## Część 1. Ołowiana oprawa
— Straciłeś rozum, Margo? — Leonid stał w progu mojej pracowni, patrząc z ostentacyjnym obrzydzeniem na półki wypełnione kolorowym szkłem. — To mieszkanie jest również moje. To ja zrobiłem remont. I dla twojej wiadomości: nigdzie się jeszcze nie wyprowadziłem.
Nie odrywałam wzroku od znajdującego się przede mną witrażowego panelu. Lutownica w mojej dłoni wydawała się ciepłym i stabilnym przedłużeniem mojego ciała. Zazwyczaj zapach kalafonii i roztopionej cyny mnie uspokajał. Dziś był drażniący i duszący, zupełnie jak obecność mojego męża.
Leonid, odnoszący sukcesy scenarzysta gier fabularnych, przez lata żył w przekonaniu, że cały świat kręci się wokół niego. Stał teraz w swoim pretensjonalnym płaszczu w kolorze wielbłądziej sierści, absurdalnie niepasującym do pyłu i odłamków szkła, ociekając arogancją.
— Ten remont opłaciłeś moimi pieniędzmi, Lonia — powiedziałam spokojnie, prowadząc spoiwo wzdłuż łączenia. — Natomiast z Dianą spałeś za darmo. Chyba że dopłaciła ci za szczególne zaangażowanie?
Leonid parsknął i wszedł głębiej do pracowni, odpychając czubkiem buta skrzynkę ze szklanymi odpadkami.
— Oszczędź mi tego melodramatu. Diana nie ma z tym nic wspólnego. Po prostu każde z nas poszło w inną stronę. Jestem człowiekiem twórczym. Potrzebuję powietrza, inspiracji i wolności. A ty… wiecznie siedzisz w brudzie, z pociętymi palcami, w tym fartuchu. Zrobiłaś się nudna, Margo.
— Nudna? — Wreszcie odłożyłam lutownicę i odwróciłam się do niego.
Spojrzałam na człowieka, z którym spędziłam siedem lat, i zobaczyłam obcego. Aroganckiego, zadowolonego z siebie obcego, który z jakiegoś powodu nadal uważał, że ma prawo deptać moje życie.
— Spałeś z żoną swojego szkolnego kolegi — przypomniałam mu. — Paszka o tym wie?
— Paszka jest idiotą — powiedział Leonid z pogardą, chwytając ze stołu nóż do szkła i obracając go w dłoni. — I przestań zmieniać temat. Mieszkanie. Włożyłem w nie duszę. Wybrałem tapety, pilnowałem robotników. Zgodnie z wszelką sprawiedliwością połowa należy do mnie. Albo mnie spłacisz. Powiedzmy… pięć milionów. A wtedy zniknę.
— Znikniesz tak czy inaczej — powiedziałam, podchodząc bliżej i odbierając mu narzędzie. — Twoje rzeczy są już u kuriera. Upewniłam się, że adres twojej matki jest prawidłowy.
— Jeśli wypowiadasz mi wojnę, Margo, przegrasz. — Zmrużył oczy. — Mam znajomości. Mam prawników. Mogę cię psychicznie zmiażdżyć. Jesteś tylko małą rzemieślniczką.
Podszedł na tyle blisko, by górować nade mną wzrostem. Dawniej zmusiłoby mnie to do cofnięcia się, łagodzenia sytuacji i unikania konfrontacji.
— Wyjdź — powiedziałam cicho.
— Wyjdę, kiedy załatwimy sprawę pieniędzy. W przeciwnym razie wrócę z ludźmi i wtedy rozmowa będzie wyglądała zupełnie inaczej. Dobrze się zastanów, Margosza. Masz trzy dni.
Odwrócił się i wyszedł, trzaskając za sobą metalowymi drzwiami.
Stałam, patrząc na nie. Nie czułam strachu. Czułam obrzydzenie i narastającą potrzebę oczyszczenia tego miasta z jego obecności.
## Część 2. Kolacja o smaku goryczy
Restauracja była głośna, elegancka i absurdalnie droga. Dokładnie taka, jaką uwielbiał Leonid. Nie przyszłam tam dla jedzenia. Nasza wspólna „przyjaciółka” Larisa zaprosiła mnie, przysięgając, że ma ważne dokumenty, które Leonid rzekomo zostawił pół roku wcześniej w jej wiejskim domu.
Każdy instynkt krzyczał, żebym tam nie szła.
