Śledź dla kochanki. Mała kałuża szkarłatnego płynu rozlewała się po starej, porysowanej desce do krojenia.

Kałuża karmazynowego płynu rozlewała się po starej, całej pociętej desce do krojenia. Veronika, z podwiniętymi rękawami bawełnianej sukienki, oddzielała ścięgna od sprężystego mięsa z niemal chirurgiczną precyzją. Kuchnia pachniała czosnkiem, liściem laurowym i rodzinnym spokojem — tym cierpliwie budowanym przez lata, cegła po cegle, niczym mur obronny wokół jej małego, idealnego świata. Nóż w jej dłoni był przedłużeniem jej myśli, rytmicznie i pewnie kroił wołowinę w równe, apetyczne kostki na niedzielny gulasz.

I wtedy ten idylliczny rytm został bezlitośnie przerwany. Z salonu, przez uchylone podwójne drzwi ozdobione witrażami w romby, rozległ się ostry, natarczywy dźwięk telefonu. Veronika zamarła na moment, nasłuchując. Kroki jej męża — ciężkie, pewne — przecięły pokój. Kliknięcie podniesionej słuchawki.

— Halo? — Głos Viktora, zwykle tak głęboki i spokojny, brzmiał jak zawsze.

A potem — nic. Cisza. Nie ta, która poprzedza rozmowę, lecz gęsta, dźwięczna, bolesna pauza. To nie było zerwanie połączenia ani problem z siecią — Veronika odniosła dziwne wrażenie, że naprawdę słyszy, jak po drugiej stronie jakiś głos wlewa się w tę ciszę: bez przerwy, histerycznie, nie zostawiając miejsca nawet na jedno słowo. Zimna igła przeczucia, cienka i ostra, ukłuła ją pod żebrami.

Nie wycierając rąk, opryskanych ciemnymi plamami zwierzęcej krwi, ruszyła korytarzem. Jej serce, bez wyraźnego powodu, biło jej w gardle. Salon był pusty. Jej wzrok przesunął się po wypolerowanej powierzchni mebla, na którym zwykle stał telefon z tarczą — ale już go tam nie było. Zniknął. Czarny spiralny przewód, podobny do przestraszonego węża, ciągnął się po parkiecie, wijąc się w półmroku ku uchylonym drzwiom dziecięcego pokoju.

Cisza w domu stała się groźna, gęsta jak syrop. Nawet chłopcy — pięcioletni Antoshka i trzyletni Styopka — którzy hałaśliwie bawili się na dywanie swoimi zabawkowymi ciężarówkami, jakby nagle ucichli, jakby instynktownie wyczuli niepokój matki. Veronika, skradając się jak złodziejka we własnym domu, zbliżyła się do pokoju. Drzwi były uchylone na szerokość palca. Przez szczelinę sączył się stłumiony, namiętny szept. Już sam ten dźwięk przykuł ją do podłogi, odebrał jej oddech, a cały jej świat skurczył się do tej szpary, do tego głosu.
 

Głosu Viktora. Ale nigdy wcześniej nie słyszała go takim. Przepełniały go bolesna czułość, paniczny strach i lepki, niewypowiedziany wstyd. Błagał, robił wymuszone pauzy, jakby brakowało mu tchu:

— Galino… Galino, błagam cię, uspokój się, weź się w garść. Rozumiem, kochanie, wiem, jak bardzo jest ci trudno. Ale spróbuj zrozumieć także mnie! Mam rodzinę, dzieci… Nie mogę wszystkiego rzucić i przybiec. Tak, kocham cię, Galino, przysięgam, kocham cię szaleńczo, bardziej niż życie! Ale nie mogę teraz rozmawiać — moja żona… Veronika… może wejść w każdej chwili i wtedy dowie się wszystkiego. Potrzebuję czasu, żeby ją przygotować, żeby samemu oswoić się z tą myślą, to nie jest czas na sceny… Nie. Nie, nie płacz. Jutro. Zróbmy to jutro. Wróć do domu, proszę cię. Naprawdę chcę cię zobaczyć. Wiesz, że nigdy nie powinnaś dzwonić tutaj o tej porze… Nigdy. Tak. Ja też cię kocham… bardzo mocno…

