Starając się nie hałasować, dwudziestosiedmioletnia Elizawieta Andriejewna Malinkina szła korytarzem w stronę pokoju Alisy — pokoju czternastoletniej córki właścicieli. Musiała upewnić się, że dziewczyna śpi, zanim wreszcie sama pozwoli sobie zasnąć.
Od dwóch tygodni Liza zastępowała swoją starszą siostrę Antoninę, która zachorowała podczas urlopu, w posiadłości miliardera Woropajewa. Jej rodzina potrzebowała tych pieniędzy; nigdzie indziej w okolicy nie płacono tak dobrze. Antonina miała dwoje dzieci — czternastoletnią Marinę i sześcioletniego Wanię — a Liza nie mogła pozwolić, by siostra straciła pracę.
Obowiązki były proste: utrzymywać wszystko w nieskazitelnej czystości i, najlepiej, pozostawać niewidzialną dla właścicieli. Był jednak jeden warunek — w noce, kiedy Aleksiej Woropajew i jego narzeczona Anżelika byli poza domem, Liza musiała nocować na miejscu. W przeciwnym razie córka Aleksieja Anatolijewicza, Alisa, zostawałaby sama w ogromnym domu, a kwatery personelu znajdowały się na samym końcu posiadłości.
W połowie schodów Liza usłyszała, że ktoś płacze. Spojrzała na zegarek — trzecia nad ranem.
— Znowu? Ciągle łzy… to nie może być normalne — wyszeptała.
Zebrała się na odwagę i zapukała. Coś w tym dźwięku podpowiadało jej, że to nie była błahostka. Przy tak bogatym życiu, co mogło sprawiać, że dziecko tak płakało?
Antonina ostrzegła ją jednoznacznie: „Nie pokazuj się właścicielom” — ale Liza mimo wszystko nacisnęła klamkę. Zamiast stać na korytarzu i nasłuchiwać, szeroko otworzyła drzwi i weszła do środka.
— Co ty tutaj robisz?! Kto pozwolił ci wejść? Wynoś się natychmiast, bo zawołam ochronę! — krzyknęła Alisa, rzucając w gospodynię poduszką.
Liza złapała ją w locie i odrzuciła. Poduszka trafiła dziewczynę prosto w głowę.
— Jak śmiesz! Powiem ojcu i zostaniesz wyrzucona!
— To niech mnie wyrzuci — powiedziała Liza z nutą sarkazmu w głosie. — W tym domu i tak nie da się żyć. Nawet w nocy nie ma ciszy. Ktoś ciągle płacze. Ciekawe kto? Ach tak, ty. To dlatego, że tata zdjął z nieba niewłaściwą gwiazdkę? Czy może złamał ci się akrylowy paznokieć?
Alisa znów wybuchnęła płaczem.
— Nic nie rozumiesz! Gdybyś wiedziała, jak bardzo cierpię!
— Och, rozumiem — odpowiedziała spokojnie Liza. — To musi być piekło. Gdyby w wieku czternastu lat woził mnie do szkoły szofer, też bym płakała.
— Dlaczego? — zapytała Alisa, zbita z tropu.
— Bo my po lekcjach chodziliśmy pływać, jesienią zbieraliśmy grzyby, jedliśmy lody w kawiarni. A ty? Nikt nie przychodzi. Nie masz z kim porozmawiać.
Liza ruszyła w stronę drzwi, ale Alisa nagle powiedziała:
— Jak zdobywa się przyjaciół? Ja ich nie mam.
— Żadnego? — Liza zatrzymała się, zaskoczona.
— Ani jednego. Miałam mamę. Potem moi rodzice się rozwiedli. Wysłali mnie na naukę za granicę, zachorowałam, a tata sprowadził mnie z powrotem.
— Dlaczego jesteś z ojcem, a nie z matką? — zapytała Liza, czując znajomy ból ściskający jej pierś.
— Mama nie chce mnie widzieć. Ma nową rodzinę — męża i małe dzieci.
— Sama ci to powiedziała?
— Nie. Dawno jej nie widziałam. Tak mówi tata — westchnęła Alisa.
— Twój ojciec jest idiotą — wypaliła Liza, nie mogąc się powstrzymać. — Tylko skończony egoista może powiedzieć coś takiego własnemu dziecku.
— Mówisz o mnie? — rozległ się głos od wejścia.
Obie zamarły. Do pokoju wszedł mężczyzna po trzydziestce.
— Tato… już wróciłeś? — zaszczebiotała Alisa, wsuwając się pod kołdrę.
— Przestań nazywać Anżelikę pudlem — powiedział Woropajew surowo, po czym zwrócił się do Lizy: — Kim jesteś i co robisz w pokoju mojej córki?
— Jestem gospodynią. Chciałam tylko sprawdzić, czy śpi — powiedziała Liza, nagle czując się nieswojo.
