Kira stała w progu drzwi, trzymając torby z zakupami. Na jej twarzy malowało się jednocześnie zdziwienie i oburzenie. Walery chodził po salonie tam i z powrotem, od czasu do czasu zerkając na zegarek.
— Walera, mówiłeś, że goście przyjdą w sobotę — powiedziała, ostrożnie stawiając torby na podłodze.
— Jaką sobotę? Dzisiaj jest piątek! Za dwie godziny będą tu Spartak i Jewdokija, moi rodzice i twoja przyjaciółka Włada! Co, całkiem straciłaś pamięć?
Kira wyjęła telefon i sprawdziła datę. Piątek. Ale w kalendarzu nie było żadnej notatki o gościach.
— Walery, nic mi o tym nie mówiłeś. Dopiero wróciłam z pracy, miałam ważną prezentację…
— Nie mówiłem ci? — głos męża podniósł się o ton. — Powiedziałem ci o tym tydzień temu! Jak zwykle bujasz w obłokach! Myślisz tylko o swojej głupiej pracy!
— Po pierwsze, moja praca nie jest głupia. Po drugie, naprawdę nic mi nie powiedziałeś. Zapamiętałabym to.
Walery złapał się za głowę, jakby był zrozpaczony.
— Boże, Kira! Dlaczego ty jesteś taka NIEODPOWIEDZIALNA? Mama odwołała wizytę u siostry tylko przez to, Spartak i Jewdokija jadą z drugiego końca miasta! A my nie mamy nawet sałatki!
— Dobrze, nie panikujmy. Szybko coś przygotuję. W torbach jest mięso i warzywa…
— „Coś”? — Walery podszedł do niej bliżej. — Moja matka oczekuje pełnej kolacji! Gorącego dania, przystawek, deseru! A ty proponujesz „coś”!
W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Walery zbladł.
— To już oni! TO TWOJA WINA! Otwórz sama i wyjaśnij, dlaczego nic nie jest gotowe!
Kira wzięła głęboki oddech i poszła do drzwi. Na progu stała Milolika — matka Walerego, kobieta po sześćdziesiątce, z nienaganną fryzurą i wyniosłym wyrazem twarzy. Obok niej stał ojciec Walerego, Światogor, mężczyzna z siwym wąsem i życzliwym spojrzeniem.
— Kiroczka — przeciągnęła Milolika, mierząc synową badawczym wzrokiem. — Myśleliśmy, że o tej porze wszystko będzie już gotowe. Walera powiedział, że kolacja jest na siódmą.
— Dobry wieczór, Miloliko, Światogorze. Wejdźcie, proszę. Wyszło małe nieporozumienie, ale zaraz wszystko zorganizuję.
— Nieporozumienie? — Milolika weszła do mieszkania, ostentacyjnie wciągając nosem powietrze. — Nawet nie pachnie jedzeniem. Walery, synku, co się dzieje?
Walery wyszedł z salonu z miną męczennika.
— Mamo, przepraszam. Kira ZAPOMNIAŁA o kolacji. Przypomniałem jej, ale najwyraźniej uważa, że jej praca jest ważniejsza od rodziny.
— Rozumiem — Milolika pokręciła głową. — Światogorze, czy ja ci nie mówiłam, że ta dziewczyna nie nadaje się dla naszego syna? Nie potrafi nawet ogarnąć zwykłej kolacji.
Kira zacisnęła zęby, ale milczała. Światogor zakasłał z zakłopotaniem.
— Miloliko, nie zaczynaj. Kira to dobra dziewczyna, ciężko pracuje.
— Ciężko pracuje? W pracy może i tak, ale co z domem? Walery cały dzień pracuje, wraca i nawet nie ma co zjeść!
— Codziennie karmię twojego syna — odpowiedziała spokojnie Kira. — I pracuję tyle samo co on.
— Och, a cóż to niby za praca — machnęła ręką Milolika. — Siedzisz przed komputerem i rysujesz obrazki. To ma być praca? A Walery wykonuje prawdziwy zawód!
Dzwonek znów zadźwięczał. Przyjechali Spartak i Jewdokija — przyjaciele Walerego. Spartak, postawny mężczyzna z przerzedzonymi włosami na czole, od razu rzucił z uśmiechem:
— Walera, stary! Przynieśliśmy wino, tak jak prosiłeś. Francuskie, drogie!