Świat się zawalił. Nie z ogłuszającym hukiem, lecz z cichym, złym pęknięciem, jakby gdzieś głęboko, w samym jej wnętrzu, złamała się drobna, krucha kość. Veronika miała wrażenie, że ktoś wbija jej rozżarzoną do białości igłę dziewiarską prosto w splot słoneczny. Serce zaczęło bić histerycznie, nierówno, krew waliła jej w skroniach jak ciężki, płonący młot, a płuca zacisnęły się w napięty, pozbawiony powietrza węzeł. Czuła, jakby czubek igły wychodził między łopatkami, a jednak bała się zaczerpnąć powietrza — bała się zdradzić jękiem, charknięciem, samym dźwiękiem własnego pęknięcia.

Wszystko w niej krzyczało i rozdzierało się; każda komórka domagała się działania — wtargnąć, zniszczyć, potłuc naczynia, zażądać odpowiedzi. Ale jej nogi, watowate i nieposłuszne, same zaczęły ją odprowadzać z powrotem. Jak we śnie odwróciła się i odeszła na palcach, uciekając niczym przestępczyni z miejsca własnej zdrady, z powrotem do kuchni.

Znów chwyciła nóż. Ręka jej drżała. Wbiła ostrze w kawałek mięsa, ale nie potrafiła go przeciąć — nie miała siły. Uderzała na oślep, widząc jedynie jego twarz, zniekształconą przez szept dobiegający z uchylonych drzwi. „Ja też cię kocham, Galino, bardzo mocno cię kocham”. Te słowa dźwięczały jej w uszach, zagłuszając wszystko inne. U jej stóp kotka Murka ocierała się o nią, niespokojna i czuła, wyczuwając dziwne napięcie swojej pani. Veronika, rozkojarzona, rzuciła kawałek mięsa na podłogę.

„Nie mogę — mam rodzinę…”
 

Próbowała uczepić się tych słów jak tonący słomki. Więc to coś dla niego znaczyło? Więc twierdza jeszcze stała? Lecz natychmiast zalała ją lodowata fala: „Kocham cię, Galino”. On ją kocha. Inną kobietę. Kim ona jest? Kiedy to się zaczęło? I kim teraz jest Veronika? Obowiązkiem? Powinnością? Wygodną gospodynią i matką jego dzieci? Boże, przecież między nimi wszystko było idealne! Ani jedno spojrzenie, ani jeden gest, ani najmniejszy znak nigdy nie pokazały, że miłość Viktora do niej umarła, wyparowała, przeniosła się na inną kobietę!

Nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez niego. Nie był tylko podporą. Był fundamentem, sklepieniem, samą ziemią pod jej stopami. Tym, który rozwiązywał każdy problem, który trzymał ster rodzinnej łodzi przy każdej pogodzie. Dla Veroniki i dzieci był niewzruszonym kamiennym murem, za którym można było ukryć się przed każdym nieszczęściem i czuć się chronionym, kochanym, potrzebnym. A teraz? Jej pensja graficzki nie wystarczyłaby nawet na wynajęcie nory. Nawet z alimentami. Jak chłopcy dorastaliby bez ojca? Ich dacza, ich wspólny projekt, ich marzenie o ogrodzie — wszystko by się zawaliło. Ale to nie było najważniejsze. Najważniejsze było to, że kochała tego mężczyznę. Kochała jego zapach, jego śmiech, jego dłonie. I nie chciała — nie mogła — wyobrazić sobie, że to wszystko znika.

Około piętnastu minut później Viktor wszedł do kuchni. Z błogim wyrazem twarzy wciągnął aromat cebuli i smażącego się mięsa, po czym z zadowoleniem spojrzał na gotujący się w garnku makaron. Veronika, nie podnosząc wzroku, z zastygłą twarzą kroiła warzywa na sałatkę.

