— Przysięgam ci, tutaj są przeciągi. I ten ciągły huk, jakbyśmy mieszkali przy pasie startowym lotniska. Jak ty możesz spać w tym szklanym akwarium? — burknęła kobieta, ciężko siadając na niskim parapecie i ostentacyjnie drżąc, jakby znajdowała się na mrozie, a nie w ciepłym mieszkaniu.
— Lariso Pietrowno, okna są szczelne. Potrójne szyby. Nie ma żadnego przeciągu — odpowiedziała Ola, starając się zachować równy ton, choć głęboka uraza zaczynała już w niej narastać. — Przed zimą razem z Walerą wszystko sprawdziliśmy kamerą termowizyjną. Nie ma ani jednego miejsca, przez które przedostawałoby się powietrze.
— Och, co ty możesz o tym wiedzieć… — mruknęła starsza kobieta, pogardliwie machając ręką i zaciskając usta. — Jesteś młoda. Masz gorącą krew. A mnie bolą kości. I ta twoja niedorzeczna nowoczesna moda — okna od podłogi do sufitu — to po prostu nieprzyzwoite. Wszystko jest na widoku. Żadnego ciepła, żadnej przytulności, żadnej duszy. W mojej starej chruszczowce są ściany. Prawdziwe ściany. A tutaj? Samo szkło.
Ola odwróciła się w stronę ekspresu do kawy i w milczeniu policzyła do dziesięciu. Łagodnie. Musiała zachować łagodność. To była matka jej męża — nie biologiczna, ale kobieta, która go wychowała. Przyjechała tylko na krótko. Trzeba było wytrzymać. Przeczekać.
— Napije się pani Earl Greya czy zielonej herbaty? — zapytała Ola, zmuszając się do uśmiechu.
— Zrób mi kawę. I nie to kapsułkowe świństwo, tylko prawdziwą kawę, w prawdziwym tygielku. Ach, ale oczywiście masz płytę indukcyjną, prawda? Nawet kawy nie potrafisz porządnie ugotować. No dobrze, nalej mi tego swojego zamiennika.
W tym zalanym słońcem mieszkaniu Ola czuła się pełnoprawną gospodynią tylko do chwili, gdy teściowa Walerego przekroczyła próg. Mieszkanie nie było jedynie domem — było darem losu owiniętym żałobą.
Jej wuj Igor, brat matki, należał do ludzi stworzonych do zabawy, hałasu i życia. Na początku lat dwutysięcznych zajął się biznesem, chwycił fortunę za gardło, ale nigdy nie znalazł czasu na założenie własnej rodziny. Ola zawsze była jego ulubienicą.
— Kiedy dorośniesz, Oleńko, kupię ci pałac i zrobię z ciebie księżniczkę — śmiał się, podrzucając pięcioletnią Olę pod sufit.
Ostatecznie pałac kupił dla siebie. Duże, trzypokojowe mieszkanie w luksusowym nowym budynku. Panoramiczne okna. Widok na rzekę i światła miasta. Dopiero co zakończył remont. Wprowadził się i mieszkał tam zaledwie miesiąc… Potem nadszedł ten straszny telefon w środku nocy. Ciężarówka zjechała na przeciwny pas. Zginął na miejscu.
Testament znaleziono w jego sejfie. Jakby przeczuwał nadchodzące nieszczęście, Igor zapisał wszystko swojej jedynej siostrzenicy. W tamtym czasie Ola była zwykłą pracownicą urzędu stanu cywilnego i długo nie potrafiła zdecydować się na przeprowadzkę. Miała wrażenie, że zajmuje miejsce kogoś innego. Ściany zdawały się na nią napierać. Nawet luksus sprawiał jej ból.
Nikomu nie powiedziała o spadku. Bała się, że ludzie nagle zaczną ją lubić ze względu na metraż. Walerę poznała, gdy przyszedł zamontować drzwi w ich biurze. Był spokojny, opanowany i lekko pachniał świeżymi trocinami.
Walery produkował drzwi. Nie ograniczał się do montowania gotowych ościeżnic. Dopasowywał, mierzył i korygował każdą niedoskonałość co do milimetra. Wiedział, jak odgrodzić przestrzeń od świata i stworzyć ciszę. A cisza — bezpieczeństwo — była dokładnie tym, czego Ola potrzebowała po śmierci wuja.
