— Powinnaś posadzić sadzonki pomidorów wcześniej w tym roku. Ostatnim razem były zbyt wodniste. I koniecznie posadź też więcej słodkiej papryki — przecież wiesz, że Pacha uwielbia leczo. Aha, i czytałam gdzieś, że teraz modne jest uprawianie bakłażanów, więc dla nich też powinnaś przeznaczyć osobną grządkę.
Kobieta znieruchomiała z mokrym talerzem w dłoniach, czując, jak zimna fala irytacji przebiega jej po kręgosłupie. Powoli zakręciła kran, wytarła ręce w ścierkę i odwróciła się do swojej szwagierki, siedzącej przy stole w jadalni tak, jakby była panią domu.
Tamara, siostra jej męża, spokojnie piła herbatę z kandyzowanymi wiśniami, starannie wyławiając owoce ze szklanej miseczki srebrną łyżeczką. Miała na sobie elegancki jedwabny peniuar, a jej świeży manicure błyszczał w świetle kuchni. W sąsiednim pokoju ryczał telewizor — mąż Very, Nikołaj, i mąż Tamary, Paweł, głośno dyskutowali o jakimś meczu sportowym.
Vera miała pięćdziesiąt pięć lat i od dwudziestu lat każdą wiosnę, lato i jesień spędzała niemal zgięta wpół na swoim sześciusetmetrowym warzywniku. Daczę podarowali jej rodzice wiele lat wcześniej, kiedy postanowili opuścić wieś i na stałe przenieść się do wygodnego, ciepłego mieszkania w mieście. Posiadłość była porządna: czysta, zadbana, z solidnym murowanym domkiem, dużą werandą i bogatą, żyzną ziemią.
Na początku Vera zajmowała się warzywnikiem, bo naprawdę sprawiało jej to przyjemność. Lubiła sadzić zioła, zbierać truskawki i uprawiać niewielki zapas naturalnych, zdrowych warzyw. Ale z biegiem lat wszystko się zmieniło — najpierw subtelnie, a potem całkowicie. Rodzina jej męża stopniowo przyzwyczaiła się do traktowania plonów Very tak, jakby należały do nich.
— Tamaro, bakłażany są bardzo wymagające — odpowiedziała Vera, próbując zachować spokój. — Potrzebują szklarni i szczególnej opieki. Po zeszłej jesieni nadal boli mnie kręgosłup. Ledwo zdołałam wykopać ziemniaki.
— Daj spokój, jaki kręgosłup? Nikt z nas nie młodnieje — odparła szwagierka pogardliwym tonem, dopijając herbatę. — Ale przynajmniej wszystko jest domowe, bez chemii! Widziałaś ceny w sklepach? To skandal. A dobrą ziemię zostawić, żeby się marnowała, to byłby grzech. Kolia mówi, że na daczy naprawdę odpoczywa duszą.
Kolia odpoczywa tam duszą, a ja płacę za to własnym ciałem — pomyślała gorzko Vera, nie mówiąc tego na głos.
Wkład Nikołaja w daczę był właściwie niewielki. Wiosną przejeżdżał glebogryzarką po dwóch grządkach, a potem przez resztę lata w weekendy smażył szaszłyki. Tamara i jej mąż byli jeszcze gorsi. Przyjeżdżali tylko wtedy, gdy wszystko było już gotowe. Zjawiali się w sobotę około południa, przywozili mięso i kilka butelek piwa, podkręcali muzykę, opalali się na leżakach, a wieczorem odjeżdżali z bagażnikiem swojego wielkiego SUV-a wypełnionym skrzynkami ogórków, pomidorów, cukinii i jagód.
Tymczasem Vera spędzała każdy weekend na pracy, nie prostując pleców ani na chwilę. Pielenie, podlewanie, podwiązywanie roślin, walka ze szkodnikami i znowu podlewanie. Słońce bezlitośnie prażyło nad jej głową, a mimo rękawiczek jej dłonie stały się twarde i poczerniałe od ziemi. Potem przychodził sezon przetworów. Vera sterylizowała słoiki, robiła marynaty, przygotowywała kompoty i pracowała w dusznym upale swojej małej kuchni tak długo, aż brakowało jej tchu. A najbardziej przykre było to, że zimą Tamara po prostu dzwoniła i mówiła: „Verochka, weźmiemy dziesięć słoików ogórków kiszonych i pięć lecza. Przygotuj je — Pacha wpadnie dziś wieczorem”.