— Powiedziano ci: masz słuchać pod drzwiami, nie wchodzić. Jeśli jest problem, budzisz Tamarę Pietrowną. Nie wchodzisz.
— Tak — Liza spuściła wzrok, nie chcąc zdradzić Alisy. — Powiedziano mi.
— Jesteś zwolniona — powiedział chłodno Aleksiej, podchodząc do łóżka.
Liza stała jak wryta, nie wiedząc, gdzie się podziać, upokorzona i już przerażona myślą, jak wyjaśni to Antoninie.
Odwrócił się.
— Nadal tu jesteś? Wyjdź. Zostałaś zwolniona.
— Tato, nie, to nie jej wina — zawołała Alisa. — To ja poprosiłam ją, żeby weszła. Miałam okropny koszmar.
— Dobrze — powiedział po chwili. — Tym razem przymknę na to oko. Ale jeśli jeszcze raz zobaczę cię w pobliżu mojej córki, robisz to na własne ryzyko.
Liza uciekła do swojego pokoju z płonącymi policzkami. Co za katastrofa. O mało nie zepsuła wszystkiego dla siostry. Przysięgła sobie, że już nigdy nie postawi nogi w pokoju Alisy.
Kiedy zapadała w sen, Liza myślała o swojej starszej siostrze, Antoninie Griniewej — najdroższej jej osobie na świecie, starszej od niej o osiem lat. Przypomniała sobie lata, gdy ich ojciec jeszcze żył, rodzina była zjednoczona, a matka troskliwa. Potem ojciec zachorował, trafił do szpitala w mieście i nigdy nie wrócił.
Matka opłakiwała go — a potem pogrążyła się w alkoholu. Liza miała trzynaście lat. Nie chciała zostać z matką i jej nowym mężem, Jurijem Żukowem, i ciągle uciekała do domu po zmarłym ojcu. Sprowadzano ją z powrotem; uciekała znowu.
Pewnego razu wsiadła do pociągu, by wyjechać trzysta kilometrów dalej. Policja ją odnalazła i przywiozła z powrotem, i wtedy wkroczyły służby społeczne.
Antonina właśnie urodziła swoje pierwsze dziecko, Marinę, gdy powiedziała do męża:
— Sasza, weźmy Lizę do siebie. Mała przepadnie, jeśli tego nie zrobimy.
Aleksander — pilot zakochany w niebie — zgodził się, obiecując nawet, że będzie częściej w domu przy Toni, choć nigdy nie potrafił całkowicie zrezygnować z latania. Tonya nieustannie martwiła się, gdy był na służbie. Ale uratowała Lizę przed chaosem matczynego domu. Matka nie protestowała; wolność jej odpowiadała, a Liza była dla niej „problemem”.
Oddając młodszą córkę, matka niemal westchnęła z ulgą i wróciła do swojego beztroskiego życia. Liza w końcu miała szczęście — u Antoniny znalazła ciepło, uwagę, stabilność i wsparcie.
Stopniowo Liza się uspokoiła, jej oceny się poprawiły, a radość wróciła. Po szkole biegła do domu nie tylko po to, by się uczyć, ale też by pomagać ukochanej siostrze. Nigdy nie odwiedzała matki — choć ta mieszkała zaledwie kilka ulic dalej. Rana była zbyt głęboka. Nocami opłakiwała ojca, niezastąpionego.
Ukończyła szkołę ze srebrnym medalem i wyjechała na uniwersytet. Z dyplomem prawa w ręku w ciągu trzech lat trafiła do adwokatury i szybko dała się zauważyć — błyskotliwa, obiecująca, skrupulatna. Ogromny wpływ na jej rozwój miał Naum Jakowlewicz Goldman, jeden z najlepszych adwokatów w regionie. Był mentorem, oparciem — a nawet kimś więcej: rodziną.
Kiedyś miał córkę, ale po rozwodzie rodzina wyjechała do Kanady i więź się urwała. On został w Rosji i z czasem zaczął postrzegać Lizę jak duchową córkę. Dla wielu był legendą; dla Lizy — geniuszem o delikatnej duszy.
Wiedziała, jakie ma szczęście, ucząc się u takiego mistrza. Jego jedynym smutkiem była samotność, a ona stała się jego pocieszeniem. Nawet przypominała mu własną córkę; nazywał ją „moim dzieckiem” z czułą dumą.
Poznali się, gdy została wybrana na stażystkę. Po otwarciu własnej kancelarii utrzymała ich przyjaźń — stałą, rodzinną.
— Nigdy cię nie zostawię, Naumie Jakowlewiczu. Nawet na to nie licz — mawiała, odwożąc go do daczy.
— Moja mała, poradzę sobie sam — burczał, z rozbawieniem w oczach. — Po co ten pośpiech?
— Ubieraj się — rzucała. — Czekam w samochodzie. Gdzie są twoje rzeczy?
