„Już obiecałem twoje mieszkanie naszym rodzicom” — powiedział jej przyszły teść przed ślubem. „Będziecie mieszkać z nami, z jego matką i ze mną.”

Anastazja zatrzymała się na środku pokoju, trzymając w dłoni pudełko z zaproszeniami ślubnymi. Do ceremonii zostały trzy dni, a ona przyszła do przyszłych teściów, by omówić ostatnie szczegóły. Gieorgij Pawłowicz, ojciec Witalija, stał przy oknie odwrócony do niej plecami, a jego słowa brzmiały swobodnie, jakby mówił o pogodzie.

— Słucham, co? — zapytała, przekonana, że źle usłyszała.

— Mieszkanie, które ty i Witalij kupiliście na kredyt, już obiecałem mojemu bratankowi Igorowi. Jego żona jest w ciąży, bardziej go potrzebują. A wy jesteście młodzi, na razie zamieszkacie u nas. Witalij się zgadza.

Pudełko wyślizgnęło się z rąk Anastazji, a zaproszenia rozsypały się po podłodze jak biały wachlarz.

— Witalij… się zgadza? — Jej głos wydawał się obcy. — ZGADZA SIĘ NA CO dokładnie?

Gieorgij Pawłowicz odwrócił się, zirytowany, że musi tłumaczyć rzeczy, które dla niego były oczywiste.

— Nastenka, nie dramatyzuj. Mieszkanie jest zapisane na Witalija, więc ma prawo rozporządzać nim, jak chce. Igor wprowadzi się tam miesiąc po waszym ślubie. Do tego czasu zdążycie już urządzić się u nas.

— Ale… wkład własny został opłacony z pieniędzy MOICH rodziców! Sprzedałam biżuterię po babci! Oszczędzaliśmy przez dwa lata!

— Pieniądze to tylko kawałki papieru — machnął ręką Gieorgij Pawłowicz. — Rodzina jest na zawsze. Igor jest z naszej krwi, a Witalij to rozumie.

Sam Witalij pojawił się w progu. Był blady i unikał wzroku Anastazji.

— Nastia, tata ma rację. Igorowi jest teraz naprawdę ciężko…

— Ciężko? — Anastazja poczuła, jak wzbiera w niej fala tak silna, że z trudem mogła oddychać. — A nam będzie ŁATWO mieszkać w przechodnim pokoju u twoich rodziców?
 

— To nie jest przechodni pokój — poprawiła ją Kławdia Siergiejewna, matka Witalija, pojawiając się tuż za nim. — To dawny pokój dziecięcy. Już go dla was przygotowaliśmy. Odnowiliśmy ściany, jest śliczny różowy wzór, bardzo uroczo.

Anastazja spojrzała na troje ludzi stojących przed nią, zjednoczonych jednym frontem, i zrozumiała: to nie była spontaniczna decyzja. To był plan ustalany za jej plecami od nie wiadomo jak dawna.

— Witalij — zwróciła się wyłącznie do narzeczonego, ignorując jego rodziców. — Powiedz mi szczerze: naprawdę oddajesz NASZE mieszkanie — to, które będziemy spłacać jeszcze piętnaście lat — swojemu kuzynowi?

— Ja go nie oddaję, to tylko tymczasowo… — zaczął, ale Gieorgij Pawłowicz mu przerwał:

— Żadnego „tymczasowo”. Igor wprowadza się na stałe. I dość tej histerii, Anastazjo. W naszej rodzinie takie decyzje podejmuje głowa rodziny, czyli ja. Witalij to rozumie, i radzę ci zaakceptować nasze zasady, jeśli chcesz należeć do rodziny Krasnowów.

— Należeć do rodziny? — Anastazja wybuchnęła śmiechem, a ten śmiech wprawił całą trójkę w zakłopotanie. — Właśnie zabraliście mi mój dom, a oferujecie w zamian dziecięcy pokój z różową tapetą, i ja mam być wdzięczna, że dołączam do waszej rodziny?

— Nastia, no proszę… — Witalij zrobił krok w jej stronę, ale zatrzymał się, gdy spojrzała na niego.

— NIE ZBLIŻAJ SIĘ DO MNIE! — krzyknęła tak głośno, że szyba w kredensie zadrżała. — Jesteś zdrajcą! Tchórzem! Sprzedałeś naszą przyszłość za aprobatę tatusia!

Kławdia Siergiejewna uniosła ręce.

— Witalik, co to ma znaczyć! Chcieliśmy spokojnie porozmawiać, a twoja narzeczona zachowuje się jak przekupka z targu!

