Już od dziesięciu minut Alla wycierała te same filiżanki. Myśli miała splątane, ręce jej drżały. W uszach wciąż dźwięczał głos Pawła:
— Złożyłem pozew o rozwód. Dom będzie mój, pieniądze też. Sama rozumiesz: wszystko jest zapisane na mnie.
Trzydzieści dwa lata małżeństwa. Trzydzieści dwa! I wszystko — przekreślone jednym zdaniem. Nawet nie powiedział tego przy kolacji, tylko rzucił mimochodem, wkładając papiery do teczki.
Telefon zawibrował. Syn.
— Mamo? Wszystko w porządku? — głos Dimy brzmiał na zmartwiony.
— Wszystko dobrze — Alla przełknęła gulę w gardle. — Naprawdę, wszystko jest w porządku.
— Tata do mnie dzwonił. To prawda?
— Tak.
— Boże, mamo, dlaczego ty jesteś taka spokojna? On chce… on chce rozwodu!
— A co mam zrobić, Dima? Krzyczeć? Urządzić scenę?
Alla odstawiła filiżankę na półkę. Przez trzydzieści dwa lata zawsze ustawiała je według wielkości. Paweł lubił, kiedy wszystko było idealnie uporządkowane.
— Powiedział, że dom i konta należą do niego — odezwała się cicho.
— Co?! Jak on może tak mówić? Przecież wszystko budowaliście razem!
— Razem… — Alla zaśmiała się gorzko. — Wszystko jest zapisane na niego, Dima.
Rozległ się dzwonek do drzwi. To była sąsiadka Wiera, jedyna przyjaciółka, która nie oddaliła się przez te lata odosobnionego życia Alli i Pawła.
— Alloczka! — Wiera z impetem objęła ją ramionami. — Wszyscy już wiedzą. Ten twój… człowiek!
— Skąd? — tylko tyle zdołała wydusić Alla.
— Luda z drugiej klatki widziała go z młodą dziewczyną. Oglądali mieszkanie w nowym bloku. Powiedział jej wprost: „Po rozwodzie zamieszkamy tutaj”.
Alla oparła się o ścianę. Coś w niej pękło.
— Więc on ma… kogoś innego?
— Nie wiedziałaś? — Wiera zasłoniła usta dłonią. — Och, jaka ja głupia…
Tej nocy Alla nie spała. Oglądała stare fotografie. Było tam ich wesele — ona w prostej białej sukni, szczęśliwa. Ich pierwszy wyjazd — morze, słońce. Mały Dima. I ostatnie pięć lat — prawie żadnych wspólnych zdjęć. Tylko Paweł na prezentacjach albo w delegacjach.
Rano odkryła, że sejf w gabinecie Pawła był otwarty. Zabrał wszystkie dokumenty. Nawet te dotyczące domu, który budowali razem. Wciąż pamiętała, jak nosiła cegły, wybierała tapety, oddawała swoją nauczycielską pensję…
— Nie mogę się tak po prostu poddać — powiedziała do swojego odbicia w lustrze.
W kancelarii adwokackiej było chłodno i pachniało kawą.
— Nazywam się Olga Wiktorowna — przedstawiła się prawniczka. — Proszę opowiedzieć mi swoją sytuację.
Alla mówiła urywkami, co chwilę się zatrzymując:
— Zawsze myślałam… że jesteśmy rodziną… Nigdy nie zwracałam uwagi na dokumenty…
— Wiele kobiet tak robi — przytaknęła Olga. — Ale jest dobra wiadomość. Nawet jeśli wszystko jest zapisane na pani męża, zgodnie z prawem majątek nabyty w trakcie małżeństwa dzieli się po równo.
— Naprawdę? — Alla podniosła głowę. — Ale on mówi, że…
— A czego pani się spodziewała, że powie? — Olga uśmiechnęła się kpiąco. — Oczywiście, że będzie się upierał. To klasyka. Ma pani jakieś dokumenty? Rachunki? Potwierdzenia długu?