— Sam je przygotuję. Jestem przecież mężczyzną, nie? Chcesz, żebym połknął walizkę? Będę szybki; i tak zdążysz mnie skarcić.
Tak wyglądała ich codzienność — dwoje ludzi bliższych sobie niż krewni. Zmienił nawet testament, zapisując jej połowę swojego majątku — choć Liza nic o tym nie wiedziała i nigdy nie szukała fortuny. Wystarczała jej jego obecność. Przy nim czuła się jak w dzieciństwie przy ojcu — spokojna, chroniona, bezpieczna.
Bał się dnia, w którym wyjdzie za mąż i oddali się od niego. Przeżył już utratę córki; nie sądził, że zniósłby kolejne rozstanie. Nigdy jednak o tym nie mówił.
Rozstawali się tylko podczas corocznych wakacji, kiedy Liza wyjeżdżała do siostry. Antonina wspierała ją przez tyle lat; teraz Liza próbowała odwdzięczyć się jej czasem i troską.
Mogła już pozwolić sobie na luksusowe podróże; zawsze wybierała dom Toni. Wdzięczność też była celem podróży.
Namawiała Tonię, by przeprowadziła się do miasta, żeby mogły wynająć duże mieszkanie i razem wychowywać dzieci. Ale Antonina odmawiała. Czekała na męża, pilota śmigłowca Aleksandra Griszyna, który zaginął, gdy jego maszyna rozbiła się pięć lat wcześniej. Ciała nigdy nie odnaleziono; uznano go za zmarłego.
Tonya nie chciała w to uwierzyć.
— Nie wyjadę, Lizonko. A jeśli Saszeńka wróci? Jak znajdzie nas w mieście?
— Zostawimy kartkę z adresem — żartowała Liza, przełykając gorycz.
Podziwiała tę zawziętą lojalność, ten uparty rodzaj miłości — choć bała się mijających lat. Tonya wciąż czekała; życie toczyło się dalej.
Siemion Kraczkow uparcie zabiegał o Tonię. Ona zawsze odmawiała.
— Jak mogę wyjść ponownie za mąż, skoro mój mąż żyje? Nikt nie widział ciała. On wróci.
I tak Griszynowie zostali we wsi. Kiedy Marina skończy szkołę i pójdzie na uniwersytet, Liza zamierzała wziąć ją pod swoje skrzydła. Do tego czasu przyjeżdżała w święta, niektóre weekendy i każde wakacje.
To właśnie podczas jednych z takich wakacji Liza przybiegła z pomocą. Antonina cierpiała od trzech dni, ale nie mogła pozwolić sobie na opuszczenie pracy — była gospodynią u miliardera Woropajewa. Bogate rodziny lubiły ukrywać się z dala od miasta, kupując ziemię, budując posiadłości i zatrudniając miejscowych. Wieś była blisko; dziesięć minut rowerem.
Liza dogadała się z personelem, by zastąpić siostrę i utrzymać swoją tożsamość w tajemnicy. Właściciele i tak nigdy by tego nie zauważyli; większość pracowników była dla nich niewidzialna. Zasada była prosta: być niewidzialnym.
Wcześniej nie było tak rygorystycznie. Potem pojawiła się Anżelika i wszystko się zmieniło. Narzeczona nie miała cierpliwości do ludzi, którzy nie mieli siedmiocyfrowych kwot na koncie. Gardziła służbą i w ogóle nie chciała jej widzieć.
Sprzątanie musiało odbywać się, gdy rodziny nie było w domu; jeśli pojawiał się właściciel, personel miał zniknąć.
— Mamy poruszać się jak cienie? — zażartowała Liza, gdy usłyszała to po raz pierwszy.
— Mniej więcej — westchnęła wieloletnia gospodyni, Tamara Pietrowna. — Wszystko przez Anżelikę. Jeszcze nie jest żoną, a już wydaje rozkazy.
— Narzeczona to znaczy gość — zauważyła sucho Liza. — Goście mogą prosić; nie rozkazują.
— To prawda — powiedziała Tamara — ale nikt nie chce kłopotów. Woropajew dał jej pierścionek; ślub już niedługo.
— Pasuje mi — uśmiechnęła się Liza. — Nikt mnie nie zna, więc nikt się nie dowie, że zastępuję Tonię.
— Więc chowaj się, jeśli ją zobaczysz — ostrzegła Tamara. — Jesteś za młoda i za ładna na to miejsce. Nawet twoja siostra jest młoda jak na służącą — jest w wieku pana Woropajewa. A ty jesteś jeszcze młodsza.
— Ona naprawdę jest aż tak zazdrosna? — pomyślała Liza.
— Oj tak — parsknęła Tamara. — Zwolniła nawet biedną Maszę Grienkinę — a Masza wcale nie jest pięknością. Ale Anżelika zna wszystkie kobiece sztuczki. Mówią, że była eskortą. Teraz próbuje się ustatkować — czterdziestka nadchodzi. — Gospodyni zniżyła głos do szeptu.