Nie oddawali nawet czystych pustych słoików.
Tego wieczoru, po odprowadzeniu krewnych, Vera długo nie mogła zasnąć. Leżała w ciemności, słuchając równego oddechu Nikołaja, i myślała o tym, że marzec był już bardzo blisko. A to oznaczało, że parapety znów zamienią się w małe plantacje sadzonek. Znowu wszędzie będzie ziemia, plastikowe kubeczki, lampy do doświetlania i ciężkie skrzynki do noszenia do samochodu. I po co? Żeby Tamara krzywiła nos i narzekała na wodniste pomidory?
Następnego dnia córka Very, Dasza, wpadła do niej z wizytą. Mieszkała sama, pracowała jako ekonomistka w dużej firmie i zawsze miała praktyczne podejście do życia. Dasza przyniosła matce piękny tort i paczkę drogiej herbaty liściastej. Usiadły w kuchni, a Vera, nie mogąc dłużej się powstrzymać, zaczęła opowiadać jej o swoich obawach związanych z nadchodzącym sezonem na daczy.
— Mamo, szczerze mówiąc, ja cię nie rozumiem — oznajmiła córka bez ogródek, kiedy wysłuchała chaotycznej historii o bakłażanach i leczo dla wujka Pachy. — Po co ty to robisz? Jesteś komuś coś winna?
— Ale jak mogłabym tego nie robić, Dasza? — westchnęła Vera. — Jest przecież działka. Rodzina się spodziewa. Ciocia Toma wczoraj zrobiła całą listę tego, co trzeba posadzić. Twój ojciec będzie niezadowolony, jeśli powiem, że nic nie będę sadzić. On lubi przebywać na łonie natury.
— Tata lubi jeść szaszłyki i wylegiwać się w hamaku — odparła Dasza. — A ciocia Toma lubi mieć darmowy supermarket. Mamo, obudź się. To jest twoja dacza. Prawnie należy tylko do ciebie — to darowizna, więc nawet w razie rozwodu nie podlegałaby podziałowi. Jesteś jedyną właścicielką. Masz pięćdziesiąt pięć lat, ciśnienie ci skacze, bolą cię stawy. Dlaczego masz pracować jak robotnica dla zdrowych dorosłych mężczyzn i kapryśnej szwagierki?
— I co proponujesz? — zapytała Vera. — Rzucić wszystko? Pozwolić, żeby zarosło chwastami? Sąsiedzi będą się śmiać.
— Nie rzucać — powiedziała Dasza, a w jej oczach pojawił się żywy, zawodowy błysk. — Wynajmij ją.
Vera niemal zakrztusiła się herbatą.
— Wynająć? Komu?
— Ludziom, mamo. Zwykłym ludziom, którzy chcą spędzić lato w domu, gdzie ich dzieci mogą biegać boso po trawie. Ludzie cały czas wynajmują mieszkania, więc dlaczego nie daczę? Miejsce jest świetne, dom solidny, jest bieżąca woda, bania i blisko do miasta. Wiesz, ile taka dacza może przynieść za sezon? Za te pieniądze mogłabyś przez całe lato kupować świeże warzywa na rynku, a jeszcze zostałoby ci na porządną kurację zdrowotną.
Vera długo odpychała od siebie tę myśl. Wydawała jej się niemożliwa. Jak mogłaby wpuścić obcych ludzi do domu, który jej rodzice tak bardzo kochali? Co powie Nikołaj? Jaki skandal urządzi Tamara?
Ale tygodnie mijały, a wiosna była coraz bliżej. Nikołaj coraz częściej przypominał, że czas jechać do sklepu ogrodniczego po nawóz. Tamara zadzwoniła, żeby przypomnieć Verze, by nie zapomniała o nasionach specjalnej odmiany bazylii. I z każdą rozmową czara cierpliwości Very napełniała się coraz bardziej.
