Nacisnęłam przycisk „Zarejestruj się” w samym środku nocy, około drugiej nad ranem. W ciągu dnia nigdy bym tego nie zrobiła. W świetle dnia jestem dorosłą, rozsądną kobietą: bibliotekarką, matką dwojga dorosłych już dzieci i babcią małego wnuka. Doskonale rozumiem, że podobno pięćdziesięcioletnia kobieta nie ma czego szukać na portalach randkowych. Uważa się, że to terytorium młodych. Są pełne oszustów. A gdyby moja rodzina się o tym dowiedziała, wyśmialiby mnie.
Ale nocą wszystko wygląda inaczej. Kiedy leżysz sama w łóżku, które wydaje się o wiele za duże dla jednej osoby, rozsądek milknie. A twoje ręce robią to, na co w ciągu dnia brakuje ci odwagi.
Imię. Wiek. Miasto. Zdjęcie.
Prawie czterdzieści minut wybierałam fotografię. Przewijałam galerię w telefonie i nagle uświadomiłam sobie, że nie mam ani jednego odpowiedniego zdjęcia. Były zdjęcia ze mną i wnukiem — ale przecież to nie był portal do szukania babci. Kilka z urodzin mojej siostry — czerwone oczy, kieliszek wina w dłoni, Ludka ściskająca mnie za ramiona; inne z działki — kapelusz przeciwsłoneczny, kalosze i łopata w ręku, jakbym pozowała na okładkę magazynu ogrodniczego.
W końcu wybrałam jedyne przyzwoite zdjęcie: zeszłoroczne urodziny, niebieska sukienka, ułożone włosy, uśmiech. Jeśli nie przyglądać się zbyt uważnie, wyglądało całkiem godnie.
W rubryce „O mnie” napisałam: „Mam 50 lat. Rozwiedziona. Moje dzieci są dorosłe. Szukam poważnego mężczyzny do poważnego związku. Pijącym, żonatym i amatorom zdjęć bez twarzy — proszę do mnie nie pisać.”
Nacisnęłam „Zapisz”. Zamknęłam telefon. Położyłam go na stoliku nocnym.
A potem leżałam tak do czwartej rano, patrząc w sufit i czując się tak, jakbym weszła naga na publiczny plac.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam rano, było sięgnięcie po telefon. Siedem wiadomości.
Serce mi podskoczyło. Siedem! W jedną noc! Może jednak wciąż wyglądałam całkiem dobrze? Może pięćdziesiątka naprawdę mogła być nową trzydziestką? Może…
Pierwsza: „Cześć, piękna, masz zdjęcia w kostiumie kąpielowym?” Miał dwadzieścia dziewięć lat. Na zdjęciu profilowym pokazywał nagi tors i łańcuch na szyi.
Druga: „Cześć. Czym się zajmujesz?” Miał pięćdziesiąt trzy lata. Na zdjęciu pozował z rybą. Szczerze mówiąc, ryba wyglądała lepiej.
Trzecia: „Dobry wieczór, jesteś piękna.” Bez zdjęcia. Żadnego. Tylko czarny kwadrat. Prawdziwy Malewicz.
Czwarta była reklamą kasyna online. Nawet tutaj udało im się mnie dopaść.
Piąta, szósta i siódma były wariacjami na temat „cześć, spotkamy się”, napisanymi z taką liczbą błędów, że jako bibliotekarka czułam, jak zaczyna drgać mi powieka.
Zamknęłam telefon i poszłam zrobić kawę.
W ciągu tygodnia napisało do mnie pięćdziesięciu pięciu mężczyzn. Wśród nich:
Dwudziestu dwóch miało mniej niż trzydzieści lat. Każdy chciał zdjęć w kostiumie kąpielowym. Mam jeden — czarny, skromny, z małą spódniczką. Ale najwyraźniej nie o taki kostium im chodziło.
Piętnastu było żonatych. Niektórzy przyznawali to otwarcie: „szukam relacji pozamałżeńskiej”. Inni nic nie mówili, ale na zdjęciach było wyraźnie widać obrączki. Mężczyźni, którzy nawet do zdjęcia na portalu randkowym nie zdejmują obrączki, to naprawdę szczególny poziom naiwności.
Ośmiu w ogóle nie miało zdjęcia. Każdy miał własne wyjaśnienie: „Jestem nieśmiały”, „Jestem osobą publiczną”, „Moja praca jest poufna”. Jeden z nich poinformował mnie: „Wyślę swoje zdjęcie po twoim. Intymnym.” Najwyraźniej bardzo tajny agent.
Siedmiu było ewidentnie botami albo oszustami. Te same wiadomości, jakby wszyscy skopiowali je z jednego szablonu.