— Mmm, jak pięknie pachnie! Prawdziwa uczta! Niedługo gotowe, szefowo?

— Za jakieś czterdzieści minut. Pokroiłam mięso drobniej, szybciej się ugotuje… Kto dzwonił?

— Do telefonu? — Przybrał zdziwioną minę; grał wspaniale, urodzony aktor.

— No tak, telefon.

— Ach… — odpowiedział leniwie, opadając na taboret. — Z fabryki. Poprosili mnie, żebym jutro przyszedł na pół dnia odebrać dostawę drewna.
 

Veronika ścisnęła rękojeść noża tak mocno, że jej kostki pobielały. Jej twarz zastygła w maskę, ale na szczęście on jeszcze nie nauczył się czytać jej twarzy od tyłu.

— Od tego są magazynierzy i przyjmujący towar. Zbyt często zawracają ci głowę w weekendy. Nie podoba mi się to.

— Lato, upał, wszyscy są na urlopach — machnął ręką, zbywając pytanie.

— Mhm…

— Dlaczego masz taką minę, Verunchik? — Przyjrzał jej się, a w jego głosie brzmiało coś, co wydawało się prawdziwą troską. A może była to tylko wirtuozerska imitacja? Już nie potrafiła tego rozpoznać.

— Och, nic…

— Co się stało? Chodź tutaj. — Otworzył ramiona, przyciągnął ją do siebie i posadził na kolanach. Veronika uparcie wpatrywała się w podłogę, czując, jak zdradliwy dreszcz podchodzi jej do gardła. — Powiedz mi.

— Jestem po prostu zmęczona. Myślałam, że jutro spędzimy cały dzień razem, odpoczniemy, pojedziemy na daczę.

— Verusya…

— Mmm?

— Kochasz mnie?

— Oczywiście, że cię kocham — co za głupie pytanie! — Zaśmiał się, a jego śmiech był tak naturalny, że ból znów ją przeszył.

— Po prostu… dawno tego nie mówiłeś…

— Kocham cię, Verunchik, naprawdę. I uwielbiam naszych chłopców. Wiesz, rodzina jest dla mnie wszystkim. Posłuchaj, może poszłabyś odpocząć, położyć się, a ja tutaj dokończę. Dodałaś już przyprawy do mięsa? Sól?

— Nie…

— Ja się tym zajmę. Idź. — Puścił ją, całując czule w szyję, tuż pod płatkiem ucha. I po raz pierwszy przez wszystkie lata ich wspólnego życia jego pocałunek nie przyniósł ciepła, lecz ostre, mdłe uczucie obrzydzenia.

Położyła się na kanapie i patrzyła, jak jej synowie, te dwa promienie słońca, dokazują na dywanie. Murka wskoczyła jej na brzuch i zaczęła ugniatać łapkami, wysuwając ostre pazurki — dziękując za smakołyk. Veronika chwyciła kotkę za łapy, odwróciła ją na plecy i wtuliła twarz w jej ciepły, puszysty brzuch. Nie. Ich rodzina musiała zostać ocalona. Za wszelką cenę. Uwierzyć jego słowom? Ale te słowa wypowiadał także do… Galiny… z miłością! A jeśli to była prawdziwa miłość? Karty zostałyby wyłożone na stół, a on odszedłby. Nie. Nie mogła podjąć takiego ryzyka. Trzeba więc usunąć przyczynę. Usunąć ją tak, by go nie stracić. Powiedzieć mu — i zostawić wybór. Ale bała się tego wyboru. Więc musiała zająć się tą kobietą. Twarzą w twarz. Ale najpierw — znaleźć ją.
 

Rano Viktor, pogwizdując, odprowadził dzieci do przedszkola, po czym od razu pojechał „do pracy”. Veronika zadzwoniła do swojej fabryki i cierpiącym głosem oznajmiła, że źle się czuje, ale całą pracę wykona w domu — dwa plakaty i kartkę urodzinową; wszystko będzie gotowe na poniedziałek. Dzięki Bogu, pracowali w różnych miejscach! Uświadomiwszy sobie, że nie ma nic odpowiedniego na przebranie, zapukała do sąsiadki, malarki, i płonąc ze wstydu, błagała ją o pożyczenie starego fartucha pachnącego farbą, tłumacząc, że musi pomalować ścianę w pracy.