Kropla, która przelała czarę, spadła na początku kwietnia. Vera wróciła z pracy wyczerpana — był koniec kwartału, a raporty wyssały z niej całą energię. W korytarzu omal nie potknęła się o dwa ogromne worki ziemi do sadzonek, które Nikołaj postawił na samym środku przejścia, brudząc jasny dywan.
— Kolia, naprawdę nie mogłeś chociaż postawić ich na balkonie? — zapytała zmęczona, zdejmując buty.
— Och, przestań marudzić, przejdź nad nimi — dobiegł ją jego głos z drugiego pokoju. — Kupiłem też doniczki torfowe. Jutro zaczniesz siać. Tomka dzwoniła — chce, żebyś zrobiła jej mniej więcej pięćdziesiąt sadzonek petunii na balkon. Więc się nie ociągaj.
Vera spojrzała na brudne worki. Na poplamiony dywan. Przypomniała sobie ton Tamary, gdy ta domagała się petunii. I nagle zrozumiała, że po prostu nie może już tak dalej. Fizycznie nie miała już siły wziąć ziemi i nasion i zaczynać kolejnego niekończącego się sezonu w służbie cudzych potrzeb.
Następnego dnia, biorąc wolne w pracy, zadzwoniła do Daszy.
Działały szybko i dyskretnie. W ten weekend, kiedy Nikołaj pojechał na ryby z przyjaciółmi, Vera i jej córka wybrały się na daczę. Spędziły tam całe dwa dni. Umyły okna, wytrzepały dywany i doprowadziły mały domek oraz werandę do idealnego porządku. Dasza zrobiła jasne, atrakcyjne zdjęcia przytulnych pokoi, zielonego trawnika, który Vera rozsądnie zasiała rok wcześniej zamiast kilku warzywnych grządek, kwitnących jabłoni i bani.
Jeszcze tego samego wieczoru ogłoszenie pojawiło się na dużym portalu nieruchomości. Dasza ustaliła wysoką cenę, tłumacząc, że dom jest zadbany i ma wszystkie udogodnienia.
Telefony zaczęły się już następnego dnia. Ukrywając się na zamkniętym balkonie, żeby mąż jej nie słyszał, Vera negocjowała z potencjalnymi najemcami. Była zdenerwowana, dłonie miała wilgotne, ale nie zamierzała się wycofać. W końcu trafili się idealni lokatorzy: młoda moskiewska rodzina pracująca zdalnie. Mąż był programistą, żona projektantką, a mieli dwoje małych dzieci w podobnym wieku. Nie potrzebowali warzywnych grządek — szukali ciszy, czystego powietrza i dobrego internetu, który Vera zainstalowała na daczy już kilka lat wcześniej.
Umówili się na spotkanie na miejscu. Para okazała się urocza. Byli zachwyceni czystością, banią i dużą werandą.
— Vero Iwanowna, musimy być szczerzy: nie będziemy zajmować się ogrodem — powiedział otwarcie mąż, Ilja. — W najlepszym razie posadzimy trochę ziół do grilla. Ale sam będę kosił trawnik, jeśli pani się zgadza. Ma pani kosiarkę, prawda?
— Tak, Ilja, mam — odpowiedziała Vera z uśmiechem, czując, jak ogromny ciężar spada jej z ramion. — Niczego nie musicie sadzić. Po prostu odpoczywajcie i utrzymujcie porządek.
Podpisali umowę najmu na pięć miesięcy, od maja do września. Ilja przelał na kartę bankową Very czynsz za pierwszy miesiąc oraz kaucję równą drugiemu miesiącowi. Kiedy telefon Very potwierdził przelew, trudno jej było uwierzyć własnym oczom. Była to równowartość dwóch miesięcy jej pensji.
Po powrocie do domu schowała umowę najmu do teczki ze swoimi prywatnymi dokumentami. Nie powiedziała mężowi ani słowa. Postanowiła, że wyjaśni wszystko, gdy nadejdzie odpowiedni moment.