I tylko trzech wydawało się normalnych. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Pierwszy nazywał się Władimir. Sześćdziesiąt pięć lat, inżynier, rozwiedziony, dwoje dzieci. Na zdjęciu wyglądał sympatycznie, z wąsami, w swetrze. Pisaliśmy do siebie przez trzy dni. Pisał poprawnie, zadawał pytania, opowiadał o swojej pracy. Rozluźniłam się. Wreszcie ktoś normalny.
Czwartego dnia zaproponował spotkanie. Kawiarnia w centrum, sobota, czternasta. Zgodziłam się. Dwie godziny wybierałam, co założyć. W końcu zdecydowałam się na beżowy płaszcz i buty kupione rok wcześniej „na specjalną okazję”. Najwyraźniej to była właśnie ta okazja.
Władimir spóźnił się dwadzieścia minut. Kończyłam już drugą herbatę i miałam zamiar wyjść, kiedy w końcu się pojawił.
Przypominał swoje zdjęcie. Mniej więcej. Gdyby zdjęcie postarzało się o dziesięć lat, przytyło piętnaście kilogramów i straciło trochę włosów. Wąsy jednak przetrwały.
— Olga? Przepraszam, były korki.
Usiadł. Zamówił kawę. Spojrzał na mnie i powiedział:
— Na żywo jesteś… no… trochę inna niż na zdjęciu.
Prawie się zakrztusiłam. Ja inna?! Przynajmniej ja naprawdę przypominałam swoje zdjęcie! W przeciwieństwie do niektórych…
Ale przemilczałam to.
I potem było tylko gorzej. Przez czterdzieści minut opowiadał mi:
O swojej byłej żonie — suce, która zabrała mu mieszkanie.
O swoich dzieciach — niewdzięcznych, nigdy nie dzwonią.
O swoim szefie — idiocie.
O swoim zdrowiu — szczegółowo, łącznie z prostatą.
O mnie — ani jednego pytania.
Dopiłam herbatę, powiedziałam: „Miło było pana poznać” i wyszłam.
Drugi nazywał się Anatol. Pięćdziesiąt dwa lata, przedsiębiorca, rozwiedziony. Na zdjęciu — elegancki garnitur, drogi samochód, siwiejące skronie. Miał klasę.
Spotkaliśmy się w restauracji. Przyszedł punktualnie, otworzył przede mną drzwi, pachniał dobrą wodą kolońską. Wszystko było jak w filmie. Ładnym, dobrze nakręconym filmie.
Pierwsze pół godziny było idealne. Zadawał pytania, słuchał, żartował. Śmiałam się. Dawno się tak nie śmiałam.
Potem przyszedł rachunek.
— Olu, dzielimy?
— Dzielimy?
— No tak. Wierzę w równość. W końcu mamy XXI wiek.
Rachunek wynosił cztery tysiące siedemset. To on mnie zaprosił — a potem chciał dzielić rachunek…
Zapłaciłam ja. Nie dlatego, że się zgadzałam, ale dlatego, że kłótnia o pieniądze na pierwszej randce wydawała mi się jeszcze bardziej krępująca.
Przy wyjściu powiedział:
— Powtórzymy to kiedyś?
— Oczywiście — odpowiedziałam. — Ale następnym razem pójdźmy do stołówki. Wtedy po podziale wyjdzie jakieś trzysta rubli na osobę.
Albo nie zrozumiał, albo zrozumiał aż za dobrze. Nigdy więcej nie zadzwonił.
Trzeci mężczyzna nazywał się Giennadij. I to już zupełnie inna historia.
To on pierwszy do mnie napisał — długą, przemyślaną wiadomość. Przedstawił się: sześćdziesiąt jeden lat, wdowiec, profesor historii. Lubi książki, teatr, spacery. Szuka kobiety, z którą można rozmawiać.
Rozmawiać. Nie „zdjęcia w kostiumie kąpielowym”, nie „dzielimy rachunek”, nie „problemy zdrowotne”. Rozmawiać.
Pisaliśmy do siebie przez dwa tygodnie. Każdego wieczoru — długie listy. On pisał o książkach, ja o pracy, wnuku, filmach. Odpowiadał uważnie, zadawał prawdziwe pytania. Nie „czym się zajmujesz?”, tylko „o czym myślisz, kiedy czujesz spokój?”.
Zakochałam się. W słowach. W człowieku, którego nigdy nie widziałam, a który w ciągu dwóch tygodni poznał mnie lepiej niż mój były mąż przez wiele lat.
Umówiliśmy się na spotkanie. W parku, w niedzielę, o jedenastej rano. Październik, wszędzie liście, kawa z automatu.
Przyszłam wcześniej. Stałam przy fontannie, trzymając kubek i denerwując się jak uczennica przed egzaminem.
