„Po co wam taki duży dom, skoro jesteście tylko we dwoje? Niech cała rodzina przyjeżdża tu odpoczywać” — oświadczyła teściowa.
Budowali dom przez dwa lata.
Lera pamiętała każdy etap — jak wybierali działkę, jak Giena wieczorami rozkładał wydrukowane plany prosto na kuchennym stole i pokazywał palcem przyszłe pokoje: „Tutaj będzie nasza sypialnia, tutaj twój gabinet — zobacz, dałem okno od wschodu, bo lubisz budzić się razem z porannym słońcem”. Pamiętała, jak stała po kostki w błocie na budowie, patrząc, jak układano pierwsze bloczki fundamentów, i czuła, jak coś ściska ją w środku — nie ze strachu, ale dlatego, że miała poczucie, iż powstaje coś solidnego, prawdziwego i ich własnego.
Rozważali wzięcie kredytu na mieszkanie. Myśleli o tym długo, szczerze mówiąc. Siedzieli z kalkulatorem, liczyli, oceniali różne opcje. Ale wtedy Giena powiedział spokojnie, bez żadnego dramatyzowania:
— Ler, będziemy płacić tę samą kwotę, ale na końcu będziemy mieć dom, a nie betonowe pudełko w dziewięciopiętrowym bloku.
Zgodziła się. Była gotowa na wiele, naprawdę — byle tylko to było ich.
I rzeczywiście dom okazał się piękny.
Jasny, dwupiętrowy, z dużymi oknami i werandą, na której Lera już wyobrażała sobie wiklinowe fotele i doniczki z pelargoniami. W środku było przestronnie, ale nie chłodno: wszędzie drewno, ciepłe odcienie, salon tak przytulny, że aż chciało się położyć na środku podłogi i patrzeć w sufit. Na parterze był nawet pokój gościnny — na wypadek, gdyby rodzice przyjechali na kilka dni, jak cywilizowani ludzie.
Jako pierwsza przyjechała teściowa.
Lera nakryła do stołu, upiekła szarlotkę i pokazała wszystko — z dumą i szczerą radością. Chciała, żeby Walentina Nikołajewna zobaczyła dom i ucieszyła się razem z nimi. Starsza kobieta chodziła po pokojach, zaglądała w kąty, dotykała parapetów, otwierała wbudowane szafy. Najdłużej stała w salonie, rozglądając się dookoła.
— Ładnie — powiedziała w końcu. — Bardzo przestronnie.
I od razu, bez pauzy, bez żadnego przejścia, tonem człowieka, który właśnie podjął ważną decyzję, dodała:
— Po co wam taki duży dom, skoro jesteście tylko we dwoje? Niech cała rodzina tu zamieszka.
Lera podniosła wzrok. Pomyślała, że musiała źle usłyszeć. Albo że to żart. Uśmiechnęła się na wszelki wypadek.
— Nie, naprawdę — ciągnęła Walentina Nikołajewna, siadając na kanapie i już poprawiając poduszkę, jakby była u siebie. — Tania i Pasza wynajmują malutkie mieszkanie, tam ledwo można się obrócić. Andriej gnieździ się w kawalerce z trójką dzieci. A tutaj — spójrz, ile miejsca. Latem można robić grille, spotykać się na święta, zostawiać gości na noc. Przecież ci to nie przeszkadza, prawda?
To nie było pytanie. To był fakt.
Giena stał obok w milczeniu. Potem powiedział:
— Mamo, no… zobaczymy.
Co tak naprawdę oznaczało: tak.
Nowy Rok wszystko ustawił na swoim miejscu.
Lera przygotowywała się do niego jak do maratonu — bo właśnie tym jej się to wydawało. Walentina Nikołajewna ogłosiła, że świętować będą u młodych: jest dużo miejsca, parking, przestrzeń dla dzieci. Lera policzyła gości — ponad piętnaście osób, razem z dziećmi. Nie odmówiła. Wciąż wierzyła, że jeśli bardzo się postara, wszystko będzie dobrze.
