Karina stała przy kuchence i mieszała warzywny gulasz, gdy usłyszała znajomy brzęk kluczy w zamku. Anton wrócił z pracy — jak zawsze, bliżej dziewiątej wieczorem. Nawet nie odwróciła głowy, tylko dalej mechanicznie poruszała drewnianą łyżką w garnku.
— Hej — mruknął mąż, przechodząc obok kuchni do pokoju. — Co na kolację?
— Gulasz — odpowiedziała krótko Karina.
Kilka minut później Anton znów pojawił się w drzwiach, przebrany już w domowy T-shirt i dresowe spodnie. W ręku trzymał butelkę piwa — jego piątkowy rytuał właśnie się rozpoczął.
— Słuchaj, jutro jest sobota — zaczął tonem kogoś, kto stwierdza oczywisty fakt. — Rano pojedziesz do mojej mamy. Trzeba zrobić porządne sprzątanie. Rozmawiałem z nią wczoraj — czeka.
Karina zamarła z łyżką w powietrzu.
Dwa lata. Dwa przeklęte lata — każdą sobotę spędzała w dusznym mieszkaniu teściowej: szorując podłogi, piorąc zasłony, zmywając naczynia od nowa. A Anton? Anton w tym czasie albo odsypiał piątkowe spotkania z kolegami, albo rozwalał się na kanapie z telefonem.
— Anton — powiedziała powoli, odwracając się w jego stronę. — Może… już wystarczy.
— Czego wystarczy? — Upijając łyk piwa, uniósł brwi, szczerze zdziwiony.
— DOŚĆ robienia ze mnie służącej twojej matki! — Karina trzasnęła łyżką o stół tak mocno, że krople sosu prysnęły na białą ścianę.
— Czemu krzyczysz? — Anton zmarszczył brwi. — To moja mama. Potrzebuje pomocy.
— Pomocy? POMOCY?! — głos Kariny przeszedł w krzyk. — Dwa lata, Anton! DWA LATA w każdą sobotę jeżdżę do twojej matki i wylizuję jej mieszkanie na błysk! A gdzie ty jesteś? Gdzie twoja pomoc dla własnej matki?
— Pracuję cały tydzień. Jestem zmęczony…
— A ja jestem na wakacjach, tak? — przerwała mu Karina. — Ja też pracuję! Od ósmej do osiemnastej w biurze, potem gotuję, piorę, sprzątam tutaj! A w mój jedyny dzień wolny mam jeszcze jechać przez całe miasto, żeby szorować mieszkanie twojej mamy?
— Nie przesadzaj… nie mów tak — powiedział Anton, odkładając butelkę. — Mama jest już stara. Ciężko jej.
— Stara? Ma pięćdziesiąt osiem lat! Jest o trzy lata młodsza od mojej mamy! A moja mama jakoś świetnie radzi sobie z własnym domem!
— Karina, przestań robić sceny. Jutro jest sobota i jedziesz do mamy. Koniec dyskusji.
Karina chwyciła solniczkę i cisnęła nią w ścianę obok niego. Roztrzaskała się o tynk.
— NIE! DOŚĆ! NIGDZIE NIE JADĘ! — krzyknęła tak głośno, że aż wydawało się, że szyby drżą. — Soboty — kim ja jestem? Jakąś posłuszną służącą? Dość tego. Jadę do mamy!
— Zupełnie ci odbiło! — Anton odskoczył od ściany, gdzie rozsypała się sól. — Co to za cyrk?
— To nie cyrk — to KONIEC twojego niewolniczego grafiku! — Karina chwyciła telefon i zaczęła wybierać numer.
— Do kogo dzwonisz? — zapytał Anton z nagłą ostrożnością.
— Do twojej mamy. Niech wie, że jej osobista sprzątaczka składa wypowiedzenie!
— Nawet się nie waż! — rzucił się po telefon, ale Karina odskoczyła.
— Halo, Ludmiło Pietrowno? — głos Kariny drżał z gniewu. — Tu Karina. Dzwonię powiedzieć, że jutro nie przyjadę sprzątać. Ani pojutrze. Ani NIGDY więcej!
Z telefonu wylał się oburzony głos teściowej, ale Karina mówiła dalej:
— Pani syn od dwóch lat używa mnie jak darmowej gospodyni! Jeśli chce pani lśniące podłogi — proszę wynająć firmę sprzątającą albo wysłać swojego ukochanego Antoszę z mopem i wiadrem!
— Daj to! — Anton wyrwał jej telefon. — Mamo, nie słuchaj jej, jest po prostu zestresowana pracą…
Karina wybiegła z kuchni i zaczęła się pakować. Krążyła po pokoju jak burza, wrzucając do torby pierwsze rzeczy, które wpadły jej w ręce — bieliznę, dżinsy, sweter.
