— Przyjechaliśmy do ciebie na wakacje! — Krewni z walizkami pojawili się na daczy bez zaproszenia.

Ludmiła Siergiejewna ostrożnie ustawiała porcelanowe filiżanki na półce, kiedy usłyszała na podwórku znajomy odgłos silnika. Serce jej podskoczyło: ten dźwięk przeniósł ją do dzieciństwa, gdy ojciec przyjeżdżał swoją starą Wołgą. Teraz tym samym samochodem jeździł jej brat Wiktor.

— Tolia! — zawołała do męża, który krzątał się przy wędkach na werandzie. — Wygląda na to, że mamy gości.

Anatolij Pietrowicz wyjrzał przez okno i ciężko westchnął. Przy bramie rzeczywiście stała niebieska Wołga, a z niej jedna po drugiej wysiadały znajome sylwetki: Wiktor z Iriną, ich syn Dima i córka Nastia. Bagażnik był wypchany walizkami.

— Lusia! — zawołał radośnie Wiktor, machając rękami. — Przyjechaliśmy spędzić u was wakacje!

Ludmiła Siergiejewna poczuła, jak wszystko w niej się napina. Ona i Tolia dopiero co zadomowili się na daczy, którą kupili w zeszłym roku po wielu latach oszczędzania. Mały domek pięćdziesiąt kilometrów od miasta stał się ich oazą spokoju. Tolia mógł wreszcie łowić ryby w miejscowym stawie, a ona zajmować się ogrodem i kwiatami bez miejskiego hałasu.

— Witia, nie mogłeś nas uprzedzić? — powiedziała zdenerwowana, wychodząc na podwórko.

— A o czym tu uprzedzać? — zbył ją brat. — Przecież jesteśmy rodziną! Pomyśleliśmy sobie: są wakacje, dokąd jechać? Nad morze drogo, a nasza kochana siostra ma teraz daczę. Prawda, dzieci? — rzucił do swojej pociechy.

Nastia, trzynastoletnia, wysoka i szczupła, skinęła znużona głową, nie odrywając oczu od telefonu. Dima, o trzy lata młodszy, już biegał po działce, kopiąc piłkę.

— Dima, uważaj! — zawołała Ludmiła Siergiejewna, zauważając, że chłopiec pędzi prosto w stronę kwiatowej rabaty.

Za późno. Piłka wylądowała dokładnie pośrodku rabaty, którą pielęgnowała od dwóch miesięcy.

— Nic się nie stało, Lusia — powiedziała Irina niedbale, obejmując szwagierkę. — Dzieci już takie są. Ale jakie tu powietrze, mój Boże! W mieście człowiek się dusi.

Anatolij Pietrowicz wyszedł na ganek z wymuszonym uśmiechem.

— Dzień dobry. Na jak długo zamierzacie zostać?

— Myśleliśmy, że na tydzień — odpowiedział Wiktor, zaczynając wyładowywać walizki. — Może dłużej, jeśli nam się spodoba. Urlop mam aż do końca miesiąca.

Ludmiła Siergiejewna i Anatolij Pietrowicz wymienili spojrzenia. Tydzień… może dłużej.

— No dobrze — westchnęła gospodyni. — Wchodźcie. Nie spodziewaliśmy się gości…

— Och, daj spokój! — machnął ręką Wiktor. — Nie jesteśmy wymagający. Gdzie będziemy spać?

— W domu są tylko dwa pokoje — zaczęła wyjaśniać Ludmiła.

— Damy radę! Możemy spać na podłodze, na kanapie. Najważniejsze, że macie tu naturę pod samym nosem!
 

Kolejne godziny minęły jak błyskawica. Irina i Nastia zajęły sypialnię, Wiktor rozłożył się w salonie, a Dima dostał składane łóżko na werandzie. Ludmiła Siergiejewna krążyła między kuchnią a ogrodem, próbując nakarmić krewnych, którzy zjawili się bez zapowiedzi.