Gotowała przez trzy dni. Giena pomagał przez pierwszą połowę pierwszego dnia, potem ktoś „zadzwonił do niego, żeby pojechał obejrzeć samochód”, i zniknął aż do wieczora trzydziestego grudnia. Lera przygotowała galaretę, ulepiła pierogi, zrobiła trzy rodzaje sałatek, kroiła, myła, układała, nakrywała do stołu. Przed przyjazdem gości wyszorowała dwie łazienki i wypolerowała lustra.
Goście przyjechali i natychmiast wypełnili cały dom.
Dzieci biegały w górę i w dół po schodach, robiąc taki hałas, że Lera słyszała je nawet przez muzykę. Tania i Pasza zajęli pokój gościnny punktualnie o jedenastej, tłumacząc, że „dzieci muszą spać”. Andriej z rodziną rozgościli się na piętrze — po prostu weszli i położyli się bez pytania. O pierwszej w nocy Walentina Nikołajewna przeniosła się na ulubiony leżak Lery na werandzie i zasnęła tam pod pledem z kanapy.
Lera sprzątała do czwartej nad ranem.
Nie, ona nie sprzątała — ona przekopywała się przez pobojowisko. Okrągłe ślady po kieliszkach na drewnianym stole, który ona i Giena wybierali przez trzy miesiące. Tłuste plamy na obrusie. Dziecięce ślady na jasnym dywanie w salonie. W łazience na dole ktoś zdołał wyrwać ze ściany wieszak na ręczniki, zostawiając brakujący kawałek tynku, i nikt nic nie powiedział. Lera odkryła to o drugiej nad ranem, stojąc w milczeniu i długo patrząc na białą wyrwę w ścianie.
W tym czasie Giena spał.
Rankiem pierwszego stycznia goście jedli śniadanie z resztek po poprzednim wieczorze, Lera znów zmywała naczynia, a Walentina Nikołajewna siedziała przy stole z filiżanką kawy i mówiła:
— Wszystko wyszło wspaniale. Ósmego marca trzeba zrobić tak samo.
Lera przeżyła luty w stanie głuchej, skupionej złości.
Na zewnątrz nic nie było widać. Chodziła do pracy, przygotowywała kolację, uśmiechała się. Ale w środku coś metodycznie układało się w argumenty. Nie umiała krzyczeć i nie chciała skandalu. Chciała, żeby Giena zrozumiał.
Rozmawiali o tym kilka razy. Na różne sposoby.
Pierwszy raz w niedzielny poranek, kiedy był w dobrym nastroju i pił kawę przy dużym oknie. Lera usiadła naprzeciwko niego i mówiła spokojnie: nie chciała, żeby to się powtórzyło. Nie dlatego, że żałowała jedzenia czy czasu — wyjaśniła to dokładnie, punkt po punkcie. To był ich dom. Zbudowali go dla siebie. Pokój gościnny był przeznaczony dla okazjonalnych gości, a nie po to, by stać się stałą wakacyjną bazą dla całego klanu.
Giena słuchał, kiwał głową, mówił:
— Rozumiem.
I:
— Masz rację.
I:
— Porozmawiam z mamą.
Nie porozmawiał z matką.
Druga rozmowa odbyła się w lutym, po tym jak Walentina Nikołajewna zadzwoniła do Lery — nie do Gieny, tylko do Lery — i zapytała, ile osób trzeba przewidzieć na ósmego, bo „musimy wiedzieć, na ile sałatek się przygotować”. Lera uprzejmie odpowiedziała, że jeszcze nie zdecydowali, i odłożyła słuchawkę.
Potem zawołała Gienę do kuchni i zamknęła drzwi.
— Rozumiesz, że ona już to organizuje? — zapytała.
— Ler, ona nie ma nic złego na myśli.
— Giena. Zadzwoniła do mnie i zapytała o sałatki. Nawet nie spytała, czy to w ogóle możliwe. Ona już zdecydowała, tylko doprecyzowuje szczegóły.
Przetarł twarz obiema dłońmi. To był jego gest, kiedy nie wiedział, co powiedzieć.
— Chcesz, żebym powiedział jej „nie”.
— Chcę, żebyśmy razem zdecydowali, że ten dom jest nasz. I że zapraszamy ludzi wtedy, kiedy my tego chcemy, a nie wtedy, kiedy całej rodzinie jest wygodnie.