Po powrocie do domu Alla zaczęła szukać wszędzie. W starym pudełku znalazła rachunki za materiały budowlane do domu oraz potwierdzenia długu Pawła, kiedy „pożyczał” pieniądze na swój interes. Zachowała to wszystko, sama nie wiedząc dlaczego. Nauczycielski nawyk — przechowywać papiery.
Telefon znów zadzwonił.
— Co ty sobie wyobrażasz? — głos Pawła był lodowaty. — Byłaś u adwokata?
— Skąd ty…
— To nieważne. Słuchaj, Alla — jego ton złagodniał — po co robić wojnę? Rozstańmy się spokojnie. Zostawię ci trochę pieniędzy na start.
— Trochę? — Alla ścisnęła telefon. — A połowa domu? Nasz wspólny biznes?
— Jaki wspólny biznes? — Paweł się roześmiał. — O czym ty mówisz? Jesteś emerytowaną nauczycielką, jaki biznes?
— Zainwestowałam pieniądze. Mam potwierdzenia długu.
— Potwierdzenia długu? — jego głos zadrżał. — Co za bzdury! To były prezenty.
— Porozmawiamy o tym w sądzie — powiedziała nagle stanowczo i się rozłączyła.
Serce waliło jej jak oszalałe. Nigdy wcześniej nie odezwała się do niego takim tonem. Zawsze ustępowała, zawsze się zgadzała. Przez trzydzieści dwa lata przytakiwała. A teraz…
— Czy ja naprawdę to zrobiłam? — wyszeptała i po raz pierwszy od wielu dni się uśmiechnęła.
Kolejne tygodnie minęły jak we mgle. Alla zbierała dokumenty, spotykała się z adwokatką, uczyła się prawniczego języka. Na uczelni wzięła urlop — nie potrafiła skupić się na zajęciach.
— Alloczka, schudłaś — zauważyła jej koleżanka Marina w pokoju nauczycielskim. — Przynajmniej coś zjedz.
— Nie mam czasu — machnęła ręką Alla. — Muszę przygotować dokumenty.
— Powiedz, a ten człowiek… nie grozi ci?
— Na razie tylko przez telefon — skrzywiła się Alla. — Dzwoni i mówi: „Opamiętaj się”. Jakbym to ja była szalona, wyobrażasz sobie?
Tego wieczoru zadzwonił syn.
— Mamo, on doprowadza mnie do szału — głos Dimy brzmiał na zmęczony. — Dzwoni codziennie i każe mi wywierać na ciebie presję.
— A ty?
— Ja? Powiedziałem, że to wasza sprawa. Wpadł w furię.
Alla westchnęła. Dima zawsze trzymał się z dala od jej problemów z Pawłem. Może tak było lepiej.
— Mamo, jak się trzymasz?
— Trzymam się — przełknęła gulę w gardle. — Wiesz, znalazłam stare zdjęcia. Pamiętasz, jak budowaliśmy dom? Byłeś jeszcze mały.
— Jasne, że pamiętam! Nosiłem cegły! — Dima się roześmiał. — A tata tylko wydawał polecenia.
— Tak. A to ja dawałam pieniądze.
— Co?
— Właśnie tak. Cała moja pensja szła na materiały budowlane. Nawet zachowałam rachunki.
— Niesamowite! A on dalej mówi, że wszystko zrobił sam…
Telefon zapiszczał — połączenie przychodzące od Pawła. Alla odrzuciła je.
— Znowu dzwoni. Teraz robi to codziennie.
— Nie odbieraj.
— Nie odbieram. Ale i tak przychodzi.
Wczoraj Paweł zjawił się bez zapowiedzi. Stał na progu z tym samym spojrzeniem, które kiedyś zawsze ją uciszało. Wcześniej działało. Teraz już nie.
— Oddaj mi te potwierdzenia długu — zażądał.
— Nie.
— Alla, igrasz z ogniem.
— To ty igrasz, Pasza. Ze mną. Od trzydziestu dwóch lat.
Wyszedł, trzaskając drzwiami tak mocno, że posypał się tynk.