— A co to za naczynia? — zapytała Irina, oglądając komplet, który Ludmiła starannie ułożyła w kredensie. — Ładne.

— To było po naszej mamie — odpowiedziała gospodyni. — Radziecka porcelana, rzadka. Przywoziłam ją tutaj filiżanka po filiżance, bo bałam się, że coś potłukę.

— Ale po co trzymać to tutaj? Na daczy? — zdziwiła się Irina.

— No cóż, jest ładne. I miło podać gościom coś w pięknej zastawie.

Irina wzruszyła ramionami i wzięła jedną z filiżanek. W tej samej chwili do pokoju wpadł Dima, ścigając wyimaginowanych wrogów z zabawkowym pistoletem.

— Pif-paf! — krzyknął, machając rękami.

Irina podskoczyła i upuściła filiżankę. Ta uderzyła o podłogę i rozbiła się na kilka kawałków.

— Och — powiedziała zmieszana. — Dima, co ty wyprawiasz!

Ludmiła Siergiejewna kucnęła i zaczęła zbierać skorupy. Ścisnęło ją w gardle — to była ulubiona filiżanka ich matki, z serwisu z 1954 roku.

— Lusia, przepraszam — powiedziała Irina z poczuciem winy. — Kupimy ci nową.

— Nic się nie stało — odpowiedziała cicho Ludmiła. — Zdarza się.

Ale w środku aż się gotowała.

Wieczorem dacza zamieniła się w filię kolonii letniej. Dima biegał po całej działce, przewracając wszystko po drodze. Nastia narzekała na słaby internet i domagała się wyjazdu do miasta po „prawdziwe Wi-Fi”. Wiktor i Irina rozłożyli się na leżakach i omawiali plany na następny dzień.

— Tolia, zabierzesz nas jutro na ryby? — zapytał Wiktor szwagra. — Przywiozłem wędki.

Anatolij Pietrowicz skinął głową, choć planował następnego dnia posiedzieć samotnie nad stawem z wędką.

— A ty zabierzesz mnie do lasu na grzyby, Lusia? — zapytała Irina. — Zawsze marzyłam o zbieraniu grzybów, ale gdzie je znaleźć w mieście?

— Oczywiście — uśmiechnęła się Ludmiła, w myślach żegnając się ze swoimi planami.

— Super! — zawołał Wiktor. — A wieczorem zrobimy szaszłyki! Tolia, masz grilla?

— Mam.

— A mięso? Myślałem, że kupiliście wcześniej…
 

Anatolij chciał powiedzieć, że spodziewali się zwykłego weekendu, a nie tygodniowej uczty, ale przemilczał to.

— Jutro pojadę do sklepu — obiecał.

— Doskonale! — rozpromienił się Wiktor. — Wiesz, Tolia, Irka i ja od wieków nie odpoczywaliśmy naprawdę. Od trzech lat nie widzieliśmy się porządnie. Zajmiecie się nami trochę, prawda?

Ludmiła poczuła znajome rozdrażnienie. Z Wiktorem zawsze tak było — miał talent do przedstawiania swoich zachcianek jako czegoś oczywistego. W dzieciństwie „pożyczał” jej zabawki, a potem zapominał je oddać.

Kolacja była głośna. Dima rozmazywał keczup po białym obrusie, Nastia narzekała na prostą wiejską kuchnię i domagała się frytek, Wiktor opowiadał dowcipy, a Irina planowała wyprawę na grzyby.

— Co tam jest, za lasem? — zapytała, wskazując przez okno.

— Jest jezioro — odpowiedziała Ludmiła. — Ale prywatne; nie wolno się tam kąpać.

— I co z tego, że prywatne! — machnął ręką Wiktor. — Kto się dowie? Dzieci mogą popływać, nikt nie zobaczy.

— Witia, tam są strażnicy…

— Och, nie bądź taka poważna. Żyje się tylko raz!

Po kolacji goście wreszcie rozeszli się do swoich pokojów. Ludmiła i Anatolij zostali w kuchni, żeby pozmywać naczynia.