— Ona się obrazi.
— Wiem.
Zapadła długa cisza.
— Pomyślę o tym — powiedział w końcu.
Lera wiedziała już, że kiedy mówił „pomyślę o tym”, oznaczało to „unikam tematu”, więc tym razem miała plan awaryjny.
W marcu Giena miał zaplanowaną od stycznia podróż służbową do innego miasta na kilka dni. Lera spojrzała w kalendarz i wzięła telefon. Zadzwoniła do swojej przełożonej i zapytała, czy jest jakieś zadanie, które warto byłoby załatwić osobiście. Szefowa była zaskoczona, ale coś znalazła. Wystawa, partnerzy, negocjacje.
Lera i Giena spędzili ósmego marca w różnych miastach.
Giena wyjechał pierwszy. Lera wyjechała dwa dni później. Przed wyjazdem starannie posprzątała dom, podlała kwiaty i zamknęła rolety w pokoju gościnnym. Klucz, który Walentina Nikołajewna trzymała „na wszelki wypadek”, trochę ją niepokoił — ale powiedziała sobie, że wszyscy są dorośli i wszystko będzie dobrze.
W przeddzień ósmego marca Walentina Nikołajewna napisała w rodzinnym czacie:
„Dziewczyny, spotykamy się u Gienoczki, jak ustalono”.
Lera przeczytała tę wiadomość, siedząc w pokoju hotelowym pięćset kilometrów od domu, i zadzwoniła do Gieny.
— Widziałeś?
— Widziałem — odpowiedział zmęczonym głosem.
— I co?
— Lera, oboje jesteśmy w delegacji. One będą tam same. Zostaw to.
— Giena. One będą w naszym domu bez nas.
— To nie są obce osoby.
Przez chwilę nic nie odpowiedziała. Potem powiedziała:
— Dobrze. Zobaczymy.
Wrócili prawie jednocześnie — Giena trochę wcześniej. Zdążył już wejść do środka i wyjść z powrotem na ganek, kiedy podjechała taksówka Lery. Wysiadła, wzięła torbę, spojrzała na jego twarz i zrozumiała wszystko, zanim zdążył powiedzieć choć słowo.
W środku dom pachniał jedzeniem, którego nie włożono do lodówki. W salonie na stole stały talerze z resztkami, szklanki i kilka butelek — jedna leżała na boku. Obrus, który Lera celowo schowała w szafie, został wyjęty i poplamiony czymś czerwonym — winem albo sokiem, nie dało się już stwierdzić, bo zaschło. W kuchni zlew był pełen naczyń. Na podłodze przy lodówce stał zawiązany worek ze śmieciami, którego nikt nie wyniósł. Najwyraźniej ktoś zostawił go tam i zapomniał.
W pokoju gościnnym łóżko było rozgrzebane, a poduszka leżała na podłodze. Przy kaloryferze leżały dziecięce ubrania — mała koszulka i jedna skarpetka.
Na piętrze, w pokoju, który Lera nazywała „swoim gabinetem” i do którego nigdy nikogo nie zapraszała, stało składane łóżko i dmuchany materac. Ktoś wszedł tam i zamienił go w kącik do spania. Na biurku — jej biurku, gdzie leżały jej dokumenty i stał mały kaktus, który zabrała ze starego mieszkania — była pusta butelka i papierowy talerzyk z kawałkiem zaschniętego ciasta…
Ciąg dalszy jest poniżej, w pierwszym komentarzu.
Budowali dom przez dwa lata.
Lera pamiętała każdy etap — jak wybierali działkę, jak wieczorami Giena rozkładał wydrukowane plany na kuchennym stole i pokazywał przyszłe pomieszczenia:
— Tutaj będzie nasza sypialnia, tutaj twój gabinet. Zobacz, dałem okno od wschodu — uwielbiasz, kiedy wpada poranne słońce.
Pamiętała, jak stała po kostki w błocie na budowie, patrząc, jak kładą pierwsze bloczki fundamentów, i czuła, jak coś ściska ją w środku — nie ze strachu, ale z poczucia, że pojawia się coś solidnego i naprawdę ich własnego.