Kiedy się pobrali, przyprowadziła go do mieszkania. Walery długo wpatrywał się w panoramę miasta, po czym powiedział tylko:
— Dobre zawiasy w tych oknach. Solidne. Znam ten typ.
Bogactwo go nie onieśmielało. Nie był o nie zazdrosny. Po prostu zaakceptował je jako fakt i wtopił się w mieszkanie niczym idealnie zamontowana listwa wtapiająca się w ścianę.
Spokój skończył się wraz z przybyciem Larisy Pietrowny.
Tydzień wcześniej zadzwoniła do syna słabym głosem, skarżąc się na ciśnienie, hałaśliwych sąsiadów i na to, że „ta droga pod oknem wpędza ją do grobu”. Rzeczywiście, niedaleko jej mieszkania przebiegała ruchliwa ulica, ale wcześniej nigdy jej to nie przeszkadzało.
— Synku, może mogłabym zatrzymać się u was na kilka dni, dopóki lekarze nie wyznaczą mi badań? U was powietrze jest czystsze, a do tego mieszkacie wysoko…
Ola od początku była przeciwna. Jej instynkt, wyostrzony przez lata pracy w biurze paszportowym, podpowiadał jej, że „tylko kilka dni” często oznacza miesiąc. Ale Walera — dobry, łagodny Walera, który zawsze próbował łagodzić konflikty — poprosił ją cicho:
— Olu, to tylko na chwilę. Ona nie jest moją prawdziwą matką, ale mnie wychowała. Ojciec nie żyje. Jest sama…
— Dwie łyżeczki cukru! — przenikliwy głos Larisy Pietrowny przywrócił Olę do rzeczywistości. — I nie żałuj mleka. Dlaczego zachowujesz się jak biedna sierotka? Przecież teraz jesteś bogata, prawda?
— Proszę, Lariso Pietrowno — powiedziała Ola, stawiając przed nią filiżankę.
Teściowa powąchała kawę, skrzywiła się, ale i tak wzięła filiżankę. Siedziała w szlafroku Oli — wyjętym bez pytania z szafy — i wyglądała jak ogromna, niezadowolona gąsienica.
— Walerka wróci dziś późno? — zapytała między jednym głośnym łykiem a drugim.
— Ma trudne zlecenie. Robi na zamówienie dębowe drzwi wejściowe. Powiedział, że wróci około ósmej.
Larisa Pietrowna przebiegle zmrużyła oczy.
— A ty dlaczego nie jesteś w pracy? Służba publiczna już cię nie potrzebuje?
— Wzięłam dzień wolny. Musiałam załatwić dokumenty samochodu.
— Samochodu… — powtórzyła teściowa głosem przepełnionym zazdrością. — Niektórzy naprawdę potrafią się urządzić. A ja liczę każdy grosz i ledwo stać mnie na lekarstwa. Właśnie, Olu, powinnaś przelać mi pięć tysięcy na kartę. Potrzebuję zagranicznej maści na stawy.
— Lariso Pietrowno, wczoraj kupiłam wszystkie pani lekarstwa z listy. Wszystko, co przepisał lekarz.
Teściowa z hukiem odstawiła filiżankę na spodek.
— Teraz będziesz mi wymachiwać przed nosem paragonami? Proszę cię jak matka, a ty podsuwasz mi listy? Skąpstwo, moje dziecko, jest wadą. Wszystko dostałaś za darmo. Mogłabyś przynajmniej podzielić się z rodziną.
Ola wzięła głęboki oddech. Cierpliwość. Obiecała Walerze.
— Dobrze. Przeleję pieniądze. Ale, Lariso Pietrowno, musimy porozmawiać o długości pani pobytu. Mówiła pani o dwóch dniach. Minął tydzień. Kiedy zamierza pani wrócić do domu?
Oczy teściowej zwęziły się w dwie wąskie, okrutne szparki. W tej chwili przypominała drapieżnego ptaka, który wyczuł słabość ofiary.