Mimo wszystko poszłam.
Larisa siedziała przy stoliku obok okna, ale nie była sama. Leonid rozwalił się leniwie obok niej, a po drugiej stronie siedziała Diana — ta sama kobieta, przez którą rozpadło się zarówno moje małżeństwo, jak i małżeństwo Pawła.
— Och, spójrzcie, kto przyszedł — oznajmił głośno Leonid, sprawiając, że ludzie przy sąsiednich stolikach odwrócili głowy. — Siadaj, żono. A może powinienem powiedzieć: prawie była żono?
Diana, efektowna brunetka z makijażem drapieżnicy, zaśmiała się, zasłaniając usta dłonią o długich, spiczastych paznokciach.
— Lonia, musisz być taki ordynarny? — zamruczała. — Margarito, usiądź. Właśnie rozmawialiśmy o tym, jak polubownie rozwiązać twój… problem mieszkaniowy.
Larisa wpatrywała się w sałatkę, za wszelką cenę unikając mojego wzroku.
— Wiedziałaś, że oni tu będą? — zapytałam ją, ignorując przesłodzoną parę obok.
— Rit, spróbuj tylko zrozumieć — wymamrotała w końcu, podnosząc na mnie niespokojne, pełne poczucia winy spojrzenie. — Lonia poprosił mnie, żebym to zorganizowała. Jesteście cywilizowanymi ludźmi. Po co cały ten dramat? Wyrzucanie z domu, skandal? On chce tylko tego, co mu się należy. Jest mężczyzną. Potrzebuje miejsca, w którym mógłby mieszkać i założyć nową rodzinę…
— Nową rodzinę zbudowaną na ruinach starej? — przerwałam jej.
Złość zaczęła pulsować mi w skroniach. Nie z bólu, lecz z powodu czystej bezczelności całej sytuacji.
— A ty, Lariso, kim teraz jesteś? Ich małą swatką?
— Uważaj na słowa — rzucił ostro Leonid.
Zdążył już wypić, a jego twarz nabrała tego paskudnego czerwonawego odcienia, który pojawiał się zawsze, gdy zaczynała narastać w nim agresja.
— Proponujemy ci układ. Przepiszesz na mnie daczę, a ja łaskawie zostawię ci twoje żałosne, małe mieszkanie.
— Tę daczę zostawił mi ojciec — powiedziałam powoli. — Nie masz z nią nic wspólnego. Nigdy nie wbiłeś tam nawet jednego gwoździa, „mężczyzno”. Jedyne, co robiłeś, to przyjeżdżałeś i obżerałeś się szaszłykami.
— Co za wulgarność — powiedziała Diana z grymasem. — Lonia, ona zawsze była taka prostacka? Nic dziwnego, że zostawiłeś ją dla mnie. Przy mnie czujesz się jak król.
— Dokładnie tak, kochanie.
Leonid celowo pogładził ją pod stołem po kolanie, upewniając się, że to zauważyłam.
— Margarito, nie bądź głupia. Mamy na ciebie sposób. Paszka, tak przy okazji, wie o wszystkim. I jest po mojej stronie. Jesteśmy teraz wspólnikami, więc nie licz na to, że przyjdzie mnie pobić. Wszystko zostało ustalone.
Uniósł kieliszek wina i wylał odrobinę na obrus w moją stronę.
— To twoje ostrzeżenie. Podpisz papiery po dobroci, bo inaczej źle się to skończy. Możemy zrujnować ci życie. Znam twoich klientów. Wystarczy kilka plotek, że kradniesz materiały albo nie dotrzymujesz terminów, a twoja reputacja będzie skończona.
Patrzyłam na czerwoną plamę rozlewającą się po obrusie.
Potem wstałam.
— Myślisz, że mnie osaczyłeś? — zapytałam, patrząc mu prosto w oczy.
Mój głos był niski i twardy.
— Mylisz się, Lonia. Nie masz pojęcia, z kim postanowiłeś walczyć.
— Postanowiłem walczyć z przestraszoną kobietą — roześmiał się.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę wyjścia. Za plecami usłyszałam śmiech Diany i nerwowy szept Larisy. Myśleli, że odchodzę pokonana.
Nie rozumieli, że odchodziłam, żeby się przygotować.
## Część 3. Pustkowie rozczarowania
Niedokończone osiedle, na którym znajdowała się działka mojego ojca, przywitało mnie wilgotnym wiatrem i szczekaniem bezpańskich psów. Przyjechałam sprawdzić zamki, lecz brama była szeroko otwarta.