Jewdokija, drobna blondynka w kolorowej sukience, pocałowała Kirę w policzek.
— Kiroczka, jak tu ładnie pachnie! Co przygotowujesz?
Kira poczuła się niezręcznie. Walery natychmiast się wtrącił:
— No cóż, Kira trochę spóźniła się z kolacją. Rozgośćcie się, otworzymy wino.
— Żaden problem! — Spartak rozwalił się na kanapie. — Nam się nie spieszy. Prawda, Dusiu?
Jewdokija przytaknęła, ale Milolika od razu weszła jej w słowo:
— Właściwie, kiedy zaprasza się gości, zwyczaj każe przygotować wszystko wcześniej. Ale najwyraźniej nie wszyscy o tym wiedzą.
Kira ruszyła do kuchni, ale Walery zatrzymał ją za rękę.
— Dokąd idziesz? Goście już są, musisz ich zabawiać!
— Walery, chciałeś, żebym przygotowała kolację. Idę gotować.
— Przynajmniej przywitaj ich jak należy, zaproponuj jakieś przekąski! Co ludzie sobie pomyślą?
— Jakie przekąski? Przecież sam powiedziałeś, że nie ma NIC!
Dzwonek rozległ się ponownie. To przyszła Włada, najlepsza przyjaciółka Kiry — dziewczyna z krótkimi włosami i wyrazistym makijażem.
— Kira, cześć! Przyniosłam ciasto — twoje ulubione, z marakują!
— Bardzo ci dziękuję, Włada! — Kira uściskała ją.
— Ciasto? — prychnęła Milolika. — A coś konkretnego do jedzenia będzie?
Włada spojrzała na Kirę zdziwiona.
— Co się dzieje? Kir, wyglądasz, jakbyś była rozbita.
— Wszystko w porządku — szybko odpowiedział Walery. — Kira po prostu źle obliczyła czas. Siadaj, Włada, napij się wina.
Kirze udało się wymknąć do kuchni. Wyjęła mięso z torby — na prawdziwe gorące danie nie było już czasu. Mogła przygotować szybkie przekąski, deski… Zaczęła nerwowo kroić warzywa.
Walery wsunął głowę do kuchni.
— No i co? Idzie ci? Mama już patrzy na ciebie krzywo. Mówi, że za jej czasów gospodynie zaczynały gotować od rana.
— Walery, DOSYĆ! Robię, co mogę. Jeśli naprawdę uprzedziłeś mnie tydzień temu, to przepraszam, zapomniałam. Ale coś mi mówi, że wymyśliłeś to dziś rano i nikomu nic nie powiedziałeś.
— Jak możesz! Oskarżasz mnie przy gościach! NIEWDZIĘCZNICA!
Z salonu dobiegł głos Miloliki:
— Walery, synku, może powinniśmy zamówić coś z restauracji? Inaczej będziemy siedzieć głodni do północy.
— Doskonały pomysł, mamo! — Walery wyszedł z kuchni.
Kira dalej kroiła warzywa, kiedy dołączyła do niej Włada.
— Kochana, co się dzieje? Dlaczego Walera tak się zachowuje?
— Twierdzi, że uprzedził mnie o gościach. Ale niczego takiego nie pamiętam. Wszystko zapisuję w telefonie, a tam nic nie ma.
— Dziwne. A jego matka — wciąż ta sama śpiewka?
— Nie zaczynaj, Włada. Już i tak jest mi wystarczająco ciężko.
Włada przewróciła oczami, ale nic nie powiedziała. Wzięła nóż i zaczęła pomagać przy krojeniu.
Pół godziny później na stole pojawiły się improwizowane przekąski — talerz warzyw, deska serów, szybkie kanapeczki. Kira zaniosła półmiski do salonu.
— Wreszcie! — zawołał Walery. — Już zamówiłem sushi i pizzę. Będą za godzinę.
— Sushi? — skrzywiła się Milolika. — Surowa ryba? Fuj, obrzydlistwo. Za naszych czasów robiło się prawdziwą rosyjską kuchnię.