— Przeszkadzam ci? — zapytała łagodnie. — Brakuje miejsca? Spójrz na ten metraż. Można tu swobodnie spacerować. Czy po prostu moja obecność ci przeszkadza?
— Nie chodzi o wielkość mieszkania. Jesteśmy młodą rodziną. Przywykliśmy mieszkać sami. A pani ma własne mieszkanie.
— Moje własne mieszkanie… — westchnęła głęboko Larisa Pietrowna. — W tej chwili nie mam tam życia. Marinochka wróciła.
Ola znieruchomiała. Marina — przyrodnia siostra Walerego, córka Larisy z pierwszego małżeństwa. Ta sama kobieta, która trzy lata wcześniej wyjechała szukać lepszego życia, zostawiając swoje pierwsze dziecko pod opieką matki, a teraz najwyraźniej wróciła z drugim.
— Co to znaczy, że wróciła? — zapytała cicho Ola.
— W najbardziej oczywistym znaczeniu. Rozwiodła się. Ten facet okazał się draniem i wyrzucił ją z domu. Dokąd miała pójść? Do matki. Przyjechała ze wszystkimi rzeczami i dziećmi. A teraz układa sobie życie od nowa. Jest mężczyzna, tym razem poważny. Potrzebują przestrzeni. Przecież nie będę mieszkać z młodą parą!
— Czyli chcesz powiedzieć — odezwała się powoli Ola, czując, jak chłód spływa jej wzdłuż kręgosłupa — że oddałaś Marinie swoje mieszkanie i zamierzasz zamieszkać u nas?
— A co w tym złego? — zapytała teściowa, szczerze zdziwiona tym pytaniem. — Wy dwoje rozłożyliście się na stu metrach kwadratowych i żyjecie jak królowie, podczas gdy cztery osoby tłoczą się w małym, dwupokojowym mieszkaniu! Trzeba mieć trochę sumienia, Olu. Trzeba się dzielić. Bóg tak nakazuje.
To był początek końca. Cała łagodność Oli zniknęła, zastąpiona napiętym przekonaniem, że zbliża się burza. Wtedy zrozumiała: ten gość nie miał najmniejszego zamiaru wyjeżdżać.
Następne trzy dni zamieniły się w zimne, milczące oblężenie. Larisa Pietrowna zmieniła taktykę. Przestała prosić. Zaczęła żądać — ale zawsze tak, aby Walera niczego nie zauważył.
Przy synu przeobrażała się w świętą męczennicę. Siedziała spokojnie w przydzielonym jej pokoju gościnnym, robiąc na drutach niekończący się szary szalik, wzdychając i szepcząc:
— Wszystko dobrze, Walericzka. Siedzę sobie cichutko jak mała myszka. Bylebym wam nie przeszkadzała.
Ale gdy tylko Walery wychodził do pracy, „mała myszka” zmieniała się w szczura.
Ola zaczęła znajdować swoje rzeczy poprzekładane. Kosmetyki w łazience pozostawione otwarte. Jedzenie w lodówce nadgryzione albo przesunięte.
— Dlaczego ruszała pani dokumenty na mojej półce? — zapytała Ola pewnego wieczoru po powrocie z pracy, gdy zobaczyła, że teczka z notatkami służbowymi została przetrząśnięta.
— Wycierałam kurz — odpowiedziała niewinnie teściowa, trzepocząc rzęsami i przeżuwając kanapkę przygotowaną z ryby, którą Ola kupiła na uroczystą kolację. — Tutaj jest taki bałagan, Oleńko. Zaniedbujesz dom. Twoja praca musi być oczywiście okropna — liczenie ludzi, przekładanie papierów. Ale nadal jesteś kobietą. Powinnaś tworzyć przytulną atmosferę.
— Proszę nigdy nie dotykać moich rzeczy. Nigdy. — Ola mocno zaakcentowała ostatnie słowo.
— Och, daj spokój, jakbym potrzebowała twoich drogocennych tajemnic państwowych — prychnęła Larisa Pietrowna.
Piątkowy wieczór stał się punktem zwrotnym. Nadzieja Oli, że mąż sam wszystko rozwiąże, zaczynała znikać. Spróbowała porozmawiać z Walerym.