Samochód Leonida stał zaparkowany obok budowlanej przyczepy. Tuż obok znajdował się kolejny pojazd — stary SUV należący do jego kolegi Olega. Obleśny, śliski typ, który zawsze patrzył na kobiety jak na kawałki mięsa.
Wysiadłam z samochodu, mocno ściskając klucze w kieszeni.
Leonid, Oleg i — ku mojemu zaskoczeniu — Paszka, mąż Diany, stali obok fundamentów przyszłego domu. Palili. Śmiali się. Zachowywali się, jakby to miejsce już do nich należało.
— Mówię wam, sauna stanie właśnie tutaj! — mówił Leonid, żywo gestykulując. — Tutaj, z wyjściem na las. Ritka wszystko podpisze. Nie ma wyboru. Wczoraj mocno ją przycisnąłem. Prawie się rozpłakała.
— Prawdziwy z ciebie strateg, Lonia — wtrącił Oleg, spluwając na ziemię.
Paszka nic nie mówił. Wyglądał na wyczerpanego. Najwyraźniej przyjaźnienie się z mężczyzną, z którym zdradziła cię własna żona, kosztowało go resztki sumienia.
— Co wy tutaj robicie?! — krzyknęłam, podchodząc bliżej.
Cała trójka odwróciła się w moją stronę. Twarz Leonida wykrzywił paskudny uśmiech.
— No proszę, spójrzcie, kto się zjawił. Sama władczyni Miedzianej Góry. Przyjechałaś oddać klucze?
— To teren prywatny. Wynoście się — powiedziałam, starając się zachować spokojny ton, podczas gdy adrenalina zaczynała krążyć mi w żyłach.
— Posłuchaj, Rita — odezwał się Oleg, podchodząc bliżej.
Był wielki, ociężały, ale silny.
— Nie cwaniakuj. Lonia i ja robimy tutaj plany. On jest mężczyzną. Bardziej tego potrzebuje. A ty znajdziesz sobie jakiegoś innego… szklarza.
Zaczęli się do mnie zbliżać.
Trzech mężczyzn przeciwko jednej kobiecie.
Najstarszy sposób zastraszania na świecie.
— Pasza, ty też? — zapytałam, spoglądając na zdradzonego męża. — On sypia z twoją żoną, a ty liżesz mu buty?
Pavel odwrócił wzrok.
— Interesy to interesy, Rit. Diana dokonała wyboru. Lonia zaoferował mi udział w projekcie. Nic osobistego. Skoro nie chcesz oddać mieszkania, przepisz przynajmniej daczę.
— Jesteś żałosny — wycedziłam.
Nagle Leonid chwycił mnie za ramię. Jego palce boleśnie wbiły się w moje ciało.
— Jutro podpiszesz dokumenty przekazania własności. W przeciwnym razie rozbijemy te fundamenty na kawałki. A potem zajmiemy się twoją pracownią. Rozumiesz?
W tym momencie przez bramę wjechał kolejny samochód. Niewielkie, zwinne miejskie auto.
Wyskoczyła z niego Zoya, siostra Leonida.
— Lonia! Co ty wyprawiasz, idioto?! — krzyknęła, biegnąc w naszą stronę.
Leonid puścił moje ramię i skrzywił się.
— Zoya, wynoś się. Nie wtrącaj się w męskie sprawy.
— Męskie sprawy? — Zoya stanęła między mną a swoim bratem.
Była drobna, ale wściekła.
— Próbujesz ograbić własną żonę ze wszystkiego po tym, jak ją zdradziłeś? Prawie doprowadziłeś matkę do zawału, jęcząc, że „wyrzucono cię z domu”, a tymczasem jeździsz SUV-em i zabierasz dziwki do restauracji?
— Zamknij się! — ryknął Leonid, podnosząc rękę.
Złapałam go za nadgarstek.
Dłoń, którą każdego dnia obrabiałam szkło, była silniejsza, niż sądził. Nie ograniczyłam się do zatrzymania go. Pociągnęłam jego ramię w dół i na bok na tyle mocno, że się zachwiał.
— Nie dotykaj jej — warknęłam. — I nigdy więcej nawet nie próbuj podnosić ręki na mnie.
— Ty… — powiedział oszołomiony.