— Mamo, sushi jest smaczne i zdrowe — próbował zaprotestować Walery.
— Dla Japończyków może. Rosjanin potrzebuje prawdziwego jedzenia. Moja znajoma Zinaida zawsze robi kotlety, zupy, sałatki. A jej synowa — złoto, nie kobieta. Wstaje o piątej rano, żeby zrobić mężowi śniadanie.
Kira usiadła po cichu na wolnym krześle. Spartak nalał wina:
— Wypijmy za to spotkanie! Rzadko udaje nam się zebrać w komplecie.
— Za spotkanie! — powtórzyli wszyscy.
Wszyscy wznieśli toast, oprócz Kiry — ona wzięła sok.
— Co, nawet z nami się nie napijesz? — zauważyła Milolika.
— Jutro wcześnie rano mam ważne spotkanie. Muszę mieć jasny umysł.
— Ważne spotkanie — przedrzeźniała ją teściowa. — Znowu twoje rysunki ważniejsze od rodziny?
— Kira jest projektantką wnętrz. To poważny zawód — niespodziewanie wtrącił się Światogor.
— Poważny? Malowanie ścian? Lekarz — to jest poważne. Albo inżynier. A to? Zabawa.
Jewdokija spróbowała zmienić temat:
— A tak przy okazji, Kira, Spartak i ja myślimy o remoncie. Może mogłabyś nam pomóc z projektem?
— Oczywiście, z przyjemnością — odpowiedziała Kira, wyraźnie ożywiona.
— Tylko nie proponuj nam tych wszystkich modnych rzeczy — przerwał jej Spartak. — Wiesz, minimalizmu, loftów. My chcemy klasyki.
— Przygotuję kilka opcji i wybierzecie to, co wam się spodoba.
— I mam nadzieję, że nie za drogo? — dodała Jewdokija. — Wy, projektanci, zawsze bierzecie astronomiczne sumy.
Kira westchnęła.
— Omówimy to indywidualnie.
— Widzicie? — dodała Milolika. — Już tylko o pieniądzach myśli. Mogłaby pomóc znajomym za darmo.
— Kira jest profesjonalistką. Jej czas kosztuje — znów próbował stanąć po jej stronie Światogor.
— Och, Światogor, daj spokój! Ile to czasu? Godzina albo dwie rysowania? Ja pomagam Zinaidzie wybierać zasłony za darmo i jakoś żyję.
Walery nalał sobie kolejną lampkę wina.
— Mama ma rację. Kira czasem za bardzo skupia się na pieniądzach. Ostatnio nawet odmówiła pomocy mojemu koledze przy aranżacji biura.
— Bo twój kolega chciał cały projekt w trzy dni i za grosze! — zaprotestowała Kira.
— No i znowu się zaczyna! Nie możesz powstrzymać się od kłótni przy gościach?
Włada nie wytrzymała.
— Walery, to ty i twoja matka przez cały wieczór czepiacie się Kiry. Co ona ma z tym wspólnego?
— Włada, nie mieszaj się w sprawy rodzinne — odciął się ostro Walery.
— To nie są sprawy rodzinne, tylko CHAMSTWO!
— Władoczka ma rację — niespodziewanie poparł ją Światogor. — Miloliko, przestań CZEPIAĆ się Kiry.
— Czepiam się? Ja tylko mówię fakty! Synowa nie była gotowa na gości, stawia pracę ponad rodzinę, a do tego…
Zadzwonił dzwonek — przywieźli sushi i pizzę. Walery poszedł odebrać zamówienie.
Kiedy go nie było, Milolika pochyliła się w stronę Jewdokii:
— Widzisz, jaka ona jest? Nawet prawdziwej kolacji nie przygotowała. Mówiłam Walerze — poślub Alevtinę, córkę mojej przyjaciółki. Świetnie gotuje i czeka na męża w domu.
— Mamo, słyszę cię! — krzyknął Walery z przedpokoju.
Przynieśli jedzenie i rozłożyli je na talerzach. Spartak spróbował rozluźnić atmosferę:
— Pamiętacie, jak na studiach żyliśmy na zupkach instant? A jednak byliśmy szczęśliwi!
— Tak — uśmiechnął się Walery. — Wtedy było w tym coś romantycznego. A teraz…
Posłał Kirze znaczące spojrzenie.
