Artiom stał przy świeżym grobie, a świat wokół niego stracił wszystkie barwy, zamieniając się w szarą, wilgotną akwarelę. Dopiero co opuszczono do mokrej ziemi trumnę z jego matką, Sofią Michajłowną. Nie próbował powstrzymywać łez — płynęły same, gorące i słone, zostawiając mokre ślady na jego nieogolonych policzkach, pooranych przez czas. Każda kropla była jak krzyk duszy — cichy i nieutulony. Wieśniacy, po złożeniu kondolencji, zaczęli już odchodzić, ich sylwetki rozpływały się w posępnej mgle tego ponurego dnia. A on nadal stał tam, jakby sam smutek zapuścił w nim korzenie i przykuł go do miejsca, niezdolny oderwać wzroku od kopczyka świeżej ziemi, który na zawsze oddzielił go od najdroższej osoby w jego życiu.
Kościsty, stary palec musnął jego dłoń. Dotyk był lekki, lecz pełen niewypowiedzianej siły i pradawnej mądrości.
— Chodź, Artiom, chodź — odezwał się cienki, drżący głos dziadka Jefima, niczym refren wspólnej melodii żałoby. — Czy będziesz tu stał, czy nie — Sofia już nie wróci. Przeżyła swoje życie — osiemdziesiąt siedem lat. Solidna liczba. W przyszłym roku ja też będę miał osiemdziesiąt siedem. Nie wiem, ile czasu zostało mi jeszcze chodzić po tej Matce Ziemi.
Artiom powoli odwrócił głowę, jakby patrzył przez grubą warstwę wody. Oczy starego przyjaciela, który znał jeszcze jego pradziadka, były jasne i głębokie jak dwa jeziora wypełnione całą mądrością świata. Skinął głową bez słowa i, posłuszny jak dziecko, ruszył obok niego, dostosowując swój powolny, ciężki krok do kroku starca. Szli w milczeniu; tylko żwir pod ich stopami wydawał ponury, chrzęszczący dźwięk.
— Zbliżasz się do czterdziestki, Artiom, a wciąż jesteś kawalerem. To nie jest normalne. Teraz, kiedy twoja matka została pochowana, sam będziesz sobie panem i służącą. Znajdź sobie gospodynię domu. Twoi rówieśnicy dawno założyli rodziny, ich dzieci rosną. A ty? Jesteś zbyt skromny, Artiom, zbyt cichy. Jak źdźbło trawy na polu — uginasz się, ale się nie łamiesz. Trzeba być szybszym wobec życia; ono pędzi i na nikogo nie czeka.
— Wiem, dziadku Jefimie, wiem… Sam dużo o tym myślałem, jeszcze kiedy mama żyła. Ona mówiła mi to samo — powiedział Artiom niskim, nierównym głosem. — Załatwię to. Obiecuję.
W wieku czterdziestu lat Artiom, najmłodszy i ostatni syn Sofii, przeżył stratę matki nie tylko boleśnie — była to dla niego katastrofa na skalę kosmiczną. Jego dwaj starsi bracia, jego oparcie i tarcza, zmarli w różnych momentach: jeden, żołnierz, poległ na froncie; drugi tragicznie zginął w wypadku samochodowym. Wielki, solidny dom, który zbudował własnymi rękami z tak wielką miłością i nadzieją na liczną rodzinę, teraz ciążył mu pustką i niemym wyrzutem. Do tego dnia żył w przytulnym, uporządkowanym świecie, w którym matka była jego słońcem: gotowała, prała, wypełniała pokoje zapachem ciepłego chleba i jabłeczników, a on zajmował się gospodarstwem, wiedząc, że zawsze ktoś na niego czeka. Odeszła cicho, jak świeca: położyła się i już się nie obudziła. A wraz z nią odeszło nie tylko ciepło domu — lecz sama dusza tego miejsca.
On i matka żyli w pełnej zgodzie; był jej ostatnią nadzieją i pociechą. Choć przez lata namawiała go, by sprowadził do domu synową, nigdy nie wiedział, jakiej kobiety naprawdę pragnie. Nie znaczy to, że w jego życiu nie było kobiet — zdarzały się romanse i przelotne spotkania — ale nigdy nie prowadziły one do poważnej decyzji, choć wiele z tych kobiet miało taką nadzieję. Artioma ceniono: był spokojny, ugodowy i miał złote ręce. Nie pił, nawet nie palił; był pracowity i zręczny — prawdziwy skarb.
W każdej wsi są tacy samotni mężczyźni. Każdy ma własną historię. Jedni niszczą się alkoholem i prowadzą żałosne życie; inni nie chcą pracować ani brać odpowiedzialności; jeszcze inni są chorobliwie nieśmiali; a są też tacy, którzy po prostu są leniwi i żyją z emerytury swoich starych rodziców.