Wszyscy plotkowali, Liza to zauważyła — ale nigdy poza posiadłością. Złamanie tej zasady oznaczało zwolnienie wszystkich, nie tylko winowajcy. Praca była zbyt dobra, by ryzykować.
— Dlaczego Aleksiej Anatolijewicz miałby poślubić kogoś takiego? — zapytała Liza.
— Jest sprytna — powiedziała Tamara. — Sprytna jak lis. Lata w „hotelarstwie” nauczyły ją dobrych manier przy stole. Mówi po angielsku, śledzi wiadomości, potrafi rozmawiać o polityce, modzie, sztuce. Publicznie dobrze się prezentuje. Teraz rozumiesz.
— Nie bardzo — powiedziała Liza.
— Posłuchaj, on po Werze, swojej pierwszej żonie, nigdy naprawdę nie kochał. Widziałam tu wiele kobiet, ale tylko przy Werze jego twarz się rozświetlała. Inne… nic. Anżelika jest dla wizerunku. Kupuje jej biżuterię, pokazuje ją światu. Mężczyzna taki jak Woropajew potrzebuje żony.
— Żonaty mężczyzna uspokaja partnerów biznesowych — podsumowała Liza. — Kawaler nie wzbudza zaufania. Więc kupuje rolę.
— Można tak powiedzieć — przytaknęła Tamara. — On płaci, my cierpimy. A Alisa jej nie znosi — dodała z grymasem.
— Dlaczego on i matka Alisy się rozstali? Dziewczyna cierpi.
— Wera nie znosiła tej złotej klatki. On ją kochał — zalewał ochroną — ale nigdy nie miał czasu. Wracał, kiedy spała, wychodził, zanim się budziła. Potem wysłał Alisę do Europy i wtedy Wera naprawdę przygasła.
— Poznała innego mężczyznę — angielskiego malarza, Jacka — bogatego i sławnego. Spotkali się na rosyjskiej wystawie, gdzie kupił kilka obrazów. Wracał do Rosji kilka razy; widywali się w pracowni, którą kupił jej Aleksiej.
— Pewnego ranka przy śniadaniu powiedziała, jakby nigdy nic: „Lesza, odchodzę”.
— „Dlaczego?” — zapytał osłupiały.
— „Zakochałam się”.
Teraz Wera mieszka w Londynie z Jackiem. Po rozwodzie Aleksiej zabrał Alisę z Europy i umieścił ją w rosyjskiej szkole. Zakazał Werze jakiegokolwiek kontaktu z dzieckiem — i tak jest do dziś.
Dziewczyna się nie przystosowała. Minęły trzy lata od jej powrotu, a ona nadal nie potrafi nawiązać kontaktu z rówieśnikami. Zamknięta w sobie. Cały ból skierowała do środka. Rozłąka z matką głęboko ją zraniła.
— W jego sercu tkwi uraza — westchnęła Tamara. — Ale cenę płaci jego córka.
— Jest pani psychologiem pod przykrywką — uśmiechnęła się Liza.
— Bzdury. Jestem po prostu stara i spostrzegawcza. I powiem ci jeszcze jedno… — Przechyliła głowę. — Ty nie jesteś jedną z nas. Nie z tego krzaka jagoda.
— Co ma pani na myśli?
— Jesteś wykształcona, inna — zbyt wyrafinowana, by szorować podłogi. Twoja siostra to prosta dusza. A ty — kim naprawdę jesteś?
Liza nie zamierzała mówić więcej.
— Jestem z miasta powiatowego. Tam dorastałam. Studiowałam w mieście. A teraz proszę mi wybaczyć — muszę posprzątać altanę. Będą tam jedli śniadanie.
— Tak! — krzyknęła Tamara. — Co ja robię, tracąc czas? Jeśli Kopiejkin się obudzi, oberwiemy po głowie.
— Kto to Kopiejkin? — zapytała Liza.
— Anżelika — zachichotała Tamara. — Udaje wielką damę, a tak naprawdę to Anżela Wasiljewna Kopiejkin, córka miejscowego zootechnika. Z mojej wsi — Sinkowki. Coś ci to mówi?
— Tak — powiedziała Liza z uśmiechem, chwytając pełne wiadro i ruszając pośpiesznie.
Szła tak szybko, że wpadła prosto na samego pana domu. Wiadro się przechyliło; woda chlusnęła na jego spodnie i buty.
Jego oczy rozszerzyły się. Szybko jednak się opanował.
— Znowu ty. Jedyny powód, dla którego nie zostałaś zwolniona wczoraj wieczorem, to błagania Alisy. Następnym razem cię to nie uratuje. Wynoś się…
— Bardzo przepraszam — wyjąkała Liza, wyciągając z fartucha szczotkę i próbując zebrać kałużę.