— I chustkę, Dusya, proszę — na kurz… Już boli mnie głowa…

Zaskoczona sąsiadka dała jej także chustkę. W tym niedorzecznym, bezkształtnym stroju, z twarzą do połowy ukrytą pod chustką, Veronika pobiegła do przedszkola. Kilka minut później Viktor wyszedł przez bramę. Upokarzające śledzenie się zaczęło.

Nie poszedł w stronę fabryki, lecz na targ. Serce Veroniki ścisnęło się: czy jego kochanka była sprzedawczynią z targu? Ale nie — kupił przy stoisku rybnym dużego, tłustego śledzia, potem pudełko truskawek i zadowolony opuścił targowy zgiełk, kierując się do spokojnej dzielnicy małych domków. Tutaj śledzenie go stało się trudniejsze. Chowając się za każdym rogiem, przeskakując z jednej kryjówki do drugiej, Veronika omal nie straciła go z oczu. Zniknął za łuszczącą się niebieską bramą jednego z domków. A więc — tam.

Usiadła na ławce na końcu ulicy, kuląc się w pożyczonym fartuchu. Dwie godziny. Dwie niekończące się godziny, podczas których potworne sceny tego, co mogło dziać się za tą niebieską bramą, pożerały jej umysł. Wreszcie wyszli. Razem. Veronika najpierw poczerwieniała, potem pobladła. W końcu miała ją zobaczyć! Ale para, nie zauważając nikogo wokół, skierowała się ku małemu laskowi, w stronę rzeki. Veronika zdołała tylko dostrzec, że kobieta była wysoka, niemal wzrostu Viktora, smukła, ze wspaniałym blond warkoczem. Cios był precyzyjny i bolesny.

Tego wieczoru, przygotowując kolację, obwąchała wracającego męża.

— Pachniesz śledziem, kochanie.

— Chłopaki z pracy mnie poczęstowali — skłamał bez mrugnięcia okiem.

— Mhm… Rozumiem — mruknęła, a coś w jej sercu wreszcie stwardniało, nieodwracalnie.

Tydzień później udało jej się zobaczyć ją dokładniej. Kobieta czekała na niego przy wyjściu z targu, a on znów niósł paczkę z tym przeklętym śledziem. Znawczyni. A kilka dni później szczęście całkowicie uśmiechnęło się do Veroniki: wracając z pracy, zobaczyła tę Galinę rozmawiającą z jej własną najlepszą przyjaciółką, Oksaną! Rozmawiały dziesięć minut, a kiedy zaczęły się żegnać, Veronika wyszła z cienia.
 

— Oksana! Cześć! Zupełnie o mnie zapomniałaś: ani telefonu, ani wizyty!

— Oj, daj spokój, minął ledwie tydzień!

— Już zaczynałam myśleć, że znalazłaś sobie nową najlepszą przyjaciółkę i mnie już nie potrzebujesz — powiedziała Veronika, biorąc ją pod ramię i idąc obok niej.

— O kim ty mówisz?

— No, o tej, z którą przed chwilą rozmawiałaś. Jest bardzo ładna.

— To Galka? Znamy się od dzieciństwa — dorastałyśmy na tej samej ulicy.

— A jaka jest ta Galka? — zapytała Veronika niewinnie, czując, jak po plecach przebiegają jej ciarki.

— Ładna, ale pechowa. Jest sama z dzieckiem, a dziecko chorowite — ciągle w szpitalu. Problemy z sercem.

— A mąż?

— Zostawił ją dla innej kobiety. A teraz ma nowego adoratora — właśnie mi o tym opowiadała. Co za namiętność! Mówi, że jest gotów zrobić dla niej wszystko, nawet zostawić rodzinę!