Rozważali wzięcie kredytu na mieszkanie. Długo, prawdę mówiąc. Siedzieli z kalkulatorem, liczyli, szacowali koszty. Ale wtedy Giena powiedział spokojnie, bez żadnej przesady:
— Ler, będziemy płacić tyle samo, ale na końcu będziemy mieć dom zamiast betonowego pudełka w dziewięciopiętrowym bloku.
Zgodziła się. Właściwie była gotowa na wiele — pod warunkiem, że to będzie ich.
A rezultat był naprawdę wspaniały.
Jasny, dwupiętrowy dom z dużymi oknami i werandą, na której Lera już wyobrażała sobie wiklinowe krzesła i doniczki z pelargoniami. W środku było przestronnie, ale nie zimno: wszędzie drewno, ciepłe barwy, salon tak przytulny, że chciało się położyć na podłodze i patrzeć w sufit. Na parterze był nawet pokój gościnny — na wypadek, gdyby rodzice przyjechali przenocować, jak normalni ludzie, na kilka dni.
Jako pierwsza przyjechała teściowa.
Lera nakryła do stołu, upiekła szarlotkę, oprowadziła ją po domu — z dumą, szczerze, chcąc, żeby Walentina Nikołajewna zobaczyła i ucieszyła się razem z nimi. Starsza pani przechodziła z pokoju do pokoju, oglądała kąty, dotykała parapetów, otwierała wbudowane szafy. Długo stała w salonie, rozglądając się wokół.
— Ładnie — powiedziała w końcu. — Przestronnie.
A potem natychmiast, bez pauzy i bez przejścia, tonem osoby, która właśnie podjęła ważną decyzję, dodała:
— Po co wam dwojgu taki duży dom? Niech cała rodzina przyjeżdża tu na wakacje!
Lera podniosła wzrok. Pomyślała, że źle zrozumiała. Albo że to może żart. Na wszelki wypadek się uśmiechnęła.
— Nie, naprawdę — ciągnęła Walentina Nikołajewna, siadając na kanapie i już poprawiając poduszkę, jakby dom należał do niej. — Tanya i Paszka wynajmują takie ciasne mieszkanie, jak pudełko. Andriej tłoczy się w dwupokojowym mieszkaniu z trójką dzieci. A tutaj — spójrz, ile miejsca. Latem grille. W święta rodzinne spotkania. Goście mogą nawet zostawać na noc. Przecież ci to nie przeszkadza?
To nie było pytanie. To był fakt dokonany.
Giena stał obok w milczeniu. Potem powiedział:
— Mamo, no… zobaczymy.
Co oznaczało: tak.
Nowy Rok wszystko ustawił na swoim miejscu.
Lera przygotowywała się do niego jak do maratonu — bo dokładnie tym to było. Walentina Nikołajewna ogłosiła, że świętować będą u młodych małżonków: miejsce jest, parking jest, dzieci mają gdzie biegać. Lera policzyła gości — ponad piętnaście osób, dzieci wliczone. Nie odmówiła. Wciąż wierzyła, że jeśli wystarczająco się postara, wszystko pójdzie dobrze.
Gotowała przez trzy dni. Giena pomagał przez pół dnia, potem ktoś „zadzwonił do niego w sprawie obejrzenia samochodu” i zniknął aż do wieczora trzydziestego grudnia. Lera przygotowała galaretę, ulepiła pierogi, zrobiła trzy różne sałatki, kroiła, myła, sprzątała, nakrywała do stołu. Przed przyjazdem gości wyszorowała dwie łazienki i wypolerowała lustra.
Goście przyjechali i natychmiast wypełnili cały dom.
Dzieci biegały po schodach w górę i w dół, robiąc taki hałas, że Lera słyszała je nawet przy muzyce. Tanya i Paszka zajęli pokój gościnny już o jedenastej, mówiąc, że „dzieci muszą spać”. Andriej z rodziną rozgościli się na drugim piętrze — po prostu weszli i położyli się, nikogo nie pytając. O pierwszej w nocy Walentina Nikołajewna usadowiła się w ulubionym fotelu Lery na werandzie i spała tam, owinięta pledem z kanapy.
Lera sprzątała do czwartej nad ranem.