— Zwariowałaś? Wodę zbiera się szczotką? — wybuchnął. Odwrócił się, by pójść się przebrać, ale nagle się rozmyślił. — Powiedz mi, jak długo jesteś gospodynią? Wygląda, jakbyś zupełnie się na tym nie znała.
— Nie… znam się! Sprzątam od dzieciństwa. Mam duże doświadczenie. — Serce waliło jej jak młotem. Jeśli teraz straci tę pracę…
— Imię?
— Liza.
— Dobrze, Lizo. Pracuj dalej. Na razie.
Ruszyła do altany i zabrała się do pracy. Po drodze usłyszała fragment rozmowy — głos Anżeliki, ostry jak szkło:
— Oblała cię wodą? Zwolniłeś ją, kochanie? Dlaczego nie? Gdzie ona jest — sama ją wyrzucę!
Liza nie usłyszała odpowiedzi, ale ton brzmiał przekonująco — spokojnie, uspokajająco.
Kiedy pracowała bez wytchnienia, pojawiła się Alisa.
— Hej. Co robisz?
— Pracuję. Proszę, nie rozpraszaj mnie. Twój ojciec prawie zwolnił mnie dwa razy w ciągu dwunastu godzin. Muszę zatrzymać tę pracę. Naprawdę muszę.
— Dlaczego?
Liza przestała wycierać.
— To tajemnica. Umiesz dochować tajemnicy?
Alisa zarumieniła się.
— Oczywiście.
Nigdy wcześniej nie powierzono jej prawdziwego sekretu. Zawsze odsyłano ją gdzie indziej, gdy rozmowa robiła się poważna.
— Przysięgnij, że nikomu nie powiesz. Nawet podczas tortur.
— Przysięgam.
— Dobrze. Słuchaj uważnie. Tak naprawdę nie jestem tu zatrudniona. Wślizgnęłam się tutaj. Zastępuję siostrę — jest chora i w szpitalu. Mam dwoje siostrzeńców — Marina ma czternaście lat, Pawlik sześć. Marina próbuje się nim zajmować, kiedy ja pracuję, ale odpowiedzialność naprawdę spoczywa na mnie.
Ręce Alisy poruszyły się same; zaczęła pomagać Lizie sprzątać. Po kilku minutach było gotowe, a wspólna tajemnica szybko stworzyła między nimi mocną więź.
— Nigdy cię nie zdradzę — powiedziała Alisa uroczyście, kładąc dłoń na sercu.
— Dziękuję. Jesteś prawdziwą przyjaciółką — powiedziała Liza szczerze.
Słowo „przyjaciółka” głęboko poruszyło Alisę; oczy zaszły jej łzami.
— Naprawdę? Mogę być twoją przyjaciółką?
Liza udała, że się zastanawia.
— Aliso Aleksiejewno Woropajewo, oferuję ci rękę przyjaźni.
Nie wiedziała jeszcze, że znalazła najprawdziwszą przyjaciółkę swojego życia. Alisa nigdy nie miała przyjaciół, ale była bystra, kochała książki i bardzo dobrze rozumiała, czym jest przyjaźń. Podstęp i zdrada były jej obce.
— Zostajesz dziś wieczorem? — zapytała Alisa. — A Marina i Pawlik?
— Tak, przyprowadzę ich wieczorem. Ale nikt nie może wejść do mojego pokoju — jeśli twój ojciec się dowie…
— Mogą zostać z nami. Będziemy pływać, obejrzymy film w kinie, zamówimy pizzę i sushi — Konstantin ugotuje.
— Kto to Konstantin?
— Nasz szef kuchni — roześmiała się Alisa.
— Absolutnie nie. Zwolnią mnie, jeśli to odkryją.
— Niczego się nie dowiedzą. Moja przyjaciółka może chodzić tutaj wszędzie — powiedziała tonem udawanej władczyni. — A ja zajmę się pudlem.
— Jakim pudlem?
— Anżeliką.
Obie wybuchnęły śmiechem.
W tej chwili narzeczona weszła do altany, patrząc z pogardą na Alisę i pokojówkę.
— Aliso, co ty tutaj robisz? Idź do środka. Zawołamy cię, kiedy śniadanie będzie podane. Do tego czasu nie masz tu nic do roboty — zwłaszcza ze służbą.
— Nikt cię nie pytał — odparła chłodno Alisa. — Jesteś tu nikim. Idź zarządzać swoją wsią.
— Ty… Posłuchaj, kiedy przyjdzie mój czas, zatańczysz, jak ci zagram — syknęła Anżelika, z drżącymi ustami i zaciśniętymi pięściami. Wyglądała, jakby zaraz miała rzucić się do ataku — ale wtedy jej wzrok padł na Lizę, która spuściła głowę. W głowie Lizy zabrzmiało ostrzeżenie Tamary: narzeczona bez mrugnięcia okiem wyrzucała młode pokojówki.