A dziś przyszła ona. Młoda, zadbana, z bezczelnym spojrzeniem.
— Jestem Katia — przedstawiła się na progu. — Musimy porozmawiać.
— O czym?
Alla skrzyżowała ręce na piersi.
— O Pawle. On cierpi. I tak się rozwiedziecie, więc po co robić cały ten cyrk?
— Jaki cyrk?
— No, wszystkie te… twoje roszczenia. O dom, o pieniądze.
— O moje pieniądze — sprostowała Alla.
— Co masz na myśli, twoje pieniądze? — Katia przewróciła oczami. — To Pasza prowadził firmę, a ty…
— A ja co?
Młoda kobieta zawahała się.
— No… gospodyni domowa.
— Od trzydziestu lat uczę na uczelni.
— Nieważne! — przerwała jej Katia. — Pasza i ja się kochamy. A ty…
— Ile masz lat, Katiu?
— Dwadzieścia siedem — odpowiedziała wyzywająco.
— W wieku dwudziestu siedmiu lat też myślałam, że wszystko jest takie proste. — Alla westchnęła. — Powiedz Pawłowi, że zobaczymy się w sądzie.
Po wyjściu Katii Alla długo stała przed lustrem. Zmarszczki, siwe włosy… Nie, nie mogła rywalizować z tą dziewczyną. Ale czy naprawdę o to chodziło?
— Nie walczę o młodość — powiedziała do swojego odbicia. — Walczę o sprawiedliwość.
Wieczorem zadzwoniła Olga Wiktorowna.
— Alla Siergiejewna, dokumenty są gotowe. Jutro składamy pozew do sądu.
— Tak szybko?
— Po co zwlekać? Mamy niepodważalną pozycję. Zresztą pani były mąż do mnie dzwonił.
— I czego chciał?
— Groził mi — prychnęła prawniczka. — Ale ja nie należę do tych, którzy się boją. Więc, jest pani gotowa na rozprawę?
— Nie — odpowiedziała Alla szczerze. — Ale nie mam wyboru.
— I to jest właściwe nastawienie — pochwaliła Olga. — Do jutra.
Sala rozpraw okazała się mniejsza, niż Alla sobie wyobrażała. Zwyczajny pokój z drewnianymi ławkami, biurkiem sędziego i godłem na ścianie. Zdenerwowana, obracała w palcach pasek torebki i unikała patrzenia na Pawła, siedzącego naprzeciw z zadowoloną miną.
— Nie martw się — szepnęła Olga Wiktorowna. — Wszystko przewidziałyśmy.
— A jeśli coś wymyśli? Nie znasz go…
— Takich jak on widuję dziesięciu dziennie — uśmiechnęła się adwokatka. — Proszę spojrzeć, przyprowadził Antona Markina. Ulubieńca bogatych klientów. Ale faktów nie da się podważyć.
Do sali weszła sędzia — kobieta w średnim wieku o zmęczonej twarzy.
— Rozpatrujemy sprawę o podział majątku małżonków Sokołowów — szybko przejrzała dokumenty. — Strona powodowa?
— Paweł Nikołajewicz Sokołow — wstał adwokat Pawła. — Mój klient wnosi o oddalenie roszczeń pozwanej dotyczących majątku jako bezpodstawnych, ponieważ cały majątek został nabyty z jego osobistych środków i jest zapisany na jego nazwisko.
Alla zacisnęła pięści. Co za bezczelność! Przypomniała sobie, jak oszczędzała na wszystkim, oddając pieniądze na budowę domu. Jak brała dodatkowe godziny na uczelni, by „inwestować w ich wspólną przyszłość”.
— Pozwana, jakie jest pani stanowisko? — zapytała sędzia.
— Alla Siergiejewna nie zgadza się z żądaniami strony powodowej — oznajmiła pewnie Olga Wiktorowna. — Majątek został nabyty w trakcie małżeństwa, a żona uczestniczyła zarówno finansowo, jak i własną pracą. Mamy na to dowody.
Paweł prychnął i coś szepnął adwokatowi. Ten skinął głową.