— Ona nie zamierza wyjechać. Powiedziała mi, że Marina zajęła jej mieszkanie.
Walery, wyczerpany po zamontowaniu pięciu ciężkich metalowych drzwi, opadł na kanapę.
— Olu, wiesz, że Marina jest w złym stanie. Dokąd ma pójść z dziećmi? Mama tylko jej pomaga. Daj im trochę czasu. Porozmawiam z siostrą i powiem jej, żeby poszukała czegoś do wynajęcia. Mama i tak długo tam nie wytrzyma — przy dzieciach panuje chaos.
— Nie rozumiesz. Ona nie „przeczekuje”. Ona się tutaj urządza. Wczoraj powiedziała, że materac w pokoju gościnnym jest zbyt twardy.
— Kupię nakładkę i zrobi się bardziej miękki — odpowiedział mąż, machając lekceważąco ręką. — Wytrzymaj jeszcze trochę. Nie mogę wyrzucić jej za drzwi. Dorastałem przy niej. Opiekowała się moim ojcem, kiedy był przykuty do łóżka.
Ola zamilkła. Rozczarowanie mężem miało gorzki smak piołunu. Był dobrym, łagodnym człowiekiem — ale ślepym. Nie widział, że jego dobroć brano za słabość.
W sobotę obudził ją dźwięk mebli ciągniętych po podłodze. Walery wyszedł wcześnie do pracy.
Ola weszła na korytarz i stanęła jak wryta. Larisa Pietrowna, czerwona na twarzy i ciężko dysząca z wysiłku, ciągnęła walizkę oraz naręcze ubrań… w stronę głównej sypialni.
— Co pani robi? — zapytała Ola, stając jej na drodze.
Teściowa wyprostowała się i otarła czoło. W jej oczach błyszczał fanatyczny blask.
— Ach, śpiąca królewna się obudziła. Przeprowadzam się.
— Dokąd?
— Do sypialni. Tej z oknami z dwóch stron. I własną łazienką. Lekarz powiedział, że potrzebuję ciszy i toalety blisko — nerki, rozumiesz. Z pokoju gościnnego muszę iść przez cały korytarz. Mogę się potknąć w nocy.
— To jest nasza sypialnia! — Ola patrzyła na nią z niedowierzaniem. — Czy pani oszalała?
— Wy zamieszkacie w pokoju gościnnym — oznajmiła sucho Larisa Pietrowna. — Jesteście młodzi. Wszystko jedno, gdzie będziecie się zabawiać. Ja potrzebuję dobrych warunków. Poza tym ta sypialnia jest jaśniejsza. Potrzebuję dobrego światła do robienia na drutach.
— Nie. Proszę odnieść swoje rzeczy na miejsce. Nie zamieszka pani w tym pokoju.
Twarz teściowej wykrzywiła się. Maska miłej starszej kobiety zniknęła na dobre.
— Ty mała, bezczelna suko! — syknęła, podchodząc do Oli. — Za kogo ty się uważasz? Za wielką damę? Dostałaś to mieszkanie za darmo, uwiodłaś mojego syna, a teraz myślisz, że wszystko ci wolno? To ja jestem matką! Zasłużyłam na spokojną starość! A ty — phi — jesteś nikim. Małym zerem.
— Jestem właścicielką tego mieszkania — powiedziała stanowczo Ola, choć ręce jej drżały. — I każę pani spakować rzeczy i wyjść. Może pani wrócić do Mariny, iść do diabła albo dokądkolwiek indziej.
— Ty mała gnido! — wrzasnęła Larisa Pietrowna. — Myślisz, że możesz mnie wyrzucić?
— Tak. Mogę. Przekroczyła pani wszelkie granice.
Wtedy teściowa posunęła się jeszcze dalej. Podeszła tak blisko, że Ola poczuła zapach starego pudru i niemytych zębów, po czym, patrząc jej prosto w oczy, wysyczała:
— Jeżeli sama stąd nie odejdziesz, wyrzucę cię po swojemu. Nie masz pojęcia, z kim zadarłaś, miejska laleczko. Przeszłam przez życie z zaciśniętymi zębami. Ciebie też przegryzę. Walerka mnie słucha — kocha swoją mamusię. Wyrzuci cię jak śmiecia, gdy tylko powiem mu, że mnie skrzywdziłaś.