Nie — ona odgruzowywała pobojowisko. Okrągłe ślady po kieliszkach na drewnianym stole, który Lera i Giena wybierali przez trzy miesiące. Tłuste plamy na obrusie. Dziecięce ślady na jasnym dywanie w salonie. W łazience na dole ktoś urwał wieszak na ręczniki — wyrwał go razem z kawałkiem tynku — i nikt o tym nie wspomniał. Lera znalazła to o drugiej w nocy i długo stała przed białą raną na ścianie.
Giena w tym czasie już spał.
Rankiem pierwszego stycznia goście dojadali resztki, Lera znów zmywała naczynia, a Walentina Nikołajewna, siedząc z kawą, powiedziała:
— Było cudownie, ósmego marca trzeba to powtórzyć.
Lera przeżyła luty w cichej, skupionej furii.
Na zewnątrz nic nie było widać. Chodziła do pracy, gotowała kolację, uśmiechała się. Ale w środku coś metodycznie układało się w argumenty. Nie wiedziała, jak krzyczeć, i nie chciała skandalu. Chciała, żeby Giena zrozumiał.
Rozmawiali o tym kilka razy. Na różne sposoby.
Pierwszy raz w niedzielny poranek, kiedy był w dobrym nastroju i pił kawę przed dużym oknem. Lera usiadła naprzeciwko niego i mówiła spokojnie: nie chciała, żeby to się powtórzyło. Nie dlatego, że była skąpa, jeśli chodzi o jedzenie albo czas — wyjaśniła to jasno, punkt po punkcie. To był ich dom. Zbudowali go dla siebie. Pokój gościnny był dla okazjonalnych odwiedzających, a nie jako stała baza wakacyjna dla całego klanu.
Giena słuchał, przytakiwał, mówił:
— Rozumiem.
I:
— Masz rację.
I:
— Porozmawiam z mamą.
Nie porozmawiał z matką.
Druga rozmowa odbyła się w lutym, kiedy Walentina Nikołajewna sama zadzwoniła do Lery — nie do Gieny, tylko do Lery — i zapytała, ile osób trzeba przewidzieć na ósmego, bo „musimy wiedzieć, ile sałatki przygotować”. Lera uprzejmie odpowiedziała, że jeszcze nie zdecydowali, i rozłączyła się.
Potem zawołała Gienę do kuchni i zamknęła drzwi.
— Zdajesz sobie sprawę, że ona już to organizuje? — zapytała.
— Ler, ona nie robi tego specjalnie.
— Giena. Zadzwoniła do mnie i zapytała o sałatki. Nawet nie spytała najpierw, czy nam to odpowiada. Ona już zdecydowała, tylko doprecyzowuje szczegóły.
Przetarł twarz obiema rękami. To był jego gest, kiedy nie wiedział, co powiedzieć.
— Chcesz, żebym jej odmówił.
— Chcę, żebyśmy razem zdecydowali, że ten dom jest nasz. I że zapraszamy ludzi wtedy, kiedy my chcemy, a nie wtedy, kiedy jest to wygodne dla całej rodziny.
— Ona się obrazi.
— Wiem.
Długa cisza.
— Pomyślę o tym — powiedział w końcu.
Lera wiedziała już, że kiedy mówił „pomyślę o tym”, znaczyło to „unikam tematu”, więc tym razem miała plan awaryjny.
W marcu Giena miał podróż służbową zaplanowaną od stycznia — do innego miasta, na kilka dni. Lera spojrzała w kalendarz i sięgnęła po telefon. Zadzwoniła do swojej przełożonej. Zapytała, czy jest jakaś sprawa, którą warto byłoby załatwić osobiście. Szefowa była zaskoczona, ale znalazła coś: wystawa, partnerzy, negocjacje.
Lera i Giena spędzili ósmego marca w różnych miastach.
Giena wyjechał pierwszy. Lera wyjechała dwa dni później. Przed wyjazdem starannie posprzątała dom, podlała rośliny i zamknęła rolety w pokoju gościnnym. Klucz, który Walentina Nikołajewna trzymała „na wszelki wypadek”, trochę ją niepokoił — ale powiedziała sobie, że wszyscy są dorośli i wszystko będzie dobrze.