— Przekupka z targu? — Anastazja odwróciła się do niej. — PRZEKUPKA Z TARGU? Tak, targuję się! Targuję się o swoje życie, o swoją godność, o prawo do życia u siebie, a nie w różowej klatce pod waszym nadzorem!

— Anastazjo, przekraczasz granice — powiedział chłodno Gieorgij Pawłowicz. — W moim domu nie podnosi się głosu.

— A u mnie się nie kradnie! — odparła. — Bo to jest kradzież! Czysta i zwyczajna kradzież!

— Jak śmiesz! — oburzyła się Kławdia Siergiejewna. — Jesteśmy uczciwymi ludźmi!

— Uczciwymi? UCZCIWYMI? — Anastazja szarpnęła swoją torebkę ze stołu. — Uknuliście wszystko za moimi plecami, żeby przejąć mieszkanie! Manipulowaliście Witalijem, wiedząc, że nie potrafi się wam sprzeciwić! Zmieniliście go w szmatę!

— Nastia, dość! — Witalij w końcu odzyskał głos. — Nie waż się obrażać moich rodziców!

— Co, PRAWDĄ CIĘ RAZI W OCZY? — odwróciła się do niego. — Spójrz na siebie! Trzydzieści dwa lata, a wciąż jesteś marionetką swojego ojca! On pociąga za sznurki, a ty tańczysz!

— Uspokój swoją narzeczoną, Witalij — syknął Gieorgij Pawłowicz. — Albo zrobię to sam.

— Spróbuj! — Anastazja zrobiła krok w jego stronę. — NO DAWAJ, SPRÓBUJ! Co zrobisz? Wyrzucisz mnie? Sama wyjdę! Ale קודם mnie wysłuchasz!

Spojrzała na nich wszystkich troje.
 

— Wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej ohydne? Nie to, że zabraliście mieszkanie. Tylko to, że zrobiliście to za moimi plecami! Uśmiechaliście się do mnie, nazywaliście mnie „córką”, przyjmowaliście prezenty od moich rodziców, a w tym samym czasie już dzieliliście nasz majątek!

— To własność Witalija — powtórzył uparcie Gieorgij Pawłowicz.

— Kupiona za MOJE pieniądze!

— Jest na jego nazwisko.

— BO MU UFAŁAM! — Anastazja odwróciła się do Witalija. — Ufałam ci! Myślałam, że jesteśmy zespołem! A ty… nawet mnie nie uprzedziłeś! Nawet nie próbowałeś obronić tego, co było nasze!

Witalij milczał z opuszczoną głową, a to milczenie było gorsze niż wszystkie słowa.

— Wiesz co? — Anastazja wyciągnęła telefon z torebki. — Zadzwonię teraz do ojca. Ma prawo wiedzieć, do jakiej rodziny miał oddać swoją córkę.

— Nie ma potrzeby nigdzie dzwonić — powiedział szybko Gieorgij Pawłowicz. — Załatwmy to między sobą.

— Między sobą? Już wszystko załatwiliście między sobą — beze mnie!

Zaczęła wybierać numer, ale Witalij wyrwał jej telefon.

— Nastia, przestań! Nie rób mi wstydu przed moimi rodzicami!

— WSTYDU? — nie wierzyła własnym uszom. — Ja robię ci wstyd? Sam się okryłeś hańbą! Jesteś nikim innym jak tylko glistą! Zerem!

Policzek rozległ się w cichym pokoju jak wystrzał. To Kławdia Siergiejewna uderzyła Anastazję. Cofnęła rękę.

— U nas nikt nie obraża naszego syna!

Anastazja przyłożyła dłoń do piekącego policzka i wybuchnęła śmiechem.

— No proszę — oto prawdziwa twarz tej „wyrafinowanej” rodziny Krasnowów! Wy załatwiacie sprawy rękami!

— Mamo, dlaczego ty… — zaczął Witalij, ale ojciec mu przerwał:

— Dobrze zrobiła. Ta dziewczyna zapomniała, gdzie jej miejsce.

— Moje miejsce? — Anastazja wyprostowała się. — MOJE MIEJSCE? Wiecie, gdzie byłoby moje miejsce? Na pewno nie w waszej małej rodzinie!

Zerwała pierścionek zaręczynowy z palca i rzuciła go w stronę Witalija.

— Ślub odwołany!

— Nastia, oszalałaś? — próbował złapać pierścionek, ale potoczył się pod kanapę. — Ślub jest za trzy dni! Goście są zaproszeni!

— Niech przyjdą! Możesz im powiedzieć, że panna młoda okazała się niegodna zaszczytu wejścia do szlachetnej rodziny Krasnowów!