Tym razem burza ominęła Lizę. Skorzystała z okazji, by posprzątać apartament główny, kiedy wszyscy jedli. Gdy tylko Aleksiej wyjechał w interesach, dom zaczął tętnić pracą — ogrodnicy, kucharze, ochroniarze, pokojówki — wszyscy pilnowali, by nie rozgniewać pana domu.
Po obchodzie Liza zrobiła przerwę, zadzwoniła do Mariny i Pawlika, dowiedziała się, jak czuje się siostra, i obiecała dzieciom, że wieczorem po nie przyjedzie, by mogły spędzić czas w posiadłości. Pawlik był zachwycony — ich matka nigdy nie pozwalała im wejść do rezydencji.
Gdy skończyła rozmowy, Liza ruszyła do gabinetu Aleksieja. Drzwi były uchylone, co było dziwne — zawsze zamykano je na klucz. Miała klucz od szefa ochrony i po sprzątaniu musiała go oddać.
Zatrzymała się, odstawiła środki czystości i podeszła do szpary. To, co zobaczyła, zaparło jej dech.
Anżelika stała przy sejfie. Wyjmowała dokumenty, fotografowała je, odkładała z powrotem, zamykała drzwi, wycierała metal chusteczką. Zdjęła rękawiczki, schowała telefon, starannie ułożyła papiery na biurku.
Lizie udało się nagrać film i zrobić kilka zdjęć. Kiedy Anżelika skończyła, Liza chwyciła wiadra i przycisnęła się do ściany za rogiem, z walącym sercem.
Chwilę później narzeczona wyszła, zamknęła drzwi na klucz i szybko odeszła. Liza wypuściła powietrze z drżeniem. Wróciła do sprzątania, a kiedy skończyła pracę, obejrzała nagranie, aż ręce przestały jej drżeć. Potem wysłała wszystko Naumowi Jakowlewiczowi. Wymienili serię wiadomości. Liza uśmiechnęła się, pożegnała i przeszła przez korytarz z nowym celem. Będzie dokładnie wykonywać instrukcje mentora.
Kiedy wyjaśniła, co zobaczyła, Goldman westchnął.
— Moje ptaszyno, jak ty to robisz, że zawsze lądujesz w samym centrum skandali?
— Sama nie wiem, Naumie Jakowlewiczu. W nic się nie mieszałam. Tonya zachorowała, musiałam ją zastąpić, inaczej straciłaby pracę. A narzeczona… to trucizna. Nie wyobrażasz sobie. Wyrzuca młode pokojówki dla zabawy. Personel musi być bez skazy — jak roboty.
— Woropajew… Aleksiej Anatolijewicz? — zapytał Naum, zaskoczony.
— Tak. Znasz go?
— I to dobrze. Od lat prowadziłem sprawy jego rodziny. Jego ojciec, Anatolij Michajłowicz, był porządnym człowiekiem. Reprezentowałem go jeszcze w latach osiemdziesiątych. Znam Aleksieja od dziecka. Więc jesteś u niego?
— Tak.
— Słuchaj uważnie. Nie działaj sama. Sprawdzę Anżelikę swoimi kanałami, a potem zdecydujemy. Obiecuję, to nie potrwa długo. Wytrzymasz kilka dni?
— Oczywiście — powiedziała Liza z ulgą.
W ten weekend, gdy Aleksiej i jego narzeczona wyjechali do Soczi, Liza przyprowadziła Marinę i Pawlika; razem z Alisą urządzili prawdziwe święto — gry, śmiech, radosny chaos zwykłego szczęścia. Późno w nocy, gdy dom ucichł, Liza zajrzała do pokoju Alisy. Dziewczynka wreszcie spała — głęboko i spokojnie. Liza zrozumiała, jak ciężko żyło się jej tutaj, z ojcem wiecznie nieobecnym i lodowatą narzeczoną. Dziecku brakowało nie przepychu, lecz uwagi, troski i miłości.
Liza postanowiła, że nawet kiedy to wszystko się skończy, pozostanie w życiu Alisy. Po latach chciała móc powiedzieć: „Znam Alisę Aleksiejewnę od dzieciństwa. Byłam przy niej, kiedy życie było trudne”.
Uśmiechając się na tę myśl, natknęła się na Aleksieja w korytarzu.
— Znowu ty? — powiedział zaskoczony.
— Co pan tu robi? — zapytała przerażona — jej siostrzeńcy spali w jej pokoju, a salon wciąż był w nieładzie po ich improwizowanej zabawie.
— Mieszkam tutaj — odpowiedział z lekkim śmiechem. — I wygląda na to, że ty też. To już drugi raz, kiedy znajduję cię błąkającą się nocą po korytarzach.
— Przepraszam — powiedziała Liza, również się uśmiechając. — Chciałam tylko sprawdzić, czy Alisa śpi.
— I?
— Śpi. Po raz pierwszy od dawna — spokojnie i bez lęku.
— Co zrobiłaś? — zapytał, a przez jego zwykłą rezerwę przebiła szczera ciekawość. — Od lat źle sypia.