W przeddzień ósmego marca Walentina Nikołajewna napisała w rodzinnym czacie:
„Dziewczyny, to spotykamy się u Gienoczki, jak ustalono”.
Lera przeczytała to, siedząc w pokoju hotelowym pięćset kilometrów od domu, i zadzwoniła do Gieny.
— Widziałeś?
— Tak — jego głos brzmiał na zmęczony.
— I?
— Ler, oboje jesteśmy w delegacji. Po prostu sami pójdą. Niech już będzie.
— Giena. Oni wejdą do naszego domu bez nas.
— To nie są obcy ludzie.
Milczała przez chwilę. Potem powiedziała:
— Dobrze. Zobaczymy, co się stanie.
Wrócili prawie w tym samym czasie — Giena przyjechał trochę wcześniej, zdążył wejść do środka i wyjść z powrotem na ganek, kiedy podjechała taksówka Lery. Wysiadła z torbą, spojrzała na jego twarz i zrozumiała wszystko, zanim otworzył usta.
W środku dom pachniał jedzeniem zostawionym na wierzchu. W salonie stół wciąż był zastawiony talerzami z resztkami, szklankami, kilkoma butelkami — jedna leżała na boku. Obrus, który Lera starannie schowała do szafy, został wyjęty i poplamiony na czerwono — winem albo sokiem, nie dało się powiedzieć, bo wszystko zaschło. W kuchni naczynia piętrzyły się w zlewie. Na podłodze przy lodówce stał zamknięty worek ze śmieciami, którego nikt nie wyniósł. Najwyraźniej po prostu go tam postawili i zapomnieli.
W pokoju gościnnym pościel była pognieciona, poduszka leżała na podłodze. Dziecięce ubrania — mała koszulka, jedna skarpetka — leżały przy kaloryferze.
Na piętrze, w pokoju, który Lera nazywała „moim gabinetem”, tym, do którego nigdy nikogo nie zapraszała, stało składane łóżko i dmuchany materac. Ktoś tam wszedł i zamienił pokój w sypialnię. Na jej biurku — jej biurku, tam, gdzie leżały jej dokumenty i gdzie stał mały kaktus, ten, który przywiozła ze starego mieszkania — była pusta butelka i papierowy talerzyk z kawałkiem zaschniętego ciasta.
Lera wzięła kaktus. Nadal żył. Odstawiła go z powrotem.
Potem wyszła z pokoju, zeszła na dół, podniosła płaszcz, który dopiero co zdjęła, i wyszła na werandę. Giena stał tam, patrząc na ogród. Było pochmurno, a w powietrzu czuć było początek wiosny i wilgotną ziemię.
Stanęła obok niego. Milczeli.
— Powiedz mi — odezwała się w końcu — co teraz czujesz?
Nie odpowiedział od razu.
— Złość — powiedział cicho. — Jestem zły.
— Na kogo?
Cisza.
— Na siebie — powiedział. — Na siebie, Ler.
Nie dodała nic. Po prostu stała obok niego.
Sprzątali razem. W ciszy, prawie bez słów — tylko od czasu do czasu jedno z nich mówiło: „Tu jeszcze jest” albo „Podaj mi szmatkę”. To nie była cisza gniewu ani urazy. Po prostu cisza dwojga ludzi, którzy robią coś ważnego i oboje w pełni to rozumieją.
Na drewnianym podłokietniku ulubionego fotela Lery była okrągła, blada plama — jakby ktoś postawił tam gorący kubek. Przesunęła po niej palcem. Drewno pozostaje drewnem. Nie da się wszystkiego po prostu zamalować.
Giena stał za nią, patrząc na ślad.
— Ler — powiedział.
— Słucham.
— Zadzwonię do mamy.
Odwróciła się i spojrzała na niego uważnie.
— Co jej powiesz?
Wypuścił powietrze.
— Że klucze mają zostać zwrócone. I że jeśli coś takiego się powtórzy, trzeba będzie wezwać policję.
Lera powoli skinęła głową.
— Cała rodzina?
— Cała rodzina. Wszyscy, którzy tu byli.
Odwróciła się z powrotem do fotela i znów przesunęła dłonią po śladzie.