Artiom nie należał do żadnej z tych kategorii. Po prostu w młodości nie spotkał swojego przeznaczenia. Miał znajomości, ale były powierzchowne, a czas przesypywał mu się między palcami jak piasek. Po trzydziestce czuł się niezręcznie w towarzystwie młodych dziewcząt, a jego rówieśnice od dawna były zamężne. Przestał nawet chodzić do wiejskiego klubu — to nie było już jego miejsce, tam była sama młodzież. Tak dni zmieniały się w lata, a on został sam w swoim wielkim — zbyt wielkim — domu.
Teraz musiał podjąć najważniejszą decyzję w swoim życiu. Z bliska poznał, czym jest prawdziwa, przygniatająca samotność. Mężczyzna nie może żyć sam, bez kobiecej czułości, bez wsparcia, bez tego sensu, który każe mu wstawać o świcie. Zaczął więc poważnie rozmyślać. Przeglądał w pamięci wszystkie znane mu kobiety, nawet te z sąsiedniej wsi. Ale żadna nie budziła w nim tej wewnętrznej odpowiedzi, tego kliknięcia, które mówi: „To ona”. Owszem, w sąsiedniej wsi mieszkała Galina, wychowująca nastoletniego syna; dawno się rozwiodła. Kobieta wyrazista, świetna gospodyni. Była też Lidia, miejscowa księgowa, panna, okazała, lecz o trudnym i kłótliwym charakterze — wszyscy o tym wiedzieli, a nawet Artiom, który nie należał do bojaźliwych, obawiał się jej ostrego języka i przenikliwych spojrzeń. Potrafiła rzucić taką ripostę, że cała wieś mówiła o tym przez tydzień.
„Pójdę do dziadka Jefima” — zdecydował Artiom, wpatrując się w sufit swojej martwej sypialni. „Długo żył i widział w życiu wszystko. Jest mądry. Pójdę poprosić go o radę. Może powie mi, co robić.”
Dziadek Jefim siedział przy prostym drewnianym stole, powoli popijając herbatę. Trzymał starą spodeczkę z wyszczerbionym brzegiem i głośno, z rozkoszą, siorbał aromatyczny napój. Wiernie zachowywał dawny zwyczaj picia herbaty po staremu: rozgrzewał samowar, parzył zioła, nalewał do kubka, a potem przelewał na spodeczek — żeby ostygło. Był to cały rytuał, pełen sensu i cichej godności. Swoją żonę, babcię Agafię, pochował ponad dziesięć lat temu i od tamtej pory mieszkał sam, ale nigdy nie był samotny — wypełniały go wspomnienia.
— Witaj, Artiom, wejdź, siadaj — przywitał go pierwszy starzec, nawet nie widząc, kto wszedł, jakby wyczuwał jego obecność skórą.
— Dzień dobry, dziadku — odpowiedział Artiom, zdejmując czapkę.
— Siadaj do stołu; napijemy się herbaty. Moja jest z dzikim tymiankiem i miętą — lecznicza. Filiżanka stoi na półce. Nie przyszedłeś do mnie bez powodu, czuję to sercem…
Artiom nalał sobie gęstej, ciemnej herbaty ze śpiewającego samowara i ciężko westchnął.
— Masz rację, dziadku Jefimie. Przyszedłem po radę — jak dalej żyć. Postanowiłem się ożenić, ale nie potrafię wybrać z kim. Jest jedna kobieta w sąsiedniej wsi, z dzieckiem; wygląda na dobrą, zaradną. Ale nie wiem, czy będzie mi pasować. Jest też nasza Lida, księgowa — znasz ją. Piękna, ale charakter… trudny. Bardzo trudny. Powiedz mi, kogo mam wybrać? Gdzie mam się zatrzymać?
— Co do Lidy… — Dziadek Jefim parsknął śmiechem, a w jego oczach błysnęła iskra. — U nas ona nie tylko jest znana — jej się boją. Pokłóciła się prawie z całą wsią. Jak suka stróżująca na łańcuchu — nie przepuści cię bez szczekania. Z nią, synu, życie miałbyś gorzkie. Jesteś cierpliwy, spokojny, ale każda cierpliwość ma swoje granice. Nie zniesiesz jej charakteru; niech cię Bóg broni przed taką żoną. — Przerwał, upił łyk herbaty, po czym mówił dalej poważnie. — A tej z dzieckiem nie znam. Ale powiem ci jedno: ona już poznała małżeńskie życie i nie wyszło. Będzie cię porównywać z pierwszym mężem — to nieuniknione. I zawsze na pierwszym miejscu postawi swoje dziecko. Takie jest prawo natury; każda matka tak zrobi. Lepiej ożeń się z kobietą bez dziecka, żeby mieć własne. To moja rada.
