„Chcesz się do mnie wprowadzić tylko dlatego, że nie mam męża?” — powiedziałam ironicznie.

Stałam przy oknie w salonie, patrząc na szare dachy naszego osiedla, i nie mogłam w to uwierzyć… Wreszcie! Po trzech latach od rozwodu, po wszystkich sądach i podziale majątku, miałam to, o czym marzyłam przez całe życie — własne terytorium. Moje mieszkanie. Moje zasady.

Jasne ściany, które sama wybrałam w sklepie budowlanym. Sofa w kolorze morskiej zieleni — tak droga, że oszczędzałam na nią przez sześć miesięcy. I ta cisza… Boże, jak bardzo mi jej brakowało! Dwadzieścia lat małżeństwa nauczyło mnie rozkoszować się każdą minutą spokoju.

— Ira, kochanie, dlaczego tak stoisz? — głos mojej kuzynki Galiny przywrócił mnie do rzeczywistości.

Siedziała na mojej nowej sofie, niedbale opierając nogi na stoliku kawowym, który niedawno odkurzyłam z niemal religijną gorliwością. W dłoniach trzymała filiżankę kawy — mojej kawy, swoją drogą.

— Galina, mówiłaś, że zostaniesz kilka tygodni — zaczęłam ostrożnie, odwracając się do niej.

— Tak, i co z tego? — wzruszyła ramionami i upiła łyk. — Dopóki nie załatwię sprawy z mieszkaniem.

A jej sprawa z mieszkaniem wcale się nie rozwiązywała — mijał już miesiąc. Dokładnie trzydzieści dni temu Galina zadzwoniła do mnie, szlochając do telefonu:

— Ira, on mnie wyrzucił! Wyobrażasz sobie? Dziesięć lat razem, a on mówi, że ma mnie dość!

Oczywiście nie mogłam odmówić. Rodzina to rodzina. Ciocia Kława, jej matka, zawsze była dla mnie dobra. A Galka… cóż, Galka jest, jaka jest. Trochę egoistyczna, trochę niedbała, ale w głębi duszy dobra osoba. Tak sobie powtarzałam.

— Chcesz się do mnie wprowadzić tylko dlatego, że nie mam męża? — pytanie wyrwało mi się, zanim zdążyłam je przemyśleć.

Galina omal nie zakrztusiła się kawą.

— Co ty za bzdury wygadujesz?

— Tak tylko pytam z ciekawości. Masz przecież zamężne przyjaciółki. Lenę na przykład. Albo Olgę ze studiów…

— Ira, co to ma do rzeczy? — odstawiła filiżankę tak gwałtownie, że kawa rozprysnęła się na szklanej powierzchni. — Sugerujesz, że cię wykorzystuję?

Milczałam. Co mogłam powiedzieć? W ciągu miesiąca Galina zamieniła moje mieszkanie w… powiedzmy, coś w rodzaju akademika. Każdego wieczoru prowadziła wideorozmowy z przyjaciółkami do pierwszej w nocy. Głośno, ze śmiechem i komentarzami o wszystkich, których znałyśmy. Łazienka była zajęta przez dwie godziny z rzędu — ona nie tylko brała prysznic: robiła sobie maseczki, prała ubrania, suszyła włosy.
 

A wczoraj oznajmiła:

— Słuchaj, przestawmy sofę — bliżej okna. I obróćmy telewizor. Ten układ wydaje mi się trochę chłodny.

Mało przytulny! W mieszkaniu, które urządzałam z taką miłością, gdzie każdy szczegół był przemyślany!

— Galina, nie mam nic przeciwko pomocy — powiedziałam, starając się zachować łagodny ton. — Ale wydaje mi się, że miesiąc to już…

— Miesiąc to co? — zerwała się z kanapy. — Myślałam, że mnie rozumiesz! Nie mam dokąd pójść!

— A praca? Mówiłaś, że mają cię zatrudnić…

— Tak, tak! Ale dopóki nie dostanę wypłaty, nie mogę nic wynająć! Czy chcesz, żebym mieszkała na ulicy?

No właśnie, ta stara taktyka: najpierw poczucie winy, potem obraza. Galina zawsze tak działała, od dzieciństwa. Pamiętam, jak „zapominała” wziąć pieniądze na lody, a potem obrażała się, że jej ich nie kupiłam.

— Nie to miałam na myśli…

— A co w takim razie? — zmrużyła oczy. — Wiem, o czym myślisz! Że przykleiłam się do ciebie, bo mieszkasz sama i nie masz nikogo, kto wysłucha twoich skarg!

Trafiła w samo sedno. Ale jak mogłabym się do tego przyznać?

Tego wieczoru zadzwoniłam do Swiety, mojej najlepszej przyjaciółki.

— Swieta, ja wariuję…

— Ira, co znowu? — w głosie Swiety było tyle ciepła, że prawie rozpłakałam się na miejscu.

— Galka. Mieszka u mnie od miesiąca, a ja mam wrażenie, że jestem gościem we własnym mieszkaniu.

— To ją wyrzuć.

— Jak mam ją wyrzucić? To rodzina!

— Ira — westchnęła Swieta tak głośno, że usłyszałam to przez telefon — rodzina nie jest pretekstem do życia na cudzy koszt. Nie jesteś domem opieki.

— Ale ona naprawdę nie ma pieniędzy…

— A próba podjęcia pracy nigdy nie przyszła jej do głowy? Czy ma połamane ręce?
 