— Dokąd ty się wybierasz? — Anton stał w drzwiach sypialni, wciąż z telefonem przy uchu.
— DO MOJEJ MAMY! Do tej, która nigdy nie kazała twoim krewnym jej usługiwać jak niewolnicy!
— Mamo, oddzwonię — mruknął Anton i rozłączył się. — Karina, przestań to przedstawienie. Usiądź. Porozmawiajmy spokojnie.
— Spokojnie? SPOKOJNIE?! — odwróciła się gwałtownie. — Byłam spokojna przez dwa lata! Dwa lata twoja matka wydawała mi rozkazy jak pańszczyźnianej: „Karina, źle umyłaś podłogi”, „Karina, na oknach są smugi”, „Karina, w kątach jest kurz”! A gdzie byłeś ty? Piłeś piwo z Maksimem i Denisem!
— To moi przyjaciele. Potrzebuję życia towarzyskiego…
— A ja czego potrzebuję — jestem robotem? — odparła Karina. — Ja też mam przyjaciół, ale nie widuję ich miesiącami, bo soboty idą na twoją matkę, a niedziele na gotowanie i pranie!
Telefon Antona znów zadzwonił — jego mama.
— Nie odbieraj! — krzyknęła Karina. — Jeszcze nie skończyliśmy!
Ale Anton już odebrał.
— Tak, mamo… Nie, ona po prostu… Co? Ciocia Wiera? Po co do niej dzwonisz?
Karina parsknęła gorzkim śmiechem.
— No proszę. Zaraz cała wasza rodzina się tu zleci.
I miała rację. Pięć minut później telefon Antona rozdzierały kolejne połączenia — ciocia Wiera, potem wujek Igor, potem znowu jego matka.
— Co tu się dzieje?! — Anton chodził po mieszkaniu z telefonem. — Mamo, poczekaj… Ciociu Wiero, zajmę się tym… Wujku Igorze, to nasza prywatna sprawa!
Pół godziny później ktoś zadzwonił do drzwi. Karina, która prawie skończyła się pakować, znieruchomiała.
— Nie otwieraj — powiedziała.
— To mama i ciocia Wiera — odparł Anton po spojrzeniu przez wizjer. — Muszę.
— NIE WAŻ SIĘ!
Ale Anton już przekręcał zamek.
Ludmiła Pietrowna i jej siostra Wiera wpadły do mieszkania, obie czerwone ze złości.
— Gdzie ona jest? Gdzie ta niewdzięczna? — Ludmiła Pietrowna weszła do pokoju nawet nie zdejmując butów. — Karina! Chodź tu!
Karina wyszła z sypialni z torbą w ręku.
— Wychodzę. Możecie mnie obgadywać ile chcecie.
— Jak śmiesz tak do mnie mówić! — warknęła teściowa. — Przyjęłam cię do rodziny, a ty—
— Do RODZINY? — Karina wybuchnęła śmiechem. — Do jakiej rodziny? Wciągnęła mnie pani do niewolnictwa! Darmowa sprzątaczka, zmywaczka, praczka!
— Anton, jesteś mężczyzną czy nie? — zwróciła się do niego ciocia Wiera. — Posłuchaj tylko, jak ona mówi do twojej matki!
— Karina, przeproś mamę — powiedział stanowczo Anton.
— PRZEPROSIĆ? Za co? Za powiedzenie prawdy? — Karina ruszyła w stronę drzwi. — Do diabła z wami wszystkimi!
— Stój! — Anton zagrodził jej drogę. — Nigdzie nie pójdziesz, dopóki nie przeprosisz!
— Zejdź z drogi, Anton.
— Jestem mężczyzną w tym domu! Tu obowiązuje moje słowo!
— Mężczyzną w domu? — prychnęła Karina. — W wynajmowanym mieszkaniu, za które płacimy po połowie? „Mężczyzna”, który nie potrafi nawet wyprać własnych skarpetek?
— Nie pozwolę, żebyś tak do mnie mówiła!
— A co zrobisz — zadzwonisz po jeszcze więcej krewnych? Może ściągniesz jakiegoś trzeciego kuzyna z wioski?
W tym momencie drzwi znowu się otworzyły — do mieszkania wszedł wujek Igor, mąż cioci Wiery.
— Co to za hałas na całej klatce schodowej? — zapytał.
— Igor, popatrz tylko! — Wiera wskazała Karinę. — Ta dziewczyna pyskuje Ludmile i nie chce pomagać!