Artiom zamyślił się, patrząc na pomarszczoną twarz starca, na jego dobre i przenikliwe oczy.
— No dobrze… A więc kto? Przecież potrzebna jest gospodyni domu. Dom jest dobry i duży; zbudowałem go dla rodziny, dla śmiechu dzieci. Gospodarstwem się zajmuję. Wychodzi na to, że ożenić się wcale nie jest tak łatwo…
— Ożeń się z Aliną. Będziesz szczęśliwy do ostatniego dnia życia — powiedział nagle dziadek Jefim, bez żadnego wstępu.
— Alina? — Artiom omal nie zakrztusił się herbatą. — Nie, dziadku, co ty mówisz! Przecież ona… stara panna. I ruda, piegi ma jak poranna rosa, na całej twarzy. Pewnie dlatego nikt się z nią nie ożenił — przez jej wygląd. Chociaż… jest pracowita, dobra, uczynna…
— Przyjrzyj się jej lepiej — przerwał mu starzec. — Nie ma w niej nic strasznego. Ruda, piegowata? Właśnie to czyni ją tutaj wyjątkową — promienną! Przyzwyczaisz się do jej piegów; one są jak złote iskierki. Kiedy się uśmiecha, świat jaśnieje. Widać, że słońce ją kocha, skoro dało jej tyle złota. Będzie wspaniałą żoną: dobrą, troskliwą, wierną. Ożeń się z nią, Artiom, nie pożałujesz. Nikogo innego nie mam ci do polecenia. Przyszedłeś po radę — oto ona, prosto z serca.
Artiom spędził cały wieczór na rozmyślaniach, obracając w głowie obraz Aliny. „Stary człowiek złej rady nie da” — rozważał. „Przyjrzę się jej lepiej. Czyż nie jest tak, że nigdy naprawdę jej nie widziałem?”
I zaczął ją wypatrywać. Pewnego dnia spotkał ją w drodze powrotnej ze sklepu: szła pochylona pod ciężarem torby z zakupami. Dogonił ją i bez trudu wziął ciężar z jej rąk.
— Witaj, Alino — uśmiechnął się, sam zdziwiony, jak łatwo mu to przyszło.
— Witaj, Artiom — odpowiedziała, a jej głos okazał się zaskakująco melodyjny, śpiewny. I odwzajemniła uśmiech. A on… zamarł na chwilę, porażony. Jej uśmiech rozświetlił wszystko wokół, jakby prawdziwe słońce wyszło zza chmur.
„Mój Boże” — przemknęło mu przez myśl. „Ona naprawdę promienieje. A piegi… wcale jej nie szpecą — sprawiają, że jest… wyjątkowa.”
Alina, kobieta prosta, lecz wrażliwa, od razu zrozumiała, że jego obecność nie była przypadkowa. Była od niego młodsza o sześć lat i nigdy nie była zamężna. Mężczyzn w jej życiu też nie było. Pochodziła z dużej, hałaśliwej rodziny, była najstarszą córką i od dzieciństwa wszystkie domowe obowiązki spoczywały na jej wątłych ramionach: rodzice od rana do wieczora pracowali w kołchozie, a ona zajmowała się młodszym rodzeństwem. Nie było czasu na potańcówki ani klub. Tak więc została sama, zyskując we wsi smutny i pobłażliwy przydomek „wieczna narzeczona”.
— Posłuchaj, Alino — zaczął Artiom, a serce biło mu jak u chłopaka — może pójdziemy wieczorem na spacer? Po okolicy. Nie jesteśmy już nastolatkami, ale… i co z tego? Chciałbym z tobą porozmawiać, lepiej cię poznać. Oczywiście, jeśli nie masz nic przeciwko.
— Dlaczego miałabym mieć? — znów uśmiechnęła się tym jasnym, słonecznym uśmiechem. — Nie mam nic przeciwko. Zgadzam się.
Spacerowali aż do zachodu słońca, za wsią, a Artiom nie przestawał się dziwić. Alina okazała się wspaniałą rozmówczynią: opowiadała ciekawe historie, cytowała książki, których on nigdy nie czytał — całe jego życie wypełniała praca, gospodarstwo i wieczorna telewizja. Ona zaś, jak odkrył, pochłaniała książki, a w jej głowie przechowywane były całe światy. Kiedy powiedział coś zabawnego, wybuchała jasnym, szczerym śmiechem, podobnym do dźwięku kryształowych dzwoneczków, a sercu Artioma robiło się lekko i radośnie; zapominał o żałobie i samotności.