— Zostałam jej przyjaciółką — powiedziała po prostu Liza.
— Chodź do mojego gabinetu — powiedział. — Musimy porozmawiać o mojej córce. Nie ma sensu stać o tej porze na korytarzu.
Weszli do środka. Zaproponował jej wygodny fotel i coś do picia.
— Jeśli mogę spytać… dlaczego już pan wrócił? Czy pańska narzeczona nie jest w Soczi?
— Problem zawodowy — powiedział. — Ktoś uzyskał dostęp do poufnych informacji. Oleg Zaporożnikow — stary przyjaciel i rywal. W jakiś sposób złożył nasz projekt przed przetargiem.
— Uważa pan, że personel nie nadąży za rozmową? — zapytała Liza, urażona.
— Nie to miałem na myśli — powiedział szybko. — Wybacz. — Zamilkł na chwilę. — A co do Anżeliki… Nienawidzę, kiedy zwalnia ludzi bez powodu. Ale wkrótce będzie panią domu, a takie decyzje nie będą już należeć do mnie.
— Więc dlaczego chce się pan z nią ożenić, skoro jej pan nie kocha? — zapytała Liza, rumieniąc się, ale wytrzymując jego spojrzenie.
— To nie kwestia miłości. Potrzebuję kobiety, która potrafi odegrać rolę — pani Woropajew.
— To błąd — powiedziała cicho. — Nie można żyć bez miłości. Kochać dziecko, żonę, ojczyznę — bez miłości, jaki to ma sens?
— Nie umiem kochać — powiedział gwałtownie. — Ci, których kochałem, odeszli. Była żona, którą kochałem głęboko, zostawiła mnie. Może kocham źle. Nawet moja córka…
— To niech się pan nauczy — powiedziała Liza. — Ale nie z Anżeliką. Ona pana wydrenuje. Nie kocha pana tak, jak pan sądzi.
Spojrzał na nią uważnie.
— Mogłabyś mnie nauczyć?
Liza zarumieniła się — i wtedy drzwi się otworzyły. Weszła zaspana Alisa.
— Liza, szukałam cię. Byłam w twoim pokoju, ale cię tam nie było.
Przytuliła się do Lizy i po kilku minutach zasnęła.
— Więc nadal nie porozmawialiśmy — uśmiechnęła się Liza. — Powiesz mi, dlaczego zostawiłeś narzeczoną samą i wróciłeś?
— Niech zostanie sama — powiedział. — Mam kryzys. Projekt zbudowany przez mój zespół został skompromitowany. Konkurent złożył moją propozycję jako pierwszy. Nie rozumiem, jak to możliwe. Wśród personelu nie ma zdrajców.
— Jutro zbiorę radę. Pojutrze przyjedzie mój prawnik. Jeśli będę musiał zamknąć projekt, zrobię to. Pójdziemy dalej.
— Zastanów się, kto o nim wiedział — powiedziała cicho Liza. — Kto mógł na tym zyskać.
Ona już wiedziała, ale obiecała Naumowi zachować tajemnicę.
W niedzielny poranek Liza zabrała dzieci do szpitala, żeby odwiedzić Antoninę. Siostra czuła się już prawie dobrze; lekarze planowali wkrótce ją wypisać. To oznaczało, że pobyt Lizy w willi dobiegał końca.
Ta myśl ją ukłuła. Nie chciała odchodzić. Aleksiej stał się… interesujący, bliski. I wyraźnie widział w niej kogoś więcej niż zwykłą służącą. Ale jak obiecująca adwokatka mogłaby porzucić karierę, by dalej szorować podłogi? Ta myśl ją rozbawiła.
Po szpitalu Alisa błagała, by wszyscy poszli na plażę. Liza się zgodziła. Twarz Alisy rozświetliła się zachwytem. Nigdy nie jadła waty cukrowej, nigdy nie jechała diabelskim młynem, nigdy nie pływała w rzece. Podróżowała po Europie i znała luksus, ale zwykłe radości dzieciństwa ją ominęły: skakanie z mostów do chłodnej wody, bieganie przez fontanny, biwaki, pieczenie ziemniaków w ognisku.
— Tego lata pokażę ci wszystko — obiecała Marina. — A jeśli twój tata się zgodzi, spędzimy nawet noc w mieście u Lizy!
— Mieszkasz w mieście? — zapytała Alisa, zaskoczona.
— Oczywiście! — zawołała Marina i natychmiast zasłoniła usta dłonią.
— Naprawdę? — powiedziała Alisa, poruszona.
— To prawda — przyznała cicho Liza. — Mieszkam w mieście i jestem adwokatką. Nie smuć się, przyjaciółko. Będziemy się często widywać. Myślę, że twój ojciec i ja zaczynamy się dobrze dogadywać. Będziesz mnie odwiedzać.
Alisa objęła ją mocno.