— No i co o tym myślisz? — zapytał cicho Tolia.

— A co mogę zrobić? — odpowiedziała zmęczona żona. — To mój brat.

— Tydzień… — Anatolij pokręcił głową. — Może dłużej.

— Może nie wytrzymają tutaj. W końcu są z miasta.

Ale ta nadzieja okazała się płonna. Rano Wiktor z entuzjazmem zabrał się za reorganizowanie ich życia. Przestawił meble w salonie „dla większej wygody”, znalazł w komórce stare składane łóżko i ustawił je na zewnątrz — „na zdrową drzemkę na świeżym powietrzu”. Irina poprzestawiała wszystkie garnki w kuchni i zdążyła nawet doradzić Ludmile, jak najlepiej robić okroszkę.

— Wiesz, Lusia, robisz ją na kefirze, ale trzeba kupić prawdziwy kwas. Pójdziemy do sklepu, pokażę ci który.

Ludmiła robiła okroszkę na kefirze od trzydziestu lat, ale milczała.

Wyprawa na ryby stała się udręką. Wiktor bez przerwy zmieniał miejsce, komentował wszystko na głos i płoszył ryby. Anatolij siedział z wędką i marzył o ciszy.

— Są tu w ogóle ryby? — zapytał Wiktor po pół godzinie. — Może powinniśmy iść gdzie indziej?

— Tutaj jest dobrze, trzeba tylko robić mniej hałasu — odpowiedział Tolia.

— Daj spokój! Ryby nie są aż tak płochliwe. Popatrz — kaczki pływają i wszystko jest w porządku.

Ostatecznie po trzech godzinach złowili tylko małego karasia i od razu wypuścili go z powrotem do wody.
 

Zbieranie grzybów również zmieniło się w przygodę. Irina wzięła plastikowe reklamówki zamiast koszyków, bez przerwy krzyczała do dzieci: „nie oddalajcie się”, a co pięć minut pytała, czy grzyb, który znalazła, jest jadalny.

— A ten? A ten? A ten ładny z czerwonym kapeluszem?

— To muchomor — cierpliwie wyjaśniła Ludmiła.

— A dlaczego nie można go wziąć? Jest taki kolorowy!

Pod koniec tygodnia Ludmiła i Anatolij czuli się wyczerpani. Ich spokojna dacza zamieniła się w przystanek przejściowy. Każdy dzień wymagał nowych rozrywek, zakupów i gotowania. Irina złamała ogrodową konewkę, Dima podeptał grządkę z marchewką, a Nastia rozładowała baterię w daczowym radiu, zostawiając je włączone na całą noc.

— Lusia, komary są tu okropne — poskarżyła się Irina przy śniadaniu. — Nie spałam całą noc. Mogłabyś kupić coś przeciwko nim?

— Nudzę się — jęknął Dima. — Możemy pojechać do miasta? Jest tam park rozrywki.

— I dobre połączenie z internetem też by nie zaszkodziło — dodała Nastia.

Tymczasem Wiktor planował już drugi tydzień:

— Wiesz, Tolia, może powinniśmy postawić tu altankę? Kupię materiały w mieście, a w weekend razem ją zmontujemy. Nie ma tu porządnego miejsca do siedzenia.

Ludmiła spojrzała na męża i zobaczyła w jego oczach to samo rozpaczliwe zmęczenie, które czuła sama. Wieczorem, gdy goście wreszcie się uspokoili, małżonkowie wyszli na ganek.

— Tolia — powiedziała cicho żona — ja już nie mogę.

— Ja też nie. Ale co zrobimy? Przecież nie możemy ich wyrzucić.

— A gdyby tak… — Ludmiła zamyślona spojrzała w gwiazdy. — A gdybyśmy zachorowali?

— Jak to?

— Udawać, że jesteśmy chorzy. Wtedy sami wyjadą.

Anatolij uśmiechnął się pod nosem.

— A na co mielibyśmy zachorować?

— Na coś zaraźliwego. Coś, czym dzieci mogłyby się zarazić.