Wiedziałam, że Swieta ma rację. Galina zawsze potrafiła żyć kosztem innych. Na studiach utrzymywała się ze stypendium, które rodzice załatwili jej po znajomości. Potem przez dziesięć lat była na utrzymaniu Michajłycza — swojego nieoficjalnego partnera. A teraz…

— Wiesz co — ciągnęła Swieta — zapytaj ją wprost: kiedy zamierza się wyprowadzić?

— Już ją pytałam. Mówi, że wkrótce.

— „Wkrótce”, czyli kiedy? Za tydzień? Za miesiąc? Za rok?

— Nie wiem…

— Właśnie. I ona też nie wie.

Po rozmowie ze Swietą długo nie mogłam zasnąć. Przez ścianę Galina oglądała serial — głośno, z komentarzami. Słyszałam jej śmiech, zdania typu: „Co za idiotka!” i „Ale zwrot akcji!”

Wcześniej o tej porze czytałam. Albo po prostu leżałam w ciszy, rozmyślając o swoim życiu. O tym, kim teraz byłam — bez męża, bez jego ciągłych skarg i rozkazów. Wolna.

A teraz…

Rano obudził mnie zapach jajek. Poszłam do kuchni — Galina smażyła śniadanie, nucąc pod nosem.

— Dzień dobry, kochanie! — odwróciła się do mnie z uśmiechem. — Zrobiłam jajka. Z boczkiem!

— Galina, skąd jest boczek?

— Och, kupiłam go wczoraj. Na targu, u tego faceta… Ira, skończyła ci się sól.

— Jaka sól?

— Zwykła sól. Wzięłam ostatnią szczyptę.

Otworzyłam szafkę. Rzeczywiście, solniczka była pusta. Półka z suchymi produktami również — ziała pustką w miejscu, gdzie wcześniej były płatki owsiane i kasza gryczana.

— Galina, mogłabyś…

— Co?

— Kupować własne jedzenie.
 

Spojrzała na mnie tak, jakbym zaproponowała jej sprzedaż nerki.

— Ira, przecież wiesz, że teraz trochę brakuje mi pieniędzy…

— A boczek?

— Ale to nic takiego! Chciałam cię poczęstować!

Boczkiem kupionym za moje pieniądze — te, które „pożyczyła” ode mnie przedwczoraj na „najpotrzebniejsze rzeczy”.

— Wiesz co, pozwól, że zrobię listę tego, czego potrzebujemy, a ty…

— Ira — jej głos stał się błagalny — naprawdę szukam pracy. Jak tylko coś znajdę, zapłacę. I wyprowadzę się. Obiecuję.

„Obiecuję.” Ile razy już to słyszałam?

Trzy dni później wydarzyło się coś, co wreszcie otworzyło mi oczy.

Wróciłam do domu wcześniej — dostałam wolne za nadgodziny. Wchodziłam po schodach, wyciągając klucze, gdy drzwi otworzyły się, zanim zdążyłam włożyć klucz do zamka.

Stała tam Galina — zadowolona z siebie, z kluczami w dłoni.

— Och, Ira! Dzisiaj wróciłaś wcześniej.

— Galina, co to jest? — wskazałam na klucze.

— Ach, to… Dorobiłam sobie duplikat. Dla wygody.

— Dla czyjej wygody?

— No, mojej… To znaczy naszej! — szybko się poprawiła. — A gdybyś kiedyś się spóźniła i musiałabym…

Minęłam ją bez słuchania i weszłam do mieszkania. Na kanapie w salonie leżały jakieś papiery.

— Co to jest?
 

— Och, to formularze do meldunku — rzuciła Galina mimochodem.

— Meldunku? Jakiego meldunku?

— Tymczasowego. Do pracy…

— Galina! — czułam, jak narasta we mnie złość. — Zamierzasz zameldować się pod moim adresem?

— Tymczasowo! — zawołała, unosząc ręce. — Tylko tymczasowo!

— A zapytać mnie wcześniej?

— Och, daj spokój, co to za różnica? I tak mieszkasz sama!

No właśnie. I tak mieszkasz sama. Czyli jestem gospodą. Czyli moje zdanie się nie liczy.

— Wiesz co — usiadłam na kanapie, czując nagle, jak nogi mam jak z waty — bądźmy szczere.

— W czym?

— Ty wcale nie zamierzasz się wyprowadzać. Prawda?

Galina znieruchomiała. Potem powoli osunęła się na fotel naprzeciwko.

— Ira…

— Nie udawaj. Powiedz to jasno.
 

Milczała przez minutę. Potem westchnęła:

— A po co miałabym odchodzić? Dobrze mi tutaj. Tobie przecież nie jest ciasno, masz duże mieszkanie…

— A zapytać mnie o zdanie?

— Myślałam, że będzie ci miło! Przecież samotność jest nudna…

— Ja się nie nudzę! — zerwałam się na równe nogi. — Byłam całkowicie szczęśliwa sama! Wreszcie mogłam żyć tak, jak chciałam!

— Przepraszam, że żyję! — odparła.

— Nie o to chodzi! Mieszkasz tutaj tak, jakby to było twoje mieszkanie! Przestawiasz meble, zapraszasz ludzi bez pytania!

— Jakich ludzi?

— Twoją Lenę? Tę, która wczoraj siedziała w kuchni do drugiej w nocy?

— Ona tylko wpadła!