— Anastazjo, dobrze się zastanów — Gieorgij Pawłowicz zmienił ton na ugodowy. — Teraz nagadasz mnóstwo głupstw, a później będziesz żałować.

— ŻAŁOWAĆ? Jedyne, czego żałuję, to tego, że nie przejrzałam was wcześniej!

— Jesteśmy gotowi na kompromis — dorzuciła szybko Kławdia Siergiejewna. — Pomieszkasz z nami rok, a potem może…

— NIE! — krzyknęła Anastazja. — Żadnych kompromisów! Żadnego „może”! Pokazaliście swoje prawdziwe twarze i jestem wam za to nawet wdzięczna!
 

Odwróciła się do Witalija.

— A ty… myślałam, że mnie kochasz. Ale ty nie potrafisz kochać. Ty potrafisz tylko słuchać rozkazów!

— Nastia, ja cię kocham…

— NIE WAŻ SIĘ! Nie waż się mówić tych słów! Ktoś, kto kocha, nie zdradza! Nie pozwala upokarzać swojej kobiety!

— Ale to są moi rodzice…

— A ja miałam zostać twoją żoną! TWOJĄ ŻONĄ! Ale wybrałeś ich!

Gieorgij Pawłowicz stanął między nimi.

— Dosyć. Anastazjo, zachowujesz się jak histeryczka. Wyjdź i wróć, kiedy się uspokoisz.

— Uspokoję się? — roześmiała się przez łzy. — Ja się nie uspokoję! Będę WRZEĆ! Ze złości! Z obrzydzenia! Na samą myśl, że o mało nie związałam życia z tym… z tym zerem!

— Nie mów tak o moim synu! — ponownie wtrąciła się Kławdia Siergiejewna.

— Co, to nieprawda? Popatrz na niego! Ma trzydzieści dwa lata i nie potrafi podjąć ani jednej decyzji bez aprobaty ojca! Zdradził kobietę, która miała zostać jego żoną! I po co? Żeby tatuś poklepał go po głowie?

Witalij zacisnął pięści.

— Nastia, wyjdź. Wyjdź natychmiast.

— Z przyjemnością! Ale najpierw powiem jeszcze jedno! — Odwróciła się do całej trójki. — Myślicie, że wygraliście? Myślicie, że zabierając mieszkanie, dostaniecie posłuszną synową? NIE. To, co dostaniecie, to WOJNĘ!

— Co za bzdury… — zaczął Gieorgij Pawłowicz, ale przerwała mu:

— Mieszkanie jest na nazwisko Witalija, ale kredyt jest na nas oboje! Jestem współkredytobiorczynią! I raty szły z mojego konta! Mam wszystkie dokumenty, wszystkie rachunki! Pójdę do sądu!

— Nie, nie pójdziesz — powiedział z pewnością Gieorgij Pawłowicz. — Skandal, rozgłos… twoi rodzice by tego nie przeżyli.

— Moi rodzice? A myślisz, że TWOJA reputacja z tego wyjdzie cało? Szanowany profesor uniwersytecki, Gieorgij Pawłowicz Krasnow, który wyłudził mieszkanie narzeczonej swojego syna! Myślisz, że rektor będzie zachwycony? Twoi koledzy?

Twarz Gieorgija Pawłowicza zrobiła się purpurowa.

— Szantażujesz mnie?

— JA SIĘ BRONIĘ! To wy zaczęliście tę brudną grę!
 

Kławdia Siergiejewna przyłożyła rękę do serca.

— Witalij, co ty nam za dziewczynę przyprowadziłeś! To prawdziwa furia!

— Tak, jestem furią! — przytaknęła Anastazja. — I to wy mnie taką zrobiliście! Przyszłam tu dobra, ufna, zakochana! A wy wszystko to zdeptaliście!

— Nastia, proszę… — Witalij spróbował chwycić ją za rękę, ale gwałtownie ją cofnęła.

— NIE DOTYKAJ MNIE! A wiesz co? Twój kuzyn Igor… wiem o nim wszystko! Wiem, że to jego trzecie małżeństwo! Wiem, że ma dzieci z dwiema byłymi żonami, na które nie płaci alimentów! Wiem, że jego „ciężarna żona” to kobieta, z którą żyje bez ślubu!

— Skąd ty… — zaczęła Kławdia Siergiejewna.

— Mam znajomych! Którzy wiedzą, jak zdobywać informacje! I jeśli myślicie, że pozwolę, by ten pasożyt utrzymanek zamieszkał w MOIM mieszkaniu…

— To nie jest twoje mieszkanie! — warknął Gieorgij Pawłowicz.