— A teraz? — zapytała.
— A teraz jesteś ciągle zajęta, zmęczona, nieszczęśliwa. Nie ma już żadnej romantyki.
— Walery, pracuję tyle samo co ty. I zajmuję się domem. I codziennie gotuję…
— Och, nie przesadzaj! Co ty właściwie gotujesz? Makaron z parówkami?
— TO NIEPRAWDA! Robię normalne obiady i kolacje!
— Dzieci, nie kłóćcie się — wtrącił Światogor. — Jedzmy spokojnie.
Wszyscy zaczęli jeść. Milolika teatralnie nadziała sushi na widelec.
— Co w tym jest dobrego? Zimny ryż, surowa ryba. Domowe kotlety to co innego!
— Mamo, jeśli ci nie smakuje, jest pizza — zaproponował Walery.
— Pizza to fast food. Śmieciowe jedzenie. Dlatego młodzi mają teraz tyle problemów ze zdrowiem.
Jewdokija znów spróbowała podtrzymać rozmowę:
— A skoro już o zdrowiu mowa. Kira, jesteś taka szczupła! Jak ty utrzymujesz formę?
— Dziękuję. Staram się zdrowo jeść i ćwiczyć jogę.
— Jogę? — prychnęła Milolika. — Kolejna głupia moda. Siedzą z nogami do góry. Lepiej posprzątać w domu — to dopiero sport.
— Joga to stara praktyka, bardzo dobra dla zdrowia — zauważyła Włada.
— Stara? Dla Hindusów może i tak. My, Rosjanie, tego nie potrzebujemy. Mamy własną kulturę.
Spartak roześmiał się:
— Milolika, jesteś dokładnie jak moja mama! Ona też narzeka na wszystko, co nowe.
— I słusznie! Nie trzeba przyjmować żadnych głupstw. Kiedyś kobiety znały swoje miejsce — dom, rodzina, dzieci. A teraz? Karierowiczki, feministki…
— A co złego jest w tym, że kobieta robi karierę? — zapytała Kira.
— To, że zapominają o rodzinie! Ty na przykład. Mój biedny Walery chodzi głodny, kiedy ty siedzisz w pracy.
— Walery NIE chodzi głodny! A poza tym może sobie sam ugotować!
— Sam? — Milolika rozłożyła ręce. — Mężczyzna ma gotować SAM? Od kiedy?
— To się nazywa równość — wtrąciła Włada.
— Równość! Akurat. Mężczyzna jest żywicielem, kobieta dba o ognisko domowe. Zawsze tak było!
Widząc, że rozmowa kręci się w kółko, Walery spróbował zmienić temat:
— Dobrze, nie rozmawiajmy o polityce. Lepiej opowiedz nam, mamo, co słychać u cioci Luby.
— Och, nie pytaj! Wyobrażasz sobie, synowa wyrzuciła teściową z domu! Chciała mieszkać osobno! Oto do czego prowadzi wasza równość!
Zapadła niezręczna cisza. Kira wstała.
— Przyniosę herbatę i ciasto.
W kuchni oparła się o ścianę i zamknęła oczy. Miała dość nieustannych wyrzutów i narzekań. Włada podeszła do niej.
— Wytrzymaj, kochana. Nie zwracaj uwagi na tę harpię.
— Łatwo ci mówić. To matka Walerego. A on we wszystkim ją popiera.
— Może powinnaś z nim poważnie porozmawiać?
— Próbowałam. Mówi, że przesadzam.
Wróciły do salonu z herbatą i ciastem. Milolika natychmiast skrytykowała także ciasto:
— Marakuja? Co to za egzotyczna głupota? Prawdziwy Napoleon albo Miodownik — to są ciasta!
— Chociaż spróbuj — zachęcił Światogor.
— NIE CHCĘ! Nie lubię tych zagranicznych fanaberii.
Jewdokija wzięła kawałek.
— Mmm, pyszne! Włada, gdzie je kupiłaś?
— W cukierni Sweet Paradise. Ich desery są niesamowite.
— I drogie, założę się — zauważył Spartak.
— No, tanie nie są. Ale są warte swojej ceny.
