komplement.
— Ale są niuanse, Lena — dodał Walera, unosząc kawałek kapusty na łyżce i trzymając go pod światło. — Na przykład ta kapusta. Pokroiłaś ją dość grubo. Moja mama kroi kapustę drobniej. Wiesz, powinna być prawie jak pajęczynka, żeby rozpływała się w bulionie. A tutaj masz pływające kopyta.
Siedziałam naprzeciwko niego, czując, jak mój gościnny uśmiech powoli zmienia się w grymas. A Walera, zupełnie nieświadomy zmiany atmosfery, dopiero się rozkręcał.
— I bulion — ciągnął dalej, kręcąc głową. — Kolor jest poprawny, buraków nie pożałowałaś, ale brakuje mu głębi. Moja mama zawsze dodaje łyżkę octu i cukru dla równowagi. Twój jest trochę mdły. A swoją drogą, ta śmietana jest z supermarketu?
— Z targu. Domowa — odpowiedziałam lodowatym tonem.
— Naprawdę? Dziwne. Jest kwaśna w jakiś osobliwy sposób. Nie, Lenoczka, barszcz to sztuka. Trzeba go czuć. Oczywiście, starałaś się, brawo, i jak na współczesną kobietę to już sukces, ale zanim dojdziesz do poziomu mojej matki, czeka cię jeszcze dużo praktyki.
Nabrał kolejną łyżkę z miną wielkiej powagi i sięgnął po pampucha.
Ale jego ręka zawisła w powietrzu. Bo ja wstałam.
Wiesz, nie zaczęłam tłumaczyć, że kroję kapustę tak, jak lubię. Nie próbowałam udowadniać, że mój barszcz został ugotowany na idealnej wołowinie z gospodarstwa. Coś we mnie po prostu przeskoczyło — niewidzialny przełącznik przestawił mnie z trybu „łaskawa gospodyni” w tryb „strażniczka lasu”.
Podeszłam do jego strony stołu. W ciszy, bez słowa, wzięłam jego głęboką miskę — tę samą, którą dopiero co oglądał jak ekspert.
— Hej, co ty robisz? — Walera zamrugał zaskoczony. — Przecież jeszcze nie skończyłem! Powiedziałem, że jest jadalne!