Tego roku majowe święta były wyjątkowo ciepłe. Przyroda całkowicie się obudziła, a drzewa pokryła delikatna zielona mgiełka. Nikołaj już od czwartku krzątał się w przygotowaniach.
— No, Ver, mięso zamarynowałem, węgiel kupiłem. Jutro rano jedziemy. Toma i Pacha pojadą od razu na miejsce, przywiozą ruszt. Przygotowałaś łopaty? Trzeba przekopać grządki pod sałaty, póki ziemia jest jeszcze wilgotna.
Vera spokojnie dopiła herbatę, umyła filiżankę i odwróciła się do niego.
— Jutro nie jadę, Kolia — powiedziała opanowanym głosem. — I tobie też nie radzę jechać.
Nikołaj spojrzał na nią zdezorientowany.
— Jak to nie jedziesz? To kto wszystko posadzi? Przecież już się umówiliśmy. Pacha już zaopatrzył się w piwo, planowaliśmy grilla. Jesteś chora?
— Nie, czuję się bardzo dobrze — odpowiedziała Vera pewnym głosem. — Wynajęłam daczę. Teraz mieszkają tam ludzie. Umowa jest podpisana do końca września.
W kuchni zapadła uderzająca cisza. Nikołaj zamrugał kilka razy, próbując pojąć to, co właśnie usłyszał.
— Wynajęłaś daczę? Komu? Jakim ludziom? Co ty opowiadasz, Vera? To żart?
— To nie żart. Wpuściłam lokatorów. Miła rodzina z dziećmi. Już się wprowadzili, zapłacili za pierwszy miesiąc i zostawili kaucję. Więc w tym roku nie będzie ani grilla, ani warzywnika.
Czerwone plamy rozlały się po twarzy Nikołaja. Próbował podnieść głos, wymachiwał rękami i upierał się, że nie miała prawa podejmować takiej decyzji bez poinformowania go. Vera spokojnie wyjęła z teczki kopię umowy najmu oraz oficjalny odpis własności, potwierdzający, że nieruchomość należy wyłącznie do niej.
— Posłuchaj mnie uważnie — powiedziała stanowczo, patrząc mu prosto w oczy. — Przez dwadzieścia lat łamałam sobie kręgosłup na tej ziemi. Prosiłam cię o pomoc, prosiłam, żebyś kogoś zatrudnił, prosiłam twoich krewnych, żeby chociaż myli słoiki. Nikogo to nie obchodziło. Wszyscy przyjeżdżaliście tam odpoczywać i objadać się. Moje zdrowie się posypało. Dacza zgodnie z prawem należy do mnie i wykorzystałam ją tak, jak uznałam za stosowne. W ciągu tych pięciu miesięcy zarobię tyle pieniędzy, że będziemy mogli spędzić luksusowe wakacje nad morzem w sezonie aksamitnym. Jeśli ci to nie odpowiada, możesz pojechać do swojej siostry i robić szaszłyki na jej podwórku.
Nikołaj niemal zakrztusił się z wściekłości. Chwycił telefon i wybiegł na balkon. Vera słyszała, jak chodzi po płytkach i z gniewem do kogoś dzwoni.
Sobotni poranek zaczął się od burzy telefonów. Tamara dzwoniła co najmniej dziesięć razy, ale Vera po prostu wyciszyła telefon i spokojnie zajęła się swoim dniem. Po raz pierwszy od lat nie spieszyła się na pociąg, nie ciągnęła ciężkich toreb z zakupami ani nie myślała o tym, którą grządkę truskawek trzeba wypielić. Podlała rośliny doniczkowe, posłuchała przyjemnej muzyki i zaplanowała wizytę u fryzjerki.
Około południa numer szwagierki znów pojawił się na ekranie i tym razem Vera postanowiła odebrać.
— Vera! Co się dzieje?! — wrzasnęła Tamara. Vera słyszała w tle wiatr i przejeżdżające samochody. Najwyraźniej stali pod bramą daczy. — Przyjechaliśmy tutaj, a pod domem stoi jakiś obcy samochód! Dzieci biegają po naszym trawniku! Wyszedł jakiś brodaty mężczyzna i powiedział, że wynajął dom! Na starość całkiem straciłaś rozum?