— No właśnie! Wydają pieniądze na bzdury, a potem narzekają, że nie mają z czego żyć! — zawołała Milolika.
— My nie narzekamy — odpowiedziała spokojnie Kira.
— Jeszcze nie. Ale kiedy pojawią się dzieci, z czego będziecie żyć?
— Mamo, na razie nie planujemy dzieci — powiedział Walery.
— NIE PLANUJECIE? Macie po trzydzieści pięć lat! To kiedy zamierzacie je mieć?
— Kiedy będziemy gotowi.
— Gotowi! Dzisiejsze pokolenie, doprawdy. My urodziliśmy was mając dwadzieścia lat i nawet się nie zastanawialiśmy, czy jesteśmy gotowi!
— Może powinniście byli — mruknęła cicho Kira.
— Co powiedziałaś? — oburzyła się teściowa.
— Nic. Czasy się po prostu zmieniły.
— Zmieniły, zmieniły… Na gorsze! Kiedyś szanowało się starszych, przestrzegało tradycji!
Światogor wstał.
— Wystarczy, Miloliko. Wracajmy do domu, jest późno.
— Jak to wystarczy? Ja tylko mówię prawdę!
— POWIEDZIAŁEM DOSYĆ! — szczeknął nagle zwykle spokojny Światogor.
Wszyscy spojrzeli na niego z zaskoczeniem.
— Przepraszam — mruknął. — Po prostu jestem zmęczony. Dziękuję za wieczór. Kira, wszystko było bardzo smaczne.
— Smaczne? — zaczęła Milolika, ale mąż złapał ją za ramię i skierował do drzwi.
Po ich wyjściu atmosfera trochę się rozluźniła. Spartak rozlał resztę wina.
— No cóż, za Światogora! Porządny facet, postawił żonę do pionu!
— To teściowa dla kobiety, nie dla mężczyzny — poprawiła go Jewdokija.
— Co za różnica! Ważne, że ją powstrzymał.
Walery zmarszczył brwi.
— Nie mówcie tak o mojej matce. Ona po prostu się o mnie troszczy.
— Troszczy? — Włada nie wytrzymała. — Ona przez cały wieczór GNĘBIŁA Kirę!
— Włada, powtarzam ci — nie mieszaj się w nasze rodzinne sprawy!
— Nie mieszam się. Po prostu bronię przyjaciółki przed CHAMSTWEM!
— Jakim chamstwem? Mama po prostu wyraża swoje zdanie!
— OBRAŹLIWE zdanie!
Spartak próbował ich uspokoić:
— Dobra, ludzie, nie kłóćcie się. Wszyscy jesteśmy zmęczeni i za dużo zostało powiedziane.
— Ja niczego takiego nie powiedziałem! — zaprotestował Walery.
Jewdokija wstała.
— Spartak ma rację, czas już iść. Dziękujemy za wieczór.
Wyszli. Zostali tylko Włada, Kira i Walery.
— Może ja też już pójdę? — zaproponowała Włada.
— Tak, idź — mruknął Walery.
Włada objęła Kirę.
— Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebować.
Kiedy wyszła, Walery zwrócił się do żony:
— Specjalnie WSZYSTKO zepsułaś! Nie zrobiłaś kolacji, byłaś nieuprzejma wobec mojej matki!
— Nie byłam nieuprzejma wobec twojej matki. To ONA mnie przez cały wieczór OBRAŻAŁA!
— Obrażała? Po prostu wyrażała swoje zdanie! A ty, jak zwykle, od razu się obraziłaś!
— Walery, twoja matka powiedziała, że moja praca jest bez sensu i że jestem złą gospodynią…
— A czy to nie prawda? ZAPOMNIAŁAŚ o gościach!
— Nie zapomniałam! To TY mnie NIE UPRZEDZIŁEŚ!
— UPRZEDZIŁEM! Ze sto razy!
Kira wyciągnęła telefon.
— Spójrz, tu jest nasz czat z zeszłego tygodnia. GDZIE jest choć jedno słowo o gościach?
Walery machnął ręką ze złością.
— Powiedziałem ci osobiście!
— Kiedy? Podaj mi dokładny dzień i godzinę!
— Nie pamiętam! Ale na pewno ci powiedziałem!
