Lena składała maleńkie śpioszki, kiedy w zamku zgrzytnął klucz. Serce ścisnęło jej się z niepokoju — Andriej był w pracy, a zapasowy komplet kluczy znajdował się u teściowej „na wypadek nagłych sytuacji”. Tyle że dla Galiny Pietrowny każdy dzień tygodnia był nagłym przypadkiem.
— Lenoczka! Gdzie jesteś?
Lena wyszła na korytarz, poprawiając sweter na brzuchu. Jej teściowa stała już w przedpokoju z torbami z marketu budowlanego i właśnie zdejmowała płaszcz.
— Dzień dobry, Galino Pietrowno.
— Jaki tam dzień dobry, przecież prawie wieczór — odparła teściowa, wchodząc do salonu i lustrując każdy kąt krytycznym spojrzeniem. — Znowu cały dzień siedziałaś w domu? Za moich czasów pracowało się do samego końca.
Przez trzy lata Lena nauczyła się jednego: lepiej było przytaknąć niż wdawać się w dyskusję. Mieszkali osobno — więc jakie znaczenie miało to, co myślała teściowa?
— Przyniosłam farbę — oznajmiła Galina Pietrowna, stawiając puszki na kanapie. — Niebieską. Prawdziwą farbę, a nie ten twój żółty absurd.
Lena spojrzała na puszki. Ona i Andriej przez dwa tygodnie wybierali kolor do pokoju dziecka, marząc…
— Ale przecież już go pomalowaliśmy…
— I co z tego? Pomalujesz jeszcze raz — teściowa już kierowała się do pokoju. — Chłopiec potrzebuje męskiego koloru, a nie czegoś takiego nijakiego.
W pokoju dziecięcym Galina Pietrowna zatrzymała się pośrodku, krzyżując ręce na piersi.
— Co za koszmar. Łóżeczko stoi źle — nie stawia się go przy oknie. A te zasłony z królikami… To niby dla noworodka?
— Nam się podobają…
— Mnie nie. I mojemu wnukowi też nie. — Dotknęła zasłon z pogardą. — Jutro wszystko zrobimy od nowa.
Lena milczała. Jak zawsze. Dziecko kopnęło ją w brzuch — jakby protestowało przeciwko cudzym planom wobec swojego pokoju.
Andriej wrócił późno. Lena czekała na niego w kuchni, gdzie puszki z farbą zostawione przez jego matkę nadal stały na widoku.
— Mama była?
— Przyniosła farbę. Chce przemalować pokój dziecka.
Andriej potarł grzbiet nosa — to był wyraźny znak, że każda rozmowa o matce go drażniła.
— Może ten niebieski byłby lepszy…
— Przecież wybraliśmy żółty. Razem.
— Tak, ale… — unikał jej wzroku. — Ona po prostu chce tego, co najlepsze.
— A ja?
Pytanie zawisło w powietrzu. Andriej otworzył lodówkę, udając, że szuka w niej czegoś ważnego.
Rano teściowa zjawiła się z malarzem — chudym chłopakiem, który najwyraźniej już żałował, że przyjął to zlecenie.
— To Maksim. Zrobi wszystko szybko — powiedziała Galina Pietrowna, wydając polecenia tak, jakby była u siebie. — Zacznij od sufitu.
— Galino Pietrowno, może powinniśmy poczekać? Andriej nawet tego nie widział…
— Po co go tym męczyć? Mężczyźni nic nie rozumieją z wystroju wnętrz. — Już wynosiła zabawki z pokoju. — To sprawa kobiet.
Zabawne — kiedy chodziło o zapłacenie za remont, nagle stawało się to sprawą mężczyzn.
Lena poszła do kuchni. Słuchała odgłosów cudzego remontu we własnym domu i głaskała się po brzuchu. Dziecko wierciło się niespokojnie.
— Daj więcej! Wciąż widać ten żółty pod spodem! — szczekała Galina Pietrowna z pokoju.
Wieczorem pokój był niebieski. Chłodny. Obcy.
— No i co powiesz? — Teściowa podziwiała efekt. — Teraz widać, że dorasta tu mężczyzna.
Lena stała w progu i nie poznawała pokoju, który urządzała z taką miłością.
Tydzień później teściowa przyszła z zasłonami — granatowymi, w paski.
— Te króliki się nie nadają. Chłopiec potrzebuje poważnego otoczenia.
Już zdejmowała stare zasłony — te, które Lena i Andriej kupili w szczęśliwym dniu, gdy dowiedzieli się, że Lena jest w ciąży.
— Galino Pietrowno, one są nowe…
— Nowe nie znaczy właściwe.
Coś pękło w niej w środku. Cicho, ale nieodwracalnie.
— Dosyć.
— Co?
— Odłóż te zasłony. Natychmiast.
Galina Pietrowna odwróciła się powoli, trzymając zasłony w dłoniach.
— Ty oszalałaś?
— To mój dom. I mój pokój dla dziecka.
Teściowa spojrzała na nią tak, jakby Lena nagle zaczęła mówić po suahili.
— Twój? To dom mojego syna!
— Twój syn jest tu zameldowany. Ale właścicielką jestem ja.
— Jak ty śmiesz?! — Galina Pietrowna pobladła, a zasłony wyślizgnęły jej się z rąk. — Robię to dla ciebie, myślę o moim wnuku!
— Myślisz tylko o sobie. O tym, jak wszystko urządzić po swojemu.
Lena podeszła do szafy i wyjęła teczkę z dokumentami. Jej dłonie były spokojne — zadziwiająco spokojne.