Klucz obrócił się w zamku.
Ola i Larisa Pietrowna znieruchomiały.
Walery wszedł do korytarza, wciąż trzymając w rękach dużą, żółtą poziomicę.
Usłyszał ostatnie słowa.
W powietrzu zawisła ciężka cisza.
— Kto dokładnie kogo wyrzuca? — zapytał głuchym, spokojnym głosem, patrząc na matkę.
Larisa Pietrowna zmieniła się w jednej chwili. Jej ramiona opadły. Na twarzy pojawił się wyraz zranionej krzywdy.
— Waleroczka! Synku! — jęknęła, upuszczając torbę na podłogę. — Ona mnie wyrzuca! Krzyczy, że jestem starym ciężarem! Poprosiłam tylko o inną poduszkę, a ona…
— Wszystko słyszałem, mamo — powiedział Walery obojętnym tonem. — Słyszałem fragment o tym, że „wyrzucisz ją siłą”.
— To ona powiedziała! Ona! Ja tylko powtarzałam! — skłamała bez mrugnięcia okiem teściowa. — Walera, ona jest potworem! Chce naszej śmierci!
Ola patrzyła na męża w milczeniu. Wypełniała ją wściekłość, ale nie zamierzała tracić panowania nad sobą.
— Walera — powiedziała. — Mam jeden warunek. Albo ona wyjedzie jutro, albo się rozwodzimy. Nie będę mieszkać pod jednym dachem z osobą, która mi grozi i uważa, że moje mieszkanie należy do niej.
Walery spojrzał na żonę, potem na matkę. Jego zazwyczaj otwarta i dobroduszna twarz zastygła jak kamień.
— Mamo — powiedział. — Spakuj rzeczy. Jutro odwiozę cię do domu.
— Ty… wyrzucasz własną matkę dla tej… tej… — Larisa Pietrowna dławiła się z oburzenia. — Jesteś słabeuszem! Pieskiem na smyczy! Twój ojciec…
— Nie mów o moim ojcu — przerwał jej ostro Walery. — Powiedziałem: jutro.
Wieczór upłynął w śmiertelnej ciszy. Matka zamknęła się w pokoju gościnnym. Ola i Walera siedzieli w kuchni.
— Przepraszam — powiedział w końcu, ściskając kubek tak mocno, że zdawał się gotowy pęknąć. — Myślałem, że się uspokoi. Nie wiedziałem o Marinie.
— Tu nie chodzi o Marinę, Walera. Chodzi o chciwość.
— Zajmę się tym. Jutro będzie po wszystkim.
Następnego ranka Ola wyszła wcześniej do pracy, starając się nie robić hałasu. Miała spędzić dzień w archiwum, sprawdzając stare księgi stanu cywilnego. Po bezsennej nocy bolała ją głowa. Miała tylko nadzieję, że kiedy wróci, mieszkanie będzie puste i czyste.
Dzień mijał nieznośnie powoli. Około piętnastej zadzwonił telefon.
— Olga Dmitriewna? Z tej strony porucznik Sidorow z lokalnego komisariatu.
Serce podskoczyło jej do gardła.
— Tak, słucham.
— Złożono na panią zawiadomienie. Obywatelka Larisa Pietrowna Kozłowa twierdzi, że spowodowała pani u niej obrażenia ciała o średnim stopniu ciężkości.
— Co? Jakie obrażenia? Jestem w pracy od ósmej rano!
— Zgłaszająca twierdzi, że do zdarzenia doszło dziś około dziesiątej rano w pani mieszkaniu. Ma udokumentowane siniaki na ramionach i podudziu. Musi pani przyjechać i złożyć wyjaśnienia.
Ola opadła na krzesło. Siedząca obok koleżanka spojrzała na nią z niepokojem.
— To kłamstwo… Jakieś szalone kłamstwo…
Kiedy Ola wróciła do domu, Walery już tam był. Siedział przy kuchennym stole, blady jak płótno. Przed nim leżał policyjny protokół.