Przyszedł dokładnie o jedenastej. Wysoki, szczupły, w długim płaszczu, ze starą skórzaną teczką w ręku. Siwe włosy, zmęczona, ale żywa twarz. A jego oczy… jego oczy były dokładnie takie, jak je sobie wyobrażałam — ciepłe, uważne.
— Olga?
— Giennadij?
Przez kilka sekund po prostu patrzyliśmy na siebie.
Potem uśmiechnął się i powiedział:
— Jesteś dokładnie taka, jak cię sobie wyobrażałem.
— Naprawdę?
— Nie. Lepsza.
Spacerowaliśmy prawie cztery godziny. Najpierw po parku, potem wzdłuż nabrzeża, potem po starych uliczkach, które znał na pamięć. Historyk — dla niego każdy dom był historią. Opowiadał mi o mieście, a ja słuchałam, uświadamiając sobie, że żyjąc tu pół wieku, niczego nie zauważałam.
Nie narzekał na byłe — bo ich nie miał. Była tylko jedna kobieta i ją stracił. Mówił o niej spokojnie, łagodnie:
— Lena długo chorowała. Trzy lata. Byłem przy niej do końca. Po jej odejściu — pustka. Dwa lata ciszy. Potem zrozumiałem, że nie mogę tak żyć dalej. Lena nie chciałaby, żebym został sam.
Nie chwalił się samochodami — bo po prostu ich nie miał. Jeździł tramwajem.
— Przynajmniej mogę czytać po drodze — powiedział, wyciągając z teczki książkę.
Brodski. Zniszczony, z zakładkami.
Nie mówił też o dzieleniu rachunku — kupił mi kawę, małe ciastko i rożek kasztanów od starszego pana na rogu ulicy. Kosztowało to prawie nic, ale czułam się, jakby zaproszono mnie do najlepszej restauracji na świecie.
Przy ławce na końcu nabrzeża zatrzymał się, spojrzał na rzekę i zapytał:
— Olgo, czy mogę zadać ci pytanie?
— Oczywiście.
— Dlaczego zarejestrowałaś się na portalu randkowym?
Zastanowiłam się. Mogłam odpowiedzieć coś łatwego: „koleżanka mi doradziła”, „z nudów”, „tak dla zabawy”. Ale postanowiłam powiedzieć prawdę.
— Bo mam pięćdziesiąt lat i jestem sama. I jestem tym zmęczona.
Skinął głową.
— Ja też — powiedział cicho. — Też jestem tym zmęczony.
Zaczęliśmy się spotykać. Co weekend — spacery: park, muzeum, kino albo po prostu włóczenie się po ulicach. Wieczorami pisaliśmy do siebie. Czasem dzwoniliśmy i potrafiliśmy rozmawiać godzinami o wszystkim i o niczym jednocześnie.
Po miesiącu powiedziałam o nim córce.
— Mamo, ty mówisz poważnie? Z portalu randkowego? W wieku pięćdziesięciu lat?
— Tak, Nastiu. W wieku pięćdziesięciu lat.
— A jeśli on jest… no wiesz… dziwny? Albo oszustem?
— Jest profesorem historii. Ma teczkę, a w niej Brodskiego.
— Mamo, oszuści też mogą mieć teczkę.
Moja córka się martwiła. Syn też zadzwonił:
— Mamo, uważaj. Tam jest pełno oszustów.
Moje dzieci martwiły się o mnie tak, jakby role się odwróciły i teraz to one były rodzicami.
Ale Giennadij nie okazał się ani dziwny, ani niebezpieczny. Był dokładnie taki, na jakiego wyglądał: samotny, inteligentny i ciepły człowiek, który spędził dwa lata w ciszy po śmierci żony i pewnego dnia postanowił z tej ciszy wyjść.
Tak samo jak ja.
Dwa miesiące później zaprosił mnie na kolację.
Mieszkał w starym dwupokojowym mieszkaniu, w którym książki były wszędzie. Półki, stoły, parapety, krzesła, nawet podłoga — wszystko było nimi pokryte. Wyglądało to tak, jakby eksplodowała biblioteka, a on po prostu zostawił wszystko tam, gdzie upadło.
Kuchnia była czysta, ale od razu było widać, że mieszka tam samotny mężczyzna: jedna filiżanka, jeden talerz, jeden widelec. Kiedy człowiek jest sam, więcej nie potrzebuje.
Przygotował kolację. Prosty makaron z sosem — ale pyszny. Otworzył butelkę wina. Zapalił świecę — a potem się zawstydził, bo okazało się, że to świąteczna świeca w kształcie choinki.
— Przepraszam za choinkę — powiedział.
— Lubię choinki.