Omawiali plan do późnej nocy. Rano wszystko było już ustalone.

Ludmiła wstała przed wszystkimi i zaczęła celowo głośno kaszleć w kuchni. Kiedy Irina zapytała, co jej jest, położyła rękę na czole.

— Źle się czuję. Chyba mam gorączkę.

— Mnie też boli głowa — dodał Anatolij, wchodząc do kuchni. — I mam jakiś suchy kaszel.

— A mnie wszystko swędzi — dodała Ludmiła, ostentacyjnie drapiąc się po ramieniu. — Może coś złapaliśmy wczoraj w lesie.

Wiktor zmarszczył brwi.

— Może powinniście iść do lekarza?

— Jaki lekarz tutaj — westchnęła Ludmiła. — Do przychodni jest półtorej godziny drogi.

— Słuchaj — zaniepokoiła się Irina — nie sądzisz, że to może być coś zaraźliwego? Mam dzieci…

— Nie wiem — odpowiedziała gospodyni zamyślonym tonem. — Może być.

W południe „chorzy” leżeli już w łóżku, od czasu do czasu kaszląc i skarżąc się na swędzenie. Ludmiła narysowała sobie nawet czerwone plamy na rękach — „wysypkę po nieznanej chorobie”.

— Mamo, a jeśli to ospa wietrzna? — zaniepokoiła się Nastia. — Nigdy nie chorowałam na nią w dzieciństwie.

— Albo grzybica — dodał Dima. — Jeden chłopak z klasy Sierioży miał grzybicę i trafił do szpitala.
 

Irina biegała po domu, co jakiś czas zaglądając do „chorych” i targana wątpliwościami. Wiktor próbował zachowywać dobrą minę, ale i on rzucał niespokojne spojrzenia w stronę dzieci.

— Słuchaj — powiedziała w końcu Irina — może nie powinniśmy ryzykować? Dzieci są małe, jeśli coś złapią…

— Tak — przytaknął Wiktor. — Zwłaszcza że Dima niedługo zaczyna szkołę. Jeśli zachoruje, opuści początek roku.

Wieczorem walizki stały już w korytarzu.

— Lusia, przykro mi, że tak wyszło — powiedziała Irina skruszonym tonem. — Zostalibyśmy, żeby pomóc, ale dzieci…

— Oczywiście, jedźcie — odpowiedziała Ludmiła słabym głosem. — Nie ma sensu ryzykować.

— Wracajcie do zdrowia — powiedział Wiktor na pożegnanie. — Dzwońcie, jeśli będziecie czegoś potrzebować.

Niebieska Wołga zniknęła za zakrętem, zostawiając za sobą obłok kurzu. Ludmiła i Anatolij stali przy bramie, patrząc, jak samochód odjeżdża.

— No cóż — powiedział Tolia. — Jesteśmy wolni.

— Wreszcie — odetchnęła jego żona.

Obeszli działkę, robiąc spis szkód. Podeptane rabaty, złamana konewka, tłuste szpikulce po szaszłykach zostawione na drewnianym stole… Ale dacza znów należała do nich.

— Wiesz — powiedziała Ludmiła, zmywając wodą micelarną ostatnie ślady swojej „choroby” z rąk — całkiem dobrze nam poszło.

— Oj tak — uśmiechnął się Anatolij. — Prawie jak prawdziwi aktorzy.

Usiedli na werandzie i po raz pierwszy od tygodnia naprawdę się odprężyli.

Wieczorna cisza otulała daczę; gdzieś w stawie plusnęła ryba, a w trawie cykały koniki polne.

— A może jutro rano pójdziemy na ryby? — zaproponował Tolia.

— A ja doprowadzę rabaty do porządku — skinęła głową Ludmiła.
 

Siedzieli w milczeniu, rozkoszując się spokojem.

Dacza znów stawała się ich domem, ich cichym schronieniem z dala od zgiełku.

A następnym razem, jeśli krewni nagle postanowią przyjechać bez zapowiedzi, będą mieli już gotowy plan obrony.