— Jakie dowody? — zapytała sędzia.
Olga Wiktorowna wyjęła teczkę:
— Potwierdzenia długu podpisane przez Pawła Nikołajewicza, poświadczające otrzymanie środków od żony na budowę domu. Rachunki za zakup materiałów opłaconych z osobistej karty Alli Siergiejewny. Wyciągi bankowe potwierdzające regularne i znaczne wypłaty w okresie budowy. Zeznania świadków.
— Co za bzdury?! — Paweł nie wytrzymał. — Jakie potwierdzenia długu? To było tak dawno, że nic nie pamiętam!
— Cisza na sali — powiedziała surowo sędzia. — Będzie pan mówił tylko wtedy, gdy zostanie panu udzielony głos.
Olga podała dokumenty sędzi. Ta uważnie je obejrzała.
— Wzywamy świadka Dmitrija Sokołowa.
Dima wszedł na salę. Wyraźnie się denerwował.
— Dmitriju, czy może pan potwierdzić, że pańska matka uczestniczyła finansowo w budowie domu?
— Tak — skinął głową. — Byłem jeszcze mały, ale pamiętam, że mama ciągle przynosiła pieniądze na budowę. Mówiła: „To moja pensja, na materiały”.
— Wszystko zmyślone! — Paweł znowu poderwał się z miejsca. — Po prostu kryje matkę!
— Sokołow, jeszcze jedna uwaga i wyproszę pana z sali — przerwała sędzia.
Potem zeznawali kolejni świadkowie. Sąsiadka Wiera opowiedziała, jak Alla brała pożyczkę na pierwszą wpłatę za dom. Koleżanka z uczelni przypomniała sobie, że Alla dawała korepetycje „na płytki do łazienki”.
Z każdym kolejnym świadkiem Paweł stawał się coraz bardziej ponury. Jego adwokat nerwowo przekładał papiery.
— A teraz chciałabym przedstawić jeszcze jeden dokument — powiedziała Olga Wiktorowna, wyjmując pożółkłą kartkę. — To pełnomocnictwo Alli Siergiejewny dla męża do zarządzania sprawami w jego firmie. A tutaj znajduje się wyciąg bankowy potwierdzający, że kapitał początkowy przedsiębiorstwa został wpłacony z jej konta oszczędnościowego.
Na sali zapadła cisza. Paweł pobladł.
— Skąd to masz? — syknął.
— Z archiwum banku — odparła spokojnie Olga. — Takie dane przechowuje się przez długi czas.
Sąd udał się na naradę. Alla siedziała nieruchomo, bojąc się uwierzyć, że wszystko idzie tak dobrze.
— Wygramy? — wyszeptała.
— Już wygrałyśmy — mrugnęła Olga. — Sędzia nie ma wyboru. Prawo jest po naszej stronie.
Pół godziny później sędzia wróciła i odczytała wyrok:
— Uznaje się prawo Alli Siergiejewny Sokołowej do połowy wspólnie nabytego majątku, w tym domu, kont bankowych oraz udziału w przedsiębiorstwie…
Paweł zerwał się na równe nogi.
— To niemożliwe! Złożę apelację!
— Proszę bardzo — odparła sędzia niewzruszenie. — Ale wyrok pozostaje w mocy.
Minęło sześć miesięcy.
Alla siedziała w kuchni swojej połowy domu i zagniatała ciasto. Po podziale majątku ona i Paweł oficjalnie zarejestrowali dom jako dwa oddzielne lokale z osobnymi wejściami. Na początku było to dziwne, ale później się przyzwyczaiła. A Paweł prawie się nie pokazywał — mieszkał ze swoją Katią.
Telefon zapiszczał — zamówienie na wypieki z pobliskiej kawiarni. Kolejny tort na jutro. Alla uśmiechnęła się. Kto by pomyślał, że jej hobby z pieczeniem zamieni się w mały biznes?
Rozległ się dzwonek do drzwi. Na progu stał Dima z ogromnym bukietem.
— Wszystkiego najlepszego, mamo!