— Dobrze — powiedział wujek Igor, mierząc Karinę wzrokiem. — Młoda damo, jesteś żoną mojego bratanka. W naszej rodzinie szanujemy starszych i pomagamy im.
— W waszej rodzinie WYKORZYSTUJE się ludzi! — krzyknęła Karina. — Dwa lata! DWA LATA w każdą sobotę sprzątałam mieszkanie Ludmiły Pietrowny! A gdzie był Anton? Gdzie byliście wszyscy — taka „zgrana” rodzina?
— My pracujemy! — odparła ostro ciocia Wiera.
— A myślicie, że ja nic nie robię? — odbiła Karina. — Ja też pracuję! A jednak jakoś tylko ode mnie oczekuje się poświęcania weekendów!
— Bo jesteś żoną! — ryknął Anton. — To twój obowiązek!
— No proszę! — Karina aż klasnęła w dłonie. — Wreszcie prawda! Mój obowiązek! A jaki jest twój obowiązek, Anton? Pić piwo w piątki?
— Nie waż się tak mówić do mojego syna! — Ludmiła Pietrowna zrobiła krok w jej stronę.
— WYNOŚCIE SIĘ! WSZYSCY — WON Z MOJEGO DOMU! — krzyknęła Karina tak ostro, że wszyscy drgnęli.
— Twojego domu? — Anton krótko się roześmiał. — Przypominam, że to wynajęte mieszkanie.
— NASZE — odparła Karina. — To ważne słowo: NASZE. — Wyjęła telefon z torby. — Mam zadzwonić do właścicielki i powiedzieć, że się wyprowadzam? Zobaczymy, jak poradzisz sobie z czynszem trzydzieści pięć tysięcy miesięcznie.
— Przestań mnie straszyć. Zarabiam wystarczająco!
— Czterdzieści pięć tysięcy? Minus czynsz zostaje dziesięć. Na jedzenie, transport, twoje piwo i spotkania z kolegami. Tydzień i będziesz bankrutem.
— Anton sobie poradzi! — wtrąciła Ludmiła Pietrowna. — Jest moim synem, pomogę mu!
— W pomaganiu swojemu ukochanemu synkowi jesteście świetna. Ale posprzątać własne mieszkanie? Od tego są synowe, prawda?
— Dość tego! — Anton złapał Karinę za nadgarstek. — Natychmiast przeproś moją matkę i ciotkę!
— PUŚĆ MNIE! — Karina wyrwała rękę. — Nie dotykaj mnie!
— Jestem twoim mężem!
— Byłeś. — Oczy Kariny błysnęły. — BYŁEŚ. Koniec, Anton. TO KONIEC.
W pokoju zapadła cisza.
— Co… co ty mówisz? — Anton pobladł.
— Mówię to, co powinnam była powiedzieć dawno temu. Odchodzę od ciebie. Do diabła z tym życiem. Do diabła z tobą i twoją rodziną. Do diabła z bezkręgowym facetem!
— Jak śmiesz! — zapiszczała ciocia Wiera. — Po tym wszystkim, co my—
— Co wy dla mnie zrobiliście? CO? — przerwała Karina. — Wymieńcie jedną rzecz.
Cisza.
— Właśnie. NIC. Ale dla was jestem darmową siłą roboczą. No więc koniec.
Karina przecisnęła się obok Antona w stronę drzwi.
— Stój! — próbował ją zatrzymać. — Nigdzie nie idziesz!
— Idź do diabła! — odepchnęła go. — I wiesz co? Mam wszystkie paragony z dwóch lat — zakupy, rachunki, wszystko. Połowę czynszu płaciłam właścicielce gotówką i mam podpisane pokwitowania. Jeśli będziesz próbował robić problemy — odzyskam swoje pieniądze w sądzie.
— Jakie pieniądze? — Anton patrzył na nią oszołomiony.
— Myślałeś, że jestem głupia? — syknęła Karina. — Zachowałam każdy dokument. Prawie siedemset tysięcy w dwa lata poszło na mieszkanie, w którym razem żyliśmy. A to bez liczenia jedzenia i środków czystości!
— Karina, porozmawiajmy spokojnie… — Anton złagodniał.
— Za późno. Miałeś dwa lata na rozmowę. Zamiast tego wydawałeś rozkazy jakbym była twoją własnością.
Szarpnęła drzwi.
— Pożałujesz tego! — krzyknęła za nią Ludmiła Pietrowna.
— Pożałujecie, że straciliście synową! — odparła Karina z progu. — A teraz wszyscy IDŹCIE DO DIABŁA!
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Anton stał pośrodku pokoju. Jego matka, ciocia Wiera i wujek Igor wymienili spojrzenia.