Oleg i Paszka wymienili spojrzenia, ale żaden z nich się nie poruszył. Zoya wykorzystała tę chwilę i złapała mnie za ramię.
— Chodź, Rit. Jedziemy. Nie zasługują nawet na to, żeby oddychać tym samym powietrzem co my.
Wycofałyśmy się w stronę samochodów. Leonid nadal krzyczał o procesach i o tym, że wszystkiego pożałuję, ale w jego oczach widziałam dezorientację.
Nie spodziewał się, że odpowiem siłą.
## Część 4. Biurowe akwarium
Nie wróciłam do domu.
Pojechałam prosto do ich biura.
Firma Leonida zajmowała przestrzeń typu open space na piątym piętrze centrum biznesowego. Musiałam to zakończyć, dopóki mój gniew nadal płonął.
Była pora lunchu. Pracownicy spokojnie pili kawę. Minęłam recepcję, nawet nie patrząc na sekretarkę. Zoya została w samochodzie. Zabroniłam jej wchodzić.
To była moja walka.
Leonid siedział przy swoim biurku i rozmawiał z Dianą, która najwyraźniej była tam oficjalnie zatrudniona jako „konsultantka”. Gdy tylko mnie zobaczył, najpierw pobladł, a potem zrobił się purpurowy.
— Co ty tutaj robisz?! Ochrona! — wrzasnął.
— Przyniosłam ci twoje dokumenty — powiedziałam głośno.
W całym biurze zapadła cisza. Wszystkie głowy odwróciły się w naszą stronę. Jego współpracownicy znali Leonida jako czarującego człowieka sukcesu. Nigdy nie widzieli zgnilizny ukrytej pod powierzchnią.
— Jakie dokumenty? — zapytał ostrożnie, już mając nadzieję, że w końcu skapitulowałam.
Podeszłam do jego biurka i wysypałam przed nim zawartość torby.
Nie były to dokumenty dotyczące mieszkania.
Były to wydruki jego służbowych wiadomości e-mail z konta, które głupio pozostawił zalogowane na moim starym laptopie. Wiadomości, w których omawiał nielegalne łapówki, obrażał partnerów biznesowych, a nawet kpił z Diany, nazywając ją „tymczasowym rozwiązaniem do seksu”.
— Czytaj — powiedziałam. — Wy też czytajcie.
Diana wyrwała jedną z kartek. Jej twarz znieruchomiała.
— „Głupia lalka, której niedługo się pozbędę”? Lonia, co to ma znaczyć?
— To fałszywka! Photoshop! Ona kłamie! — krzyknął Leonid, gwałtownie podnosząc się z krzesła.
— A faktury wystawione na firmy-słupy też są fałszywe? — zapytałam, rzucając na biurko teczkę z raportami finansowymi. — Okradałeś własnych wspólników, Lonia. Na moje mieszkanie nigdy nie było pieniędzy, ale na restauracje zawsze się znajdowały.
Rzucił się na mnie, próbując zasłonić mi usta dłonią.
— Zamknij się, suko!
Popchnął mnie. Uderzyłam biodrem o biurko, ale prawie tego nie poczułam. Czułam jedynie zimną, krystalicznie czystą wściekłość.
— Właśnie uderzyłeś kobietę? — odezwał się ostro ktoś z sąsiedniego stanowiska.
Nikt już się nie uśmiechał.
Poprawiłam marynarkę.
— Prawo do przyzwoitego życia straciłeś już dawno temu — powiedziałam. — A teraz straciłeś również twarz.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę windy.
Za mną Leonid coś wykrzykiwał, Diana wrzeszczała i okładała go torebką, a kilku pracowników już nagrywało wszystko telefonami. Szczurze gniazdo zaczynało rozpadać się od środka.
Wiedziałam jednak, że to jeszcze nie koniec.
Przyjdzie się zemścić.
Tacy ludzie jak on nigdy nie potrafią przegrywać z godnością.
## Część 5. Betonowe pudełko
Tego samego wieczoru.
Moje mieszkanie.
Moja twierdza — ta, którą chciał mi odebrać.
Czekałam na niego.
Wiedziałam, że nie pójdzie do sądu. Miał już zbyt wiele problemów w pracy, a wkrótce i tak nie będzie go stać na dobrych prawników. Spróbuje postawić wszystko na jedną kartę.
Dzwonek zadzwonił długo i głośno.
Otworzyłam drzwi.