— Pokazała im siniaki, Olu — powiedział cicho, nie patrząc na żonę. — Prawdziwe siniaki. Ciemne.
— Walera, wierzysz mi? — Ola chwyciła go za rękę. — O dziesiątej byłam w Lencie i kupowałam produkty do biura, bo szefowa miała urodziny. Mam wyciąg bankowy. Transakcja została zarejestrowana o 10:14. Fizycznie nie mogłam być w domu!
Walery podniósł wzrok. W jego oczach były ból i furia. Ale złość nie była skierowana przeciwko żonie.
— Wiem, że nie mogłaś. Wiem, że nie skrzywdziłabyś nawet muchy. Ale te siniaki… Olu, ona zrobiła je sobie sama. Albo…
— Albo poprosiła kogoś, żeby jej je zrobił — dokończyła Ola. — Żeby wywrzeć na mnie presję w najgorszy możliwy sposób. Spełniła swoją groźbę.
Ola rozpłakała się. To była zdrada niepojęta. Kobieta, która miała być babcią ich przyszłych dzieci — choć Walera jeszcze o tym nie wiedział — była gotowa wsadzić własną synową do więzienia dla sypialni z prywatną łazienką.
Walery wstał. Podszedł do okna i spojrzał na ruch uliczny w dole. Jego ruchy stały się precyzyjne, opanowane i wyważone. Zniknęło przygarbienie zmęczonego robotnika. Człowiek stojący przy oknie podjął chłodną, nieodwołalną decyzję.
— Gdzie ona teraz jest? — zapytał.
— Policjant powiedział, że pojechała do przychodni, żeby udokumentować obrażenia, a potem wróciła do siebie. Powiedziała, że boi się tutaj zostać.
— Doskonale — odpowiedział Walery. — Spakuj wszystkie jej rzeczy. Każdy element garderoby. Nawet te stare kapcie, które zostawiła pod zlewem.
— Walera… co zamierzasz zrobić?
— Zamierzam wymierzyć sprawiedliwość, Olu. Skończyłem z byciem miłym.
Walery wszedł do mieszkania swojej matki przy użyciu własnego klucza. Była mniej więcej dziewiętnasta.
W przedpokoju pachniało smażonym mięsem i papierosami. Na wieszaku wisiała kurtka nieznanego mężczyzny. Z salonu dobiegały śmiechy i dźwięk telewizora.
Walery wszedł, nie zdejmując butów.
Scena, którą zobaczył, była niemal absurdalna. Larisa Pietrowna, z teatralnie zabandażowaną ręką, leżała rozwalona na kanapie. Obok niej siedziała Marina — młodsza i bardziej zaniedbana wersja matki. Dwoje dzieci bawiło się na podłodze. A w fotelu należącym niegdyś do zmarłego ojca, z nogami położonymi na stoliku kawowym, siedział nieznajomy mężczyzna w podkoszulku, z tatuażem widocznym na ramieniu.
Pojawienie się Walerego podziałało jak wybuch.
— Ty?! — wrzasnęła Larisa Pietrowna. — Przyszedłeś przeprosić za swoją wariatkę?
— Twoje rzeczy są w samochodzie — powiedział spokojnie Walery. — Ubierz się i zejdź je odebrać.
— Co? — mruknął mężczyzna w fotelu. — A ty kim jesteś? Nie widzisz, że kobieta jest chora?
Walery odwrócił głowę i spojrzał na niego ciężkim, przytłaczającym wzrokiem.
— Wstań — powiedział spokojnie.
— Co?
— Zejdź z tego fotela. I wynoś się z mojego mieszkania.
— Z twojego mieszkania? — Marina wybuchnęła śmiechem. — Walera, zwariowałeś? To mieszkanie mamy!
— Nie. — Walery wyjął z kieszeni złożony dokument. Był to świeżo wydrukowany wypis z rejestru nieruchomości. — Umiesz czytać? Właściciel: Krasnow Walery Iwanowicz. Podstawa prawna: akt darowizny z 2018 roku.
W pokoju zapadła przytłaczająca cisza.
Larisa Pietrowna pobladła tak bardzo, że jej twarz niemal zlała się kolorem z bandażem na ramieniu.