— Nic takiego, opamięta się i wróci — powiedziała Ludmiła Pietrowna. — Gdzie niby pójdzie?
— Mamo, powiedziała, że do swojej mamy.
— I co z tego? Posiedzi tam parę dni i wróci. Zrozumie, co zrobiła.
Ale Karina nie wróciła — ani po dwóch dniach, ani po tygodniu.
Na początku Anton milczał z dumy, czekając, aż to ona pierwsza się odezwie. Potem zaczął dzwonić. Odrzucała połączenia. Pisał wiadomości. Nie odpowiadała.
Po dwóch tygodniach przyszła pora zapłacić czynsz. Anton spanikował, gdy zobaczył na koncie tylko dwadzieścia tysięcy — brakowało piętnastu. Musiał pożyczyć od matki.
— To tymczasowe — uspokajała go Ludmiła Pietrowna. — Twoja żona wróci i wszystko się ułoży.
Ale pod koniec miesiąca przyszło pismo od prawnika. Karina domagała się podziału wspólnie nabytego majątku i zwrotu części wspólnych wydatków z dwóch lat. Dołączone były kopie wszystkich rachunków i potwierdzeń czynszu.
— Ona zwariowała! — wściekał się Anton, machając pismem przed matką.
— Nie martw się, synku. Blefuje. Nie ma dokąd pójść.
Ale Karina nie blefowała. Tydzień później właścicielka mieszkania zadzwoniła do Antona:
— Dzień dobry, Antonie. Karina poinformowała mnie, że się rozstaliście. Umowa najmu jest na was oboje. Jeśli ona się wyprowadza, musi pan podpisać nową umowę tylko na siebie — ale wtedy kaucja się podwaja — albo znaleźć współlokatora. Ma pan miesiąc na decyzję.
Kaucja wynosiła siedemdziesiąt tysięcy. Anton nie miał takich pieniędzy.
Próbował znaleźć współlokatora, ale nikt nie chciał mieszkać z obcym człowiekiem w tak drogim mieszkaniu.
Jego przyjaciele Maksim i Denis tylko wzruszyli ramionami.
— Stary, pomoglibyśmy, ale mamy rodziny, kredyty…
Błagał matkę o pieniądze, ale Ludmiła Pietrowna mogła zebrać tylko trzydzieści tysięcy.
— Synku, moja emerytura jest mała — wiesz o tym. Może poproś Wierę?
Ciocia Wiera odmówiła.
— Anton, Igor i ja odkładamy na remont. Przykro mi.
W końcu Anton musiał się wyprowadzić. Właścicielka oddała kaucję, ale zatrzymała czynsz za ostatni miesiąc. Z siedemdziesięciu tysięcy Anton dostał trzydzieści pięć — swoją połowę.
Wrócił do mieszkania matki, do swojego starego pokoju. Ludmiła Pietrowna przyjęła go z otwartymi ramionami.
— Nic się nie martw, synku. Pomieszkasz u mnie. Znajdziesz normalną dziewczynę — nie taką lekkoduchę jak tamta.
Ale „na chwilę” się przeciągało. Minął miesiąc, potem drugi. Anton próbował wynająć coś tańszego, ale nawet mała kawalerka na obrzeżach kosztowała dwadzieścia pięć tysięcy. Z jego pensji zostałoby dwadzieścia na jedzenie, transport i wszystko inne — a jeszcze trzeba było zapłacić kaucję.
Matka zaczęła robić aluzje.
— Anton, trzeba by zrobić remont. Tapety się odklejają, widzisz. I mógłbyś kupić zakupy — ciężko mi nosić torby.
— Mamo, ja pracuję cały dzień…
— A ja jestem młoda? — warknęła. — Karina kiedyś przychodziła i pomagała…
— Nie mów mi o niej!
Ale Ludmiła Pietrowna wspominała ją coraz częściej.
— Pamiętasz, jak Karina upiekła ci ciasto na urodziny? Takie dobre… I podłogi myła porządnie — bez smug. I okna się błyszczały…
Anton zaciskał zęby ze złości, ale milczał. Nie miał dokąd pójść.
Rok później Anton w końcu zrozumiał: stracił nie tylko żonę — stracił kogoś, kto naprawdę go kochał.
Spotykał się z innymi kobietami, ale mimowolnie porównywał każdą z nich do Kariny — i wszystkie wydawały mu się obce, przypadkowe i tymczasowe.
Tymczasem Karina wynajęła z przyjaciółką przestronne dwupokojowe mieszkanie, pojechała na wakacje nad morze, a w weekendy spała tak długo, jak chciała — czując się wolniejsza i szczęśliwsza niż od wielu lat.