Leonid stał na progu. Pijany, rozczochrany, z rozdartym kołnierzykiem koszuli — najwyraźniej Diana przynajmniej tyle zdołała zrobić.
Za nim stali Oleg i jakiś nieznany mi olbrzym.
— Otwieraj, suko! — Leonid siłą wdarł się do korytarza, odpychając mnie drzwiami. — Nauczę cię szanować własnego męża!
— Nie jesteś moim mężem — powiedziałam, cofając się w głąb korytarza.
— To mój dom! Chłopaki, wyrzućcie jej rzeczy z balkonu! A ją samą wywalcie na klatkę schodową! — szczeknął.
Ruszyli w moją stronę.
Spodziewali się łez.
Błagania.
Histerii.
Tacy mężczyźni są przyzwyczajeni do tego, że kobiety są ofiarami.
Zapomnieli jednak, że pracuję przy witrażach.
Noszę ołowiane ramy i skrzynie ze szkłem ważące ponad pięćdziesiąt kilogramów. Moje dłonie nie są delikatne.
Są jak zaciski.
Kiedy Leonid wyciągnął rękę w stronę moich włosów, nie zrobiłam uniku.
Zrobiłam krok do przodu.
Cała złość, która gromadziła się we mnie przez wiele tygodni, skupiła się w jednym ruchu.
Złapałam go za klapy płaszcza i przyciągnęłam do siebie z siłą, której wyraźnie się nie spodziewał, jednocześnie wbijając mu kolano prosto w krocze.
Wydał z siebie zduszony okrzyk i zgiął się wpół.
— Myślałeś, że zacznę płakać?! — wrzasnęłam mu do ucha.
Nie był to krzyk przerażonej kobiety.
To był ryk zwierzęcia broniącego swojego terytorium.
— Myślałeś, że jestem słaba?!
Rzuciłam go na bok, prosto na szafkę na buty. Runął na nią, rozrzucając obuwie po całym korytarzu.
Olbrzym rzucił się w moją stronę, ale chwyciłam ciężki metalowy wieszak stojący w rogu. To, co zobaczył na mojej twarzy, zatrzymało go w pół kroku.
— Jeszcze jeden krok, a roztrzaskam ci czaszkę — powiedziałam spokojnie.
Ten spokój był gorszy niż krzyk.
— To będzie obrona konieczna. W moim własnym domu.
Oleg zaczął cofać się w stronę drzwi.
— Odpuść, Lonia. Zostaw ją w spokoju. Nie mówiłeś, że jest szalona.
— Wstawaj! — krzyknęłam, rzucając się w stronę Leonida, który skręcał się na podłodze.
Złapałam go za tył płaszcza. Materiał rozdarł się w mojej dłoni. Jednym gwałtownym szarpnięciem postawiłam go na nogi, chociaż był ode mnie cięższy.
Gniew daje nadludzką siłę.
— Wynoś się!
Pchnęłam go w stronę drzwi, uderzając od tyłu, gdy potykał się i jęczał. Dosłownie wyrzuciłam go na klatkę schodową.
Przeleciał kilka metrów i uderzył w drzwi mieszkania naprzeciwko.
Jego „posiłki” — Oleg i osiłek — już uciekali po schodach, przeskakując stopnie w panice.
Tchórze.
Szczury opuszczające tonący statek.
Leonid spojrzał na mnie.
W jego oczach pojawił się zwierzęcy strach.
Po raz pierwszy widział prawdziwą mnie. Nie wygodną, potulną Margo, lecz coś dzikiego, zdolnego go złamać.
— Nigdy więcej tu nie wracaj — powiedziałam, patrząc na niego z góry. — Zapomnij mój adres. Zapomnij moje nazwisko. Bo następnym razem się nie zatrzymam.
Następnie zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem i przekręciłam klucz.
Cisza.
Spojrzałam na swoje dłonie. Drżały, lecz nie ze strachu. To adrenalina zaczynała opadać. Kostki miałam otarte.
Poszłam do kuchni i nalałam sobie szklankę wody.
Na zewnątrz, na podwórzu, ryknął silnik, po czym natychmiast zgasł.
Najwyraźniej ich samochód również nie chciał odpalić.
Uśmiechnęłam się.
Czułam się całkowicie, nieskończenie wolna.
Mój gniew wykonał swoje zadanie.
Wypalił wszystkie ślady bólu, pozostawiając jedynie spokój — czysty i przezroczysty.
Jak szkło po przejściu przez ogień.