— Dzień dobry, Tomo — odpowiedziała łagodnie Vera. — Tobie też życzę miłego dnia. Tak, zgadza się. Ten brodaty mężczyzna ma na imię Ilja i jest moim najemcą. Dacza została wynajęta.
— Jakim prawem wpuściłaś obcych ludzi do NASZEJ daczy?! Myśmy tu dorastali! Kolia tu dorastał! To rodzinne gniazdo!
— Rodzinne gniazdo, Tomo, zostało sprzedane przez waszych rodziców wiele lat temu — odpowiedziała spokojnie Vera. — Ta dacza jest moja, odziedziczona po mojej matce i moim ojcu. I to ja zniszczyłam sobie na niej plecy.
— A my?! My już mieliśmy plany! Pacha przywiózł mięso! A warzywa? Skąd mamy jesienią wziąć ziemniaki i ogórki? Chcesz nas zostawić z niczym?
— W supermarkecie, Tomo. Albo na rynku. W dzisiejszych czasach jest tam szeroki wybór. Słyszałam nawet, że bakłażany są w promocji.
— Ty… ty jesteś bezwstydną egoistką! — krzyknęła Tamara. — Traktowaliśmy cię jak rodzinę, a ty tak nam się odwdzięczasz? Nigdy więcej nie postawię nogi w twoim domu!
— To wyłącznie twój wybór — odpowiedziała spokojnie Vera. — Miłego wypoczynku.
Zakończyła rozmowę i odetchnęła z ulgą. Skandal, którego tak się bała, wcale nie okazał się straszny. Właściwie w ogóle jej nie poruszył. Poczucie winy, które próbowało wracać przez ostatnie tygodnie, zniknęło całkowicie.
Tego wieczoru Nikołaj wrócił do domu z ponurą twarzą, wściekły i pachnący piwem. Najwyraźniej zepsuty weekend został „uczczony” w garażu z przyjaciółmi. Trzasnął drzwiami, poszedł do kuchni, przez dłuższy czas hałasował naczyniami, a potem usiadł przed telewizorem, demonstracyjnie ignorując żonę.
Vera go nie poganiała. Rozumiała, że potrzebuje czasu, by przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości — rzeczywistości, w której jego posłuszna i ustępliwa żona nagle pokazała charakter i postawiła granicę.
Mijały tygodnie. Ilja okazał się idealnym najemcą. Bez wyjątku przelewał czynsz na czas i czasami wysyłał Verze zdjęcia przez komunikator: zadbane podwórko, szczęśliwe dzieci bawiące się na trawniku. Kilka razy poprosił nawet o pozwolenie na pomalowanie ogrodzenia od strony ulicy, po prostu dlatego, jak sam powiedział, „zachciało mi się zrobić coś rękami na świeżym powietrzu”. Oczywiście Vera się zgodziła.
Nikołaj obrażał się przez mniej więcej miesiąc. W weekendy krążył bez celu po mieszkaniu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Znajomy rytm życia został przerwany. Tamara dzwoniła do niego kilka razy, narzekając na ceny na rynku i domagając się, żeby jakoś załatwił sprawę z „tą szaloną kobietą”, ale choć Nikołaj był zły na żonę, doskonale rozumiał, że prawnie nie ma żadnej władzy, a nie chciał zmieniać konfliktu w otwartą wojnę.
Punkt zwrotny nastąpił na początku lipca. Zbliżał się urlop Nikołaja. Zwykle spędzał go na daczy, na przemian odpoczywając w hamaku i od czasu do czasu chodząc do lasu na grzyby, podczas gdy Vera krzątała się w kuchni przy przetworach. Tym razem po kolacji Vera położyła przed nim błyszczącą broszurę i wydrukowany wyciąg bankowy.
— Kolia, spójrz — powiedziała. — Znalazłam wspaniałe sanatorium w Kisłowodzku. Mają program na kręgosłup dla mnie i terapię kardiologiczną dla ciebie. Trzy posiłki dziennie, basen, wycieczki w góry. Pieniądze z wynajmu daczy całkowicie pokrywają trzy tygodnie pobytu i bilety lotnicze.