— Ojciec przepisał je na mnie sześć miesięcy przed śmiercią — ciągnął Walery, a każde słowo spadało niczym uderzenie młotka. — Wiedział, że zaczniesz rozszarpywać spadek. Wiedział, że obgryziesz każdy kawałek do kości. Zabezpieczył mnie. Milczałem, bo było mi ciebie żal. Myślałem: niech mieszka, w końcu jest moją macochą. Ale dzisiaj przekroczyłaś wszystkie granice.
— Walera… synku… — zabeczała Larisa Pietrowna, zsuwając się z kanapy. — To musi być pomyłka… jesteśmy rodziną…
— Rodzina nie składa fałszywych zawiadomień na policji. Rodzina nie nazywa mojej żony dziwką.
Walery odwrócił się do mężczyzny.
— Masz dwie minuty. Jeśli po tym czasie nadal będziesz tutaj, zadzwonię na policję. I uwierz mi, tym razem nie z powodu fałszywego zawiadomienia. Zgłoszę wtargnięcie do mieszkania.
Mężczyzna spojrzał na posturę i wyraz twarzy Walerego, wstał bez słowa, chwycił kurtkę i zniknął w korytarzu. Marina zaczęła jęczeć.
— A my dokąd mamy pójść? Walera, mam dzieci! Nie możesz nas wyrzucić!
— Nie wyrzucam dzieci na ulicę — odpowiedział chłodno jej brat. — Ale od tej chwili zasady się zmieniają.
Podszedł do stołu, odsunął puste puszki po piwie i położył dłoń płasko na blacie.
— Słuchajcie uważnie. Od dzisiaj to mieszkanie jest wynajmowane. Najemcami jesteście ty, Marino, i Larisa Pietrowna.
— Zwariowałeś? Wynajmowane?! — wrzasnęła teściowa.
— Według stawek rynkowych. Jednak z rodzinnej hojności dam wam trzydzieści procent zniżki. Opłaty za media pokrywacie w całości.
— Nie mamy takich pieniędzy! — krzyknęła Marina.
— Znajdźcie pracę. Oboje. Twój chłopak również, jeśli zamierza tu wrócić.
Walery mówił dalej, nie podnosząc głosu, ale każde słowo wbijało się w nich jak gwóźdź w drewno:
— Jutro przyślę agenta nieruchomości z umową najmu. Jeśli jej nie podpiszecie, rozpocznę sądową eksmisję. Komornicy, policja, wszystko zgodnie z prawem. Twarda metoda — skoro właśnie taką wolisz, mamo. I jeszcze jedno. Jutro rano wycofasz zawiadomienie na komisariacie. Powiesz, że sama się przewróciłaś, byłaś zdezorientowana i zdenerwowana — wymyśl, co chcesz. Jeśli Ola choć jeszcze raz zostanie wezwana przez śledczego, sprzedam to mieszkanie razem z wami w środku. I uwierz mi, następni właściciele nie będą tak uprzejmi.
Larisa Pietrowna stała, wrzeszcząc. Siniaki na jej ramieniu — które, jak podejrzewał Walery, zrobiła sobie sama ciężką książką — wyglądały teraz jak piętno wstydu.
Walery odwrócił się i wyszedł na korytarz. Marina pobiegła za nim.
— Bracie, przecież… jesteśmy rodziną…
— Byliśmy rodziną, Marino. Dopóki nie postanowiliście pożreć mojej żony.
Zszedł na dół, wyjął torby matki z samochodu i rzucił je na asfalt przed wejściem.
— Wasze rzeczy są na dole! — krzyknął przez domofon, po czym wrócił do samochodu.
Walery wrócił do domu godzinę później. Czuł się pusty, jakby w końcu wyrwał z siebie ogromną, zardzewiałą drzazgę, która tkwiła w nim od lat. Bolało — ale razem z bólem przyszła ulga.
Ola siedziała w kuchni. Już nie płakała. Stojąca przed nią filiżanka herbaty była zimna.
— Odwiozłeś ją do domu? — zapytała.
— Tak. I wystawiłem rachunek.
— Co?