— A gdybyś wyszła za tatę — wyszeptała. — Wyobraź sobie.
Liza nie odpowiedziała; tylko się zarumieniła. Ta myśl nie wydawała się już absurdalna. Jeszcze niedawno się go bała. Teraz…
Dzień był wspaniały. Nadszedł wieczór; Liza i jej siostrzeńcy odprowadzili Alisę do domu, a potem wrócili rowerami do wsi. To był pierwszy prawdziwy dzień wolny Lizy od dawna. Jutro — powrót do rezydencji.
Poranek nadszedł zbyt szybko. Budzik ją dręczył; ciągle przesuwała pobudkę. Była wyczerpana — w ciągu tygodnia pracowała więcej niż przez rok, do tego dochodziły nocne sprawdzania Alisy. Spóźniała się. Pedałowała z całych sił, ale i tak dotarła po śniadaniu.
— Gdyby to była moja prawdziwa posada, dawno by mnie wyrzucili — pomyślała.
Alisa czekała na nią na schodach.
— Szybko. Kryłam cię. Tata pytał, gdzie jesteś. Powiedziałam, że pomagasz w kuchni.
— Dziękuję, kochanie — uratowałaś mnie — powiedziała Liza, odstawiając rower i spiesząc do środka.
Przebrała się i weszła z Alisą do salonu — po czym znieruchomiała. Było tam dwóch mężczyzn: Aleksiej i Naum Jakowlewicz.
— Dzień dobry — powiedziała Liza, rumieniąc się.
— Dzień dobry, Lizo — powiedział właściciel z lekkim uśmiechem. — Szukałem cię.
— Byłam w kuchni… sprzątałam, kroiłam… wiesz… — bąknęła, starannie unikając spojrzenia Nauma.
— „Sprzątałam, kroiłam” — prychnął Goldman. — Elizawieto, zaspałaś. Powiedz prawdę.
Aleksiej patrzył to na jedno, to na drugie, kompletnie zdezorientowany.
— Aleksieju Anatolijewiczu — powiedział Naum, połykając tabletkę — pozwól, że przedstawię ci moją partnerkę, uczennicę, przyjaciółkę — i jedną z najlepszych adwokatek w naszym mieście, oczywiście zaraz po mnie: Elizawietę Andriejewnę Malinkinę.
— Przepraszam… to moja służąca… Liza… jakie jest jej nazwisko? — wyjąkał Aleksiej.
— Elizawieta Andriejewna… Malinkina — powiedziała cicho, spuszczając oczy.
Alisa usiadła z zadowolonym uśmiechem kota. Wyglądało na to, że jedyną osobą, która nic nie wiedziała, był jej ojciec.
— Co tu się dzieje? — zapytał Aleksiej, półśmiejąc się.
— Wyjaśnię ci — powiedział Naum. — Liza jest na wakacjach i tymczasowo zastępuje chorą siostrę. To ona przyłapała Anżelikę, jak grzebała w sejfie i fotografowała dokumenty. Nagranie, które ci pokazałem — Liza zrobiła je, gdy „ścierała kurz” w twoim gabinecie. Dzięki niej szpieg, który miał zostać twoją żoną, został zdemaskowany.
W tej chwili weszła Anżelika, ciągnąc walizkę na kółkach, z burzowym wyrazem twarzy.
— Zostawiliście mnie samą — bez helikoptera, bez samochodu, nikt nie odebrał mnie z lotniska. Muszę się dobrze zastanowić, zanim pomyślę o ślubie z tobą, Aleksieju.
— Nie zrobisz tego — powiedział spokojnie. — Spakuj się i odejdź. Zanim wezwę policję.
Wpatrywała się w niego osłupiała.
— Co robi tutaj ta służąca? Dlaczego ona…
Bez słowa Aleksiej nacisnął „play” i położył telefon na stole. W milczeniu oglądała samą siebie. Cała krew odpłynęła jej z twarzy, po czym wróciła gorącą falą; zaczęła krzyczeć — że jest bez serca, że jego córka jest okropna, że jeszcze tego pożałuje.
Odeszła. Zaręczyny zostały zerwane. Aleksiej przegrał przetarg i musiał zamknąć projekt. Ale niemal natychmiast pojawiły się nowe możliwości i, co dziwne, poczuł się lżej. Wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak powinno.
Wkrótce skonsultował się z najlepszą adwokatką w mieście — oczywiście po Naumie. Elizawieta została jego ukochaną — i pozostała najwierniejszą przyjaciółką Alisy. Liza przekonała go, by odbudował most między Alisą a jej matką. Zrobił wszystko, co w jego mocy, by ich spotkania były łatwe i częste.
W sierpniu Wera przyjechała z Londynu. Alisa nie była tak szczęśliwa od lat. A wszystko zaczęło się dzięki Lizie — która przygotowywała dla dziewczyny ostatni prezent: miała zostać jej nową mamą.