Nikołaj wziął broszurę z niedowierzaniem. Rzucił okiem na błyszczące zdjęcia górskich krajobrazów, wygodnych pokoi i lśniących jadalni. Potem spojrzał na wyciąg bankowy, na którym wyraźnie widniała imponująca suma.
— To wszystko… z wynajmu daczy? — zapytał cicho.
— Tak. I jeszcze zostaną pieniądze na wydatki. Nie musimy już kupować nasion, obornika, płacić szalonych rachunków za wodę do podlewania ani wydawać pieniędzy na benzynę w każdy weekend. Nie musimy już karmić całego tłumu krewnych. Możemy po prostu odpocząć. Jak normalni ludzie.
Mąż długo milczał, studiując papiery. Potem głęboko westchnął i potarł czoło.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Rezerwuj tę kurację. Tylko nie mów Tomce, dokąd jedziemy, bo jeszcze ona z Paszą się zwalą i będą próbowali pojechać na wakacje na nasz koszt.
Vera pozwoliła sobie na blady uśmiech. To było zwycięstwo.
Lato było wspaniałe. Pojechali do Kisłowodzka, gdzie po raz pierwszy od lat Vera poczuła się kobietą, a nie zwierzęciem pociągowym. Chodziła na masaże, piła wodę mineralną, spacerowała ścieżkami zdrowia i po prostu cieszyła się tym, że ktoś inny dla niej gotuje. Na początku Nikołaj narzekał, że brakuje mu grilla, ale szybko przyzwyczaił się do spokojnego rytmu ośrodka, zaprzyjaźnił się z innymi kuracjuszami, a nawet zaczął rano ćwiczyć gimnastykę.
Jesienią, kiedy normalnie zaczynałby się okres zbiorów, telefon Very milczał. Tamara, najwyraźniej zrozumiawszy, że darmowe źródło jedzenia zostało definitywnie odcięte, przestała dzwonić. Dasza zwierzyła się, że ciocia Toma skarży się wszystkim krewnym na chciwość Very i jęczy, że musiała wydać połowę pensji na szklarniowe pomidory z rynku, tylko po to, by zrobić leczo. Vera słuchała tego z całkowitą obojętnością. Problemy innych ludzi nie były już jej problemami.
Pod koniec września lokatorzy wyjechali. Ilja i Marina zostawili dom w idealnym porządku, ogrodzenie rzeczywiście zostało starannie pomalowane, a w lodówce zostawili pudełko dobrych czekoladek i butelkę wina w podziękowaniu.
— Vero Iwanowna, jeśli zdecyduje się pani wynająć dom w przyszłym roku, chcemy być pierwsi na liście — powiedział Ilja, podając jej klucze. — Bardzo nam się tutaj podobało.
— Dobrze, Ilja. Pomyślę o was — odpowiedziała Vera.
Patrzyła, jak ich samochód znika w oddali, zamknęła drzwi i usiadła na ganku swojego domu. Wokół rozgościła się złota jesień. Powietrze było rześkie i czyste. Vera spojrzała na swoją działkę. Ziemia odpoczywała. I Vera też odpoczywała.
W tamtej chwili zrozumiała najważniejszą prawdę: czasami, żeby ocalić siebie, wystarczy przestać być wygodnym dla wszystkich.
Nikołaj przyjechał po nią i podszedł do ganku. Rozejrzał się dookoła i zamruczał z namysłem:
— Ci ludzie naprawdę dbali o to miejsce. Nawet skosili trawnik przed wyjazdem. Wiesz, Ver… jeśli wynajmiemy im znowu w przyszłym roku, trochę drożej, to może moglibyśmy pojechać w sierpniu do Turcji. Nigdy tam nie byłem.
Vera roześmiała się, patrząc na męża, który wreszcie odkrył piękno pasywnego dochodu.
— Pojedziemy, Kolia — powiedziała. — Na pewno.
Wstała, zamknęła dom i pewnym krokiem ruszyła w stronę samochodu, wiedząc z absolutną pewnością, że nigdy już nie wróci do warzywnych grządek.