Tej nocy nie zmrużył oka, przewracając się z boku na bok w łóżku. W głowie wciąż brzmiał mu ten krystaliczny śmiech. Dziadek Jefim miał rację. Stare prawdy pozostają prawdziwe.
„To dobra kobieta. Dlaczego wcześniej jej nie zauważyłem? Wszyscy zawsze mówili: ruda, ruda, a ja nigdy naprawdę na nią nie spojrzałem. Nie jest klasyczną pięknością, ale ile w niej ciepła, ile światła! A ten uśmiech… Dla takiego uśmiechu można przenosić góry. Jaki byłem ślepy!”
Artiom nie chodził długo wokół sprawy. Trzy miesiące po pogrzebie matki zebrał się na odwagę i szczerze, po męsku, poprosił Alinę o rękę i serce. Natychmiast po wsi zaczęły pełzać i brzęczeć plotki jak rozbudzone osy: Artiom się zabawia, mówiono, pobawi się biedną narzeczoną, a potem ją porzuci — bo kto by chciał taką rudą?
A potem — odbył się ślub. Ale nie było wielkiego wesela. Starsi odradzili: zbyt mało czasu minęło od pogrzebu Sofii Michajłowny; nie wypadałoby urządzać zabawy na całą wieś. Artiom i Alina posłuchali. W ich wielkim domu zebrali się tylko najbliżsi krewni i kilku przyjaciół. Przy boku pana młodego, jako honorowy gość i powiernik, siedział sam dziadek Jefim, zastępując mu ojca.
Skromna uczta dobiegła końca i zaczęła się codzienność. Wieś jeszcze przez jakiś czas plotkowała, rozbierając na części nową rodzinę, lecz stopniowo rozmowy te ucichły, ustępując miejsca zdziwieniu i milczącej aprobacie. We wsi pojawiła się nowa, solidna rodzina. Mąż i żona rozumieli się od pierwszego dnia w pół słowa, jednym spojrzeniem. Ledwie Artiom o czymś pomyślał, Alina już to robiła. Wciąż zadziwiała go swoją przenikliwością i wrażliwością.
Okazała się znakomitą gospodynią. Gdy Artiom od świtu zajmował się pracami, karmiąc bydło, ona już smażyła dla niego złociste, puszyste naleśniki i przygotowywała pachnącą herbatę. Wieczorem, po ciężkim dniu, czekała na niego gorąca, sycąca kolacja. Wystarczyło, że położył się na kanapie, by odpocząć, a świeża gazeta i pilot leżały już pod ręką. Alina była uosobieniem troski i czułości. Widząc takie oddanie, Artiom również starał się ze wszystkich sił: pomagał jej, urządzał dom, tworzył wygodę. Żyli w doskonałej harmonii, a wkrótce przestał zauważać piegi i rude włosy: stała się dla niego najpiękniejszą kobietą na świecie, jego jedyną i ukochaną żoną. Kochali się nie młodzieńczą, płomienną miłością, lecz miłością dorosłą i głęboką, sprawdzoną przez samotność, która wreszcie odnalazła szczęście.
Wkrótce Alina chodziła po wsi z zaokrąglonym brzuchem, a jej słynny uśmiech świecił jeszcze jaśniej. Wieśniacy, patrząc na nią, nie mówili już, że nie jest ładna. Widzieli szczęśliwą kobietę. Potem urodził się syn, którego nazwali Antoszka — Anton. Podobnie jak matka, był rozświetlony jasnymi rudymi lokami. Biorąc pierworodnego na ręce, Artiom oznajmił z dumą:
— Teraz mam w domu dwa małe słońca. Dwa najjaśniejsze i najcieplejsze słońca na świecie.
Jedynym cieniem na jego szczęściu była śmierć dziadka Jefima. Pochowała go cała wieś — wszyscy szanowali i kochali starca. Przyjechała jego córka z rodziną; mieszkali daleko, a Artiom sam przekazał im smutną wiadomość. Cała wieś zebrała się, by odprowadzić swojego mędrca w ostatnią drogę.
Życie płynęło jak pełna rzeka. Kilka lat później Artiomowi i Alinie urodziła się córka. Była wykapanym ojcem, i Artiom trochę żałował, że nie miała rudych włosów — wtedy w domu byłyby trzy słońca. Ale słońca nigdy nie jest za dużo: im jest go więcej, tym życie staje się jaśniejsze i cieplejsze.
Za nic na świecie Artiom nie zamieniłby swojej Aliny na żadną inną kobietę, nawet największą piękność. Często mówił to sąsiadom, patrząc na żonę z uwielbieniem. A w jego sercu zawsze mieszkała cicha i jasna wdzięczność wobec dziadka Jefima, który kiedyś dał mu najmądrzejszą radę w życiu i poprowadził go ku prawdziwemu, trwałemu szczęściu.