— Dobrze — powiedziała po prostu.
Giena zadzwonił do matki tego wieczoru, kiedy Lera była w innym pokoju. Nie słuchała — celowo. To miała być jego własna rozmowa, jego słowa, jego decyzja. Słyszała tylko ton jego głosu — najpierw spokojny, potem lekko napięty, a potem znów opanowany.
Potem zapadła cisza.
Wszedł do salonu i usiadł na kanapie.
— Powiedziała, że zrobiliśmy się wyniośli — powiedział.
Lera podniosła wzrok znad książki.
— I?
— Że zbudowaliśmy dom za pieniądze rodziny — w sensie, że wszyscy dobrze nam życzyli i wspierali nas moralnie — a teraz jesteśmy skąpi.
— Moralnie — powtórzyła Lera.
— Tak.
Milczeli.
— A klucze?
— Powiedziała, że odda je przez Andrieja. Andriej napisał na rodzinnym czacie, że nie jest kurierem i że możemy się wypchać. — Giena patrzył w ścianę. — Tania wyszła z czatu rodzinnego. Potem wróciła i napisała, że jesteśmy egoistami.
— To wszystko?
— Wujek Witia napisał, że za jego czasów młodzi szanowali starszych.
Lera zamknęła książkę.
— Giena — powiedziała — dobrze zrobiłeś.
Spojrzał na nią.
— Nie czuję się dobrze — przyznał. — Mam wrażenie, że jestem zdrajcą.
— Wiem.
— Czy to minie?
Wstała, podeszła, usiadła obok niego i wzięła go za rękę.
— Nie wiem — powiedziała szczerze. — Może minie. Może się uspokoją. A może nie. Ale dom jest nasz. I to my w nim mieszkamy.
Przykrył jej dłoń swoją.
Na zewnątrz zaczynał zapadać zmrok. Salon był czysty — wyszorowali wszystko do ostatniego kąta, ułożyli poduszki na miejscu, wynieśli śmieci, pościelili łóżka. Kaktus stał na biurku Lery tam, gdzie powinien. Plama na fotelu nadal była.
Andriej w końcu odesłał klucz — tydzień później, w niepodpisanej kopercie, po prostu wrzuconej do skrzynki pocztowej. Lera wyjęła go i potrzymała w dłoni. Zwykły klucz. Zaniosła go do szuflady w przedpokoju, gdzie trzymali zapasowe klucze od samochodu i stare paragony.
Rodzinny czat ucichł. Żadne życzenia urodzinowe nie przyszły. Walentina Nikołajewna nie dzwoniła. W połowie kwietnia Lera po prostu wysłała jej wiadomość:
„Walentino Nikołajewno, jak się pani czuje?”
Trzy dni później dostała krótką odpowiedź:
„Dobrze”.
To było wszystko.
Giena źle to znosił. Lera widziała to — po tym, jak czasem siadał i patrzył w telefon, niezdolny ani zadzwonić, ani nie zadzwonić. Nie naciskała na niego i nie mówiła: „A nie mówiłam”. To niczemu by nie służyło.
Pewnego wieczoru pod koniec kwietnia, kiedy wreszcie zrobiło się ciepło, po raz pierwszy otworzyli werandę i wynieśli herbatę na zewnątrz. Giena powiedział:
— Wiesz, czego najbardziej żałuję?
— Czego?
— Że mama nigdy nie zrozumiała. To nie tak, że nie chcieliśmy gości. Nie chcieliśmy, żeby nikt nas nie pytał.
Lera odwróciła się i spojrzała na niego.
— Tak — powiedziała. — Dokładnie.
Siedzieli na wiklinowych krzesłach — Lera wreszcie kupiła je w marcu, zaraz po ich powrocie, niemal na przekór wszystkiemu — i patrzyli na ogród. Jabłoń przy płocie wypuściła pierwsze liście. Było cicho.
To był ich dom. Przestronny, dwupiętrowy, z dużymi oknami i werandą. Ze śladem na fotelu i kaktusem na biurku. Z wieszakiem na ręczniki wreszcie naprawionym.
Ich. Tylko ich.
I w tej ciszy nic nie było zbyteczne.