— Och, Dimochka! — uściskała syna. — Dziękuję, kochany!
— Jak się czujesz? Widzę, że znowu pieczesz? — wskazał na jej dłonie obsypane mąką.
— Tyle mam zamówień! Wyobrażasz sobie, jestem zajęta na dwa tygodnie do przodu!
— Jesteś niesamowita! — Dima usiadł przy stole. — A twój były nie daje ci spokoju?
Alla mieszała krem w misce.
— Był w zeszłym tygodniu. Powiedział, że pokłócił się z Katią.
— I co?
— Chciał wrócić, wyobrażasz sobie? — prychnęła. — Mówi: „Alla, po co się rozstaliśmy jak idioci? Ułóżmy wszystko jak dawniej”.
— A ty?
— A ja mu powiedziałam: „Pasza, za późno. Dopiero teraz odnalazłam samą siebie”.
Dima roześmiał się z satysfakcją i urwał kawałek surowego ciasta.
— Mamo, jestem z ciebie naprawdę dumny. Serio. Nigdy bym nie pomyślał, że potrafisz tak wszystko zmienić.
— Ja też tak nie myślałam — powiedziała Alla, patrząc przez okno. — Wiesz, czasem dzieje się coś złego, a potem rozumiesz, że to było na lepsze.
Wieczorem przyszli goście — koleżanki z uczelni, nowi znajomi z klubu cukierniczego, sąsiadka Wiera. Alla nakryła stół w swoim odnowionym salonie. Po rozwodzie wszystko tam zmieniła — jasne tapety zamiast ciemnych, nowe meble. Paweł zawsze lubił ciężkie zasłony i wielkie szafy. Ona chciała światła i przestrzeni.
— Za królową tego dnia! — Wiera wzniosła kieliszek. — Za naszą bohaterkę!
— Och, jaka ze mnie bohaterka — powiedziała Alla nieśmiało.
— Prawdziwa! — dodała Marina z uczelni. — Tyle kobiet znosi wszystko i boi się cokolwiek zmienić. A ty to zrobiłaś!
Kiedy goście się rozeszli, Alla usiadła na kanapie z filiżanką herbaty. Znów zadzwonił dzwonek do drzwi. Na progu stał Paweł z pudełkiem czekoladek.
— Wszystkiego najlepszego — mruknął.
— Dziękuję — odpowiedziała, nie zapraszając go do środka.
— Możemy porozmawiać?
— O czym?
— Brakuje mi ciebie, Alla.
Uważnie spojrzała na męża. Postarzał się, schudł. Ale oczy miał te same — przebiegłe, wyrachowane.
— A Katia?
— Rozstaliśmy się. To nie była ta właściwa.
— A ja jestem tą właściwą? — Alla uśmiechnęła się ironicznie. — Pasza, jest już za późno. Mam teraz własne życie.
— Jakie życie? Piec ciasta? — prychnął.
— Ciasta też. I poznałam nowych przyjaciół. Zapisałam się do chóru. I ogólnie… jest mi dobrze.
— Beze mnie?
— Wyobraź sobie — uśmiechnęła się spokojnie. — Przez trzydzieści dwa lata żyłam dla ciebie. Teraz chcę żyć dla siebie.
Paweł w milczeniu podał jej czekoladki i odszedł. Alla zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami.
— Udało mi się — szepnęła. — Naprawdę mi się udało.
Rano obudził ją dźwięk telefonu. Nowe zamówienie — tort weselny dla trzydziestu osób.
— Czy będzie gotowy na sobotę? — zapytała młoda dziewczyna.
— Będzie — odpowiedziała Alla z pewnością. — Teraz potrafię już wszystko.
Otworzyła okno. Wiosenne słońce zalało pokój światłem. Czekało na nią tyle planów — kursy cukiernicze, wyjazd nad morze z przyjaciółkami, spotkanie z wnukiem, którego oczekiwał Dima.
— Kto by pomyślał — uśmiechnęła się Alla, unosząc wzrok ku niebu — że w wieku pięćdziesięciu pięciu lat życie dopiero się zaczyna.