Siedzieliśmy tak, piliśmy wino, a on opowiadał mi o Bizancjum — to była jego dziedzina. Słuchałam naprawdę zainteresowana. Nie udawałam; naprawdę słuchałam. Miał taki sposób mówienia, że chciało się go słuchać.
Potem zamilkł, spojrzał na mnie i powiedział:
— Olu, mam sześćdziesiąt jeden lat. Nie mam samochodu. Pensja nauczyciela — rozumiesz… Mieszkanie jest małe, meble stare. Najcenniejsze, co posiadam, to moje książki. Nie mogę zapewnić ci pięknego życia.
— A co możesz mi zaoferować?
Zastanowił się chwilę.
— Uczciwość. Kasztany. Rozmowę. I prawdopodobnie makaron z sosem, bo to jedyna rzecz, którą umiem gotować.
Roześmiałam się. On też się roześmiał.
— I Brodskiego — dodał.
— Umowa stoi — odpowiedziałam.
Sześć miesięcy później zamieszkaliśmy razem. Jego książki wymieszały się z moimi. Jego teczka leżała przy drzwiach obok mojej torebki. Na suszarce stały już dwie filiżanki, dwa talerze, dwa widelce.
Dwa — to zupełnie inne życie.
Nastia przyszła go poznać. Patrzyła na niego ostrożnie, jak kot obserwujący nieznajomego. Pokazał jej swoją kolekcję bizantyjskich monet — prawdziwych, w aksamitnym pudełku. Obracała jedną w dłoni i powiedziała:
— No dobrze, mamo, przynajmniej nie jest oszustem.
To była najwyższa możliwa aprobata.
Syn zadzwonił po swojej wizycie.
— Mamo, on jest normalny. Trochę dziwny, ale normalny. Po co mu tyle książek?
— Czyta je.
— Wszystkie?!
— Tak. Wszystkie.
Pauza.
— Dobrze. Jeśli jesteś szczęśliwa, to znaczy, że tak powinno być.
Minął rok. Mam pięćdziesiąt jeden lat, on sześćdziesiąt dwa. Mieszkamy w jego mieszkaniu, bo jest bliżej uniwersytetu. Książki nadal są wszędzie. Przestałam z nimi walczyć — zaakceptowałam je jako coś nieuniknionego.
On jeździ tramwajem i czyta po drodze. Ja pracuję w bibliotece. Wieczorami siedzimy w kuchni: on sprawdza prace studentów, ja czytam. Obok siebie, w ciszy. Czasem czyta mi na głos szczególnie zabawne fragmenty z prac swoich studentów, a ja się śmieję. Czasem opowiadam mu o swoim dniu w pracy, a on słucha mnie z taką samą uwagą, jakbym opisywała mu upadek Konstantynopola.
W soboty chodzimy na targ. On niezgrabnie się targuje i czerwieni. Ja targuję się za niego. On niesie torby. Ja niosę kasztany. Zawsze kupujemy je u tego samego starszego pana.
W niedzielę — park. To samo nabrzeże. Ta sama ławka.
Pewnego razu koleżanka zapytała mnie:
— No i jaki on jest? Mam na myśli — jako mężczyzna?
Zastanowiłam się. Mogłam odpowiedzieć szczegółowo. Ale tego nie zrobiłam.
— Czyta mi coś przed snem — powiedziałam.
— Co czyta?
— Brodskiego. Czasem Achmatową. Czasem podręcznik o Bizancjum, kiedy przygotowuje wykład. Wczoraj zasnął w połowie opowieści o oblężeniu Konstantynopola. Książka spadła, podniosłam ją i zgasiłam światło.
Koleżanka spojrzała na mnie.
— To wszystko?
— To wszystko.
— I to ci wystarcza?
Uśmiechnęłam się.
— Natalio, mam pięćdziesiąt jeden lat. Nie potrzebuję mężczyzny, który nosiłby mnie na rękach. Potrzebuję kogoś, kto czyta mi na głos, zasypia obok mnie i rano nadal jest przy mnie — z kawą, książką i swoją teczką.
— Teczka jest aż tak ważna?
— Teczka jest święta. Nie dotykać teczki.
Roześmiałyśmy się.
Życie nie kończy się po pięćdziesiątce. W wieku pięćdziesięciu lat nadal można denerwować się jak uczennica. Nadal można zakochać się przez listy. Można jeść kasztany na nabrzeżu z mężczyzną, który wie wszystko o Bizancjum i nic o targowaniu się na rynku.
W wieku pięćdziesięciu lat można nacisnąć „Zarejestruj się” — i tego nie żałować.
Ja nie żałowałam.
Jeśli chcesz, mogę też sprawić, by tekst brzmiał bardziej naturalnie i literacko po starannym angielsku, zamiast tłumaczyć go dosłownie.