Walery usiadł obok niej i objął ją ramieniem. Jego szorstkie, stwardniałe od pracy dłonie — dłonie pracującego mężczyzny — były najczulszą rzeczą w życiu Oli.
— Od dzisiaj są lokatorami, Olu. Będą płacić czynsz. A przy najmniejszym problemie się wyniosą. Zbyt długo pozwalałem im żyć na mój koszt. Ojciec miał rację, przepisując mieszkanie na mnie. Wiedział, jacy są. Głupotą było ich żałować.
— A zawiadomienie na policji?
— Wycofa je. Już poszła podpisać oświadczenie. Wyjaśniłem jej, czym grozi fałszywe zawiadomienie, kiedy są nagrania z monitoringu sklepu i twoje potwierdzenia płatności. Kiedy chodzi o własną skórę, nie jest głupia.
Ola oparła się o ramię męża.
— Waler…
— Mhm?
— Bałam się ci powiedzieć. Myślałam, że to nieodpowiedni moment, przy tych wszystkich skandalach…
— Powiedzieć co?
Ola wzięła jego szeroką dłoń i delikatnie położyła ją na swoim brzuchu.
— Chyba będziemy mieli dziecko. Więc ten pokój z dwoma oknami jednak się przyda. Jest tam tyle światła. Idealnie na pokój dziecięcy.
Walery znieruchomiał. Oczy rozszerzyły mu się ze zdumienia. Zmęczenie zniknęło z jego twarzy, zastąpione oszołomionym, niemal dziecięcym zachwytem.
— Naprawdę?
— Test był pozytywny. Zrobiłam go rano, zanim zadzwoniła policja.
Wziął ją w ramiona i obrócił po dużej kuchni — tej samej, w której zaledwie kilka godzin wcześniej zrzędliwa starsza kobieta żądała kawy, jakby była u siebie.
— Nikt już nigdy nie wejdzie do tego domu bez zaproszenia — wyszeptał Walery, całując ją w czoło. — Zamontuję nowe drzwi. Pancerne. Z wideowizjerem.
— Już to zrobiłeś — powiedziała Ola z uśmiechem. — To ty zostałeś naszymi drzwiami.
Minął miesiąc.
W mieszkaniu po drugiej stronie miasta atmosfera zamieniła się w prawdziwe komunalne piekło. Larisa Pietrowna i Marina kłóciły się każdego wieczoru, aż sąsiedzi zaczynali walić w kaloryfery.
— To wszystko twoja wina! — krzyczała Marina. — Musiałaś tam iść! Gdybyś siedziała cicho, nadal żylibyśmy jak ludzie, a on dalej płaciłby rachunki! Skąd ja teraz wezmę pieniądze na czynsz? Vitalik odszedł przez twoje awantury!
— Próbowałam tylko zrobić to, co należało! — odgryzała się Larisa Pietrowna, licząc drobne na stole. — Kto by pomyślał, że okaże się takim skąpcem? To przez jego żonę — tę żmiję. To ona nastawiła go przeciwko nam!
— Stara idiotko! Przez twoją chciwość jesteśmy teraz niemal bezdomne i mieszkamy tutaj tylko dzięki jego łasce! Walerka dzwonił wczoraj. Powiedział, że jeśli do piątku nie zapłacimy za prąd, odetnie zasilanie. I on naprawdę jest do tego zdolny!
Larisa Pietrowna płakała. Płakała ze złości, bezsilności i gorzkiej świadomości, że po raz pierwszy w życiu jej manipulacja zawiodła. Spróbowała ugryźć rękę, która ją karmiła, a ta ręka odpowiedziała bolesnym policzkiem.
W skrzynce pocztowej czekał pierwszy rachunek. Kwota do zapłaty wystarczyła, by obie zamarły z przerażenia.
Darmowa przejażdżka dobiegła końca. Zaczynało się prawdziwe życie.
A w mieszkaniu z panoramicznymi oknami Ola i Walery wybierali tapetę do pokoju dziecka — jasnożółtą, promienną jak słońce. Za oknem miasto huczało, a autostrada szumiała, lecz w środku panował spokój. Potrójne szyby — i godni zaufania ludzie — nie przepuszczali żadnych przeciągów.