— Jeszcze zobaczymy! — Anastazja wyciągnęła z torebki teczkę z dokumentami. — Tu są kopie wszystkich wpłat! Tu są rachunki! Tu jest umowa kupna, w której czarno na białym stoi, że zaliczka w wysokości trzech milionów rubli została wpłacona przez MOICH rodziców!

— Ale mieszkanie jest na Witalija — powtórzył uparcie Gieorgij Pawłowicz.

— I co z tego? Myślisz, że to daje ci prawo je ukraść? Wynajmę prawników! Najlepszych! I zobaczymy, co powie sąd!

— Anastazjo, nie róbmy pochopnych kroków… — Teraz było już widać, że Kławdia Siergiejewna się denerwuje.

— Co, BOICIE SIĘ? Boicie się, że wszyscy się dowiedzą? Że sąsiedzi, przed którymi tak się popisujecie swoją porządnością, odkryją prawdę? Że na uczelni, gdzie ty, Gieorgiju Pawłowiczu, wykładasz etykę, też się o tym dowiedzą?

— To oszczerstwo!

— To PRAWDA! I powiem ją wszystkim! Opublikuję to w internecie! Niech wszyscy się dowiedzą, kim naprawdę są Krasnowowie!

Witalij chwycił ją za ramiona.

— Nastia, przestań! Ty wszystko zniszczysz!

— Co jeszcze zostało do zniszczenia? — wyrwała się z jego uścisku. — Wy już wszystko zniszczyliście! Naszą miłość, naszą przyszłość, naszą rodzinę!

— Ale jeszcze można to naprawić…

— NAPRAWIĆ CO? Jak? Oddasz mieszkanie kuzynowi, a mnie zaproponujesz dziecięcy pokój z różową tapetą? Pod czujnym okiem mamusi, która będzie mnie uczyć gotować barszcz? Pod kontrolą tatusia, który zdecyduje, ile będziemy mieć dzieci i jak je wychowywać?

— Nastia…

— NIE! Wiesz, co zrozumiałam? Ty nigdy nie będziesz moim mężem. Zawsze będziesz tylko ich synem. A ja będę jedynie dodatkiem. Dodatkiem bez głosu, bez praw.

Gieorgij Pawłowicz wyprostował się.

— Dosyć. Wynoś się, Anastazjo. I nie wracaj.

— Z PRZYJEMNOŚCIĄ! Ale to jeszcze nie koniec! Jeszcze o mnie usłyszycie! I o moich prawnikach!
 

Ruszyła do drzwi, po czym odwróciła się jeszcze raz.

— A wiecie, co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Mogliście mieć kochającą synową. Kogoś, kto zadbałby o was na starość. Kogoś, kto dałby wam wnuki. Ale wy wybraliście wojnę. Więc się nią nacieszcie!

— Nastia, czekaj! — Witalij pobiegł za nią.

— NIE IDŹ ZA MNĄ! — krzyknęła już z korytarza. — I nie dzwoń! Nie pisz! Dla mnie jesteś martwy! Wszyscy jesteście dla mnie martwi!

Wybiegła z mieszkania, trzaskając drzwiami tak mocno, że ze ściany spadło rodzinne zdjęcie Krasnowów.

Minęło sześć miesięcy. Witalij siedział na sali sądowej i z trudem poznawał kobietę, którą kiedyś zamierzał nazwać swoją żoną. Anastazja wyglądała spokojnie, pewnie i zdecydowanie. Obok niej siedział drogi adwokat, a przed nim leżały grube teczki.

Gieorgij Pawłowicz nerwowo poprawiał krawat. Kławdia Siergiejewna wciąż przyciskała chusteczkę do oczu. Igor, ich bratanek — który ostatecznie nigdy nie wprowadził się do spornego mieszkania — siedział w ostatnim rzędzie z zagubioną miną.

— Wysoki Sądzie — powiedział adwokat Anastazji. — Przedstawiliśmy sądowi niepodważalne dowody. Pierwsza wpłata za mieszkanie została dokonana przez rodziców mojej klientki. Wszystkie raty hipoteczne były opłacane z jej konta. Moja klientka jest współkredytobiorczynią umowy hipotecznej. W rzeczywistości zapłaciła ponad siedemdziesiąt procent całkowitej wartości mieszkania.

— Ale mieszkanie jest na mojego syna! — wykrzyknął Gieorgij Pawłowicz.

— Proszę pozwanego o niezakłócanie porządku postępowania — powiedział surowo sędzia.