— Wynoś się stąd! — wrzasnęła teściowa. — To dom mojego syna i mam tu pełne prawo—
— Nie. — Lena położyła akt własności na komodzie. — Oto dokumenty. Mieszkanie zostało kupione za moje pieniądze jeszcze przed ślubem.
Mówiła cicho, ale każde słowo przecinało ciszę jak ostrze.
— Więc to ty stąd wyjdziesz. Natychmiast.
Galina Pietrowna chwyciła papiery drżącymi rękami i przebiegła wzrokiem po kolejnych linijkach. Jej twarz zrobiła się trupio blada.
— Andriej! — krzyknęła. — Andriej, chodź tu natychmiast!
— Andriej jest w pracy. A kiedy wróci, porozmawiamy z nim razem.
— Ty… ty niszczysz tę rodzinę! Nastawiasz mojego syna przeciwko matce!
— Chronię swoją rodzinę przed kimś, kto przez trzy lata traktował nasz dom jak swoją prywatną własność.
Galina Pietrowna chodziła tam i z powrotem po pokoju, między niebieskimi ścianami — pomniku swojej „troski”.
— Andriej mnie nie porzuci! Jestem jego matką!
— A ja jestem jego żoną. I matką jego dziecka. — Lena wstała i podeszła do okna. — Zobaczymy, kogo wybierze.
— Za kogo ty się uważasz?!
— Za nikogo szczególnego. Po prostu w końcu zrozumiałam, że milczenie jest odbierane jak zgoda.
Lena odwróciła się do teściowej.
— Przez trzy lata myślałam: wytrzymam, ona się do mnie przyzwyczai. Ale do rzeczy się nie przyzwyczaja — rzeczy się przejmuje.
— Chciałam tego, co najlepsze!
— Chciałaś władzy. I miałaś ją, dopóki milczałam.
Andriej wrócił godzinę później. Galina Pietrowna siedziała w kuchni z czerwonymi oczami, a Lena była w salonie, trzymając dokumenty w ręku.
— Co tu się dzieje? — zapytał, patrząc najpierw na matkę, potem na żonę, zupełnie zdezorientowany.
— Twoja żona zwariowała! — Matka zerwała się na równe nogi. — Wyrzuca mnie z domu! Grozi mi!
— Lena?
— Wyjaśniłam, kto rządzi w tym domu — powiedziała Lena spokojnie. — I postawiłam granice.
— Jakie granice?
— Najbardziej podstawowe. Nie przychodzić bez zaproszenia. Nie wydawać poleceń w cudzym domu. Nie urządzać pokoju dziecka bez zgody rodziców.
Andriej milczał, przenosząc wzrok z jednej na drugą.
— Andriusza, powiedz jej! — Galina Pietrowna chwyciła syna za rękę. — Jestem twoją matką! Mam prawo—
— Do czego? — Lena podała mu dokumenty. — Jakie prawo masz w moim mieszkaniu?
Andriej wziął papiery i przeczytał je uważnie. Jego twarz spoważniała.
— Mamo — powiedział w końcu, nie podnosząc wzroku. — Lena ma rację.
— Co?!
— Naprawdę przesadzasz… — Spojrzał na matkę. — To jej dom. Nasza rodzina.
Galina Pietrowna zachwiała się, jakby ktoś ją uderzył.
— Czyli wybierasz ją?
— Wybieram moją żonę i moje dziecko.
— Doskonale. — Matka chwyciła torebkę i ruszyła do drzwi. — Kiedy cię zostawi, nie wracaj do mnie.
— Jeśli nauczysz się szanować cudze granice, będziesz tu mile widziana — powiedziała Lena spokojnie. — W przeciwnym razie — żegnaj.
Drzwi trzasnęły. W mieszkaniu znów zapadła cisza.
— Może to było trochę zbyt ostre? — Andriej objął żonę ramionami. — Ona po prostu…
— Podgryza terytorium. Powoli, ale skutecznie. — Lena wtuliła się w niego. — Jeszcze rok i decydowałaby, jak karmić dziecko. Dwa lata więcej — i do jakiej szkoły je posłać.
— A jeśli nigdy nie wróci?
— Wróci. Kiedy zrozumie zasady tej gry.
Galina Pietrowna zadzwoniła miesiąc później. Jej głos brzmiał niezwykle pokornie.
— Czy mogę… wpaść? Zobaczyć, jak się macie?
— Oczywiście. Jutro po południu ci pasuje?
— I… mogę przynieść coś dla wnuka?
— Możesz. Ale to ja zdecyduję, co zostanie.
— Dobrze.
Następnego dnia przyszła z małą pluszową zabawką i niewielkim bukietem. Grzecznie zdjęła buty i zapytała, czy może wejść do pokoju dziecka.
— Przemalowaliście — zauważyła, stojąc w progu żółtego pokoju.
— Tak. Na nasz kolor.
— Ładnie — powiedziała Galina Pietrowna po chwili ciszy. — Przytulnie.
Przy herbacie rozmawiali niewiele. Ale atmosfera była spokojna — po raz pierwszy od trzech lat.
— Mogę czasem wpadać? — zapytała teściowa przed wyjściem. — Kiedy dziecko już się urodzi?
— Oczywiście. Na zaproszenie.
— Na zaproszenie — powtórzyła, kiwając głową.
Lena zamknęła za nią drzwi i oparła się o framugę. Dziecko kopnęło mocno — radośnie, triumfalnie. Pogładziła brzuch i powiedziała cicho:
— Teraz to naprawdę jest nasz dom, maleństwo. Prawdziwy dom, w którym mama potrafi chronić to, co najważniejsze.
W żółtym pokoju delikatnie poruszały się zasłony w króliki — te same, które kupili w dniu, kiedy dowiedzieli się o twoim istnieniu.