Adwokat mówił dalej:

— Ponadto posiadamy zeznania świadków, z których wynika, że pozwany planował przekazać mieszkanie osobie trzeciej bez zgody i wiedzy powódki. To stanowi oszustwo.

— To oszczerstwo! — krzyknął Gieorgij Pawłowicz, zrywając się z miejsca.

— Mamy nagranie audio — powiedział spokojnie adwokat, wyciągając dyktafon. — Zostało wykonane przez powódkę podczas rozmowy z rodziną pozwanego.

Witalij zbladł. Nie wiedział, że tamtego fatalnego dnia Anastazja włączyła nagrywanie w telefonie.

Sąd wysłuchał nagrania w martwej ciszy. Słowa Gieorgija Pawłowicza, wyjaśniającego, że mieszkanie zostało już obiecane Igorowi, zabrzmiały jak wyrok.

— Wysoki Sądzie — wstał adwokat Krasnowów. — To była tylko rodzinna kłótnia. Emocje…

— Emocje? — Anastazja podniosła się. — Wysoki Sądzie, czy mogę coś powiedzieć?

— Proszę.

— Kochałam tego człowieka. Ufałam mu. Ufałam mu tak bardzo, że zgodziłam się zapisać nasze wspólne mieszkanie na jego nazwisko. A on i jego rodzina wykorzystali to zaufanie. Chcieli zrobić ze mnie bezradną służącą, mieszkającą w ich domu bez żadnych praw. Kiedy się sprzeciwiłam, nazwali mnie histeryczką. Matka pozwanego spoliczkowała mnie. A wszystko to — z chciwości. Z potrzeby kontroli. Z przekonania, że kobieta powinna w milczeniu znosić każde upokorzenie.

Odwróciła się do Witalija.

— Nie żądam wiele. Tylko sprawiedliwości. Mieszkanie powinno zostać sprzedane, a pieniądze podzielone proporcjonalnie do naszych wkładów. To uczciwe.

Sędzia skinął głową.

— Sąd uda się na naradę.

Godzinę później ogłoszono wyrok. Mieszkanie miało zostać sprzedane; siedemdziesiąt procent uzyskanej kwoty miało przypaść Anastazji, trzydzieści procent Witalijowi. Ponadto pozwani mieli wypłacić odszkodowanie za krzywdę moralną.

Gieorgij Pawłowicz osunął się na ławkę. Kławdia Siergiejewna wybuchnęła płaczem. Witalij siedział nieruchomo, wpatrując się w jeden punkt.

— Nastia… — próbował podejść do niej po rozprawie.

— Nie nazywaj mnie tak — odpowiedziała chłodno. — Dla ciebie jestem panną Anastazją Władimirowną.

— Chcę cię przeprosić…

— Za późno. Swojego wyboru dokonałeś sześć miesięcy temu. Teraz z nim żyj.

Odwróciła się i ruszyła ku wyjściu. Przy drzwiach czekał na nią wysoki mężczyzna z bukietem kwiatów.

— I jak poszło? — zapytał, obejmując ją ramieniem.

— Sprawiedliwość zwyciężyła, Maksimie — uśmiechnęła się Anastazja.

Witalij patrzył, jak odchodzą razem, i zrozumiał, że stracił wszystko. Mieszkanie miało zostać sprzedane. Reputacja jego ojca legła w gruzach — historia trafiła do uniwersyteckiej gazety. Igor, kiedy dowiedział się, że nie będzie żadnego mieszkania, zniknął. Rodzice od miesiąca się do niego nie odzywali, obwiniając go o to, że „zadurzył się w tej intrygantce”.

A Anastazja… Anastazja zaczęła nowe życie. Bez kłamstw, zdrady i upokorzeń. I była szczęśliwa.

Gieorgij Pawłowicz jako ostatni opuścił salę rozpraw. Na uczelni czekało go wewnętrzne postępowanie wyjaśniające. Koledzy odwracali wzrok, gdy mijali go na korytarzu. Studenci szeptali za jego plecami.

— To wszystko twoja wina — syknął, mijając syna. — Nie mogłeś sobie wybrać normalnej, uległej dziewczyny?

Witalij nic nie odpowiedział. Wiedział, że tak naprawdę wybrał właśnie normalną dziewczynę. Inteligentną, zdeterminowaną, odważną. Po prostu nie potrafił jej ochronić. Nie sprostał temu, by być mężczyzną.

A teraz płacił za swoje tchórzostwo samotnością w różowym pokoju w domu rodziców — pokoju, z którego, jak teraz rozumiał, być może już nigdy nie zdoła się wydostać.