— Walery, KŁAMIESZ. Zapomniałeś mnie uprzedzić, a teraz zrzucasz winę na mnie!
— JA KŁAMIĘ? Jak śmiesz!
— A ty? Jak śmiesz MNIE UPokarzać przy gościach? Stawać po stronie swojej matki, kiedy mnie atakuje!
— To moja MATKA! Muszę ją szanować!
— A ja? Ja jestem twoją ŻONĄ! Powinieneś mnie bronić, a nie atakować razem z nią!
Walery chwycił butelkę wina i nalał sobie pełny kieliszek.
— Wiesz co? Mama miała rację. Powinienem był ożenić się z Alevtiną. Ona nie robiłaby scen!
Te słowa były kroplą, która przelała czarę. Kira poczuła, jak coś w niej pęka.
— Wiesz co, Walery? To się z nią ożeń. JA ODCHODZĘ.
— Co? Dokąd ty się wybierasz?
— Do Włady. A jutro zacznę szukać mieszkania.
— Nie rozśmieszaj mnie! Nigdzie nie pójdziesz!
Kira w milczeniu poszła do sypialni i zaczęła pakować walizkę. Walery ruszył za nią.
— Kira, PRZESTAŃ z tą histerią! Nie mówisz poważnie!
— Mówię BARDZO poważnie. Mam dość twojego braku szacunku, uwag twojej matki i tego, że zawsze stajesz po jej stronie.
— Czemu tak dramatyzujesz? Mama powiedziała tylko dwa słowa!
— Dwa słowa? Ona UPokarza mnie przy każdym spotkaniu! A ty albo milczysz, albo jeszcze ją zachęcasz!
Kira zamknęła walizkę. Walery próbował ją zatrzymać.
— Kira, poczekaj! Porozmawiajmy spokojnie!
— NIE. Mam dość rozmów. I tak nigdy mnie nie słuchasz.
— Dokąd pójdziesz? Jest środek nocy!
— Już napisałam do Włady. Czeka na mnie.
Kira minęła męża i skierowała się do drzwi. Walery krzyknął za nią:
— NO TO IDŹ! Ale nie myśl sobie, że będę cię błagał o powrót! Sama będziesz błagać, żeby wrócić!
Kira odwróciła się.
— Nie licz na to.
Wyszła, trzaskając drzwiami.
Następnego ranka Walery obudził się z bólem głowy. Po wyjściu Kiry dopił całe wino. Mieszkanie wydawało się puste i ponure.
Zadzwonił do matki.
— Mamo, Kira odeszła.
— Co? Jak to odeszła?
— Spakowała walizkę i pojechała do swojej przyjaciółki. Powiedziała, że będzie szukać mieszkania.
— No i niech idzie! Znajdziesz sobie prawdziwą żonę, która będzie cię doceniać!
— Mamo, nie byłaś wczoraj trochę zbyt surowa?
— Ja? Surowa? Walery, ja powiedziałam prawdę! Jeśli ona nie potrafi tego przyjąć, to jej problem.
Tydzień później Kira wyszła z sądu, trzymając w ręku papiery rozwodowe. Na zewnątrz czekali na nią Walery i jego matka.
— Kira! — krzyknęła Milolika. — Co ty wyprawiasz? Niszczysz rodzinę!
— To twój syn zniszczył rodzinę — odpowiedziała spokojnie Kira.
— Moja rodzina cię przyjęła, karmiła! A ty, jak żmija…
— Mamo, przestań — próbował ją powstrzymać Walery.
— Przestań? Ona przynosi nam wstyd przed całą okolicą! Opowiada wszystkim, jacy jesteśmy okropni!
— Nic nikomu nie opowiadam. Po prostu się rozwodzę.
— „ROZWODZISZ SIĘ!” — wrzasnęła Milolika. — Za kogo ty się masz? Niewdzięcznico!
Przechodnie zaczęli oglądać się za krzykami. Kira próbowała przejść, ale teściowa zastąpiła jej drogę.
— Walery zasługuje na lepszą! A ty… podła karierowiczko!
— Wiesz co, Miloliko — powiedziała Kira, zatrzymując się. — Walery, mieszkanie należy do mnie. Mój ojciec podarował mi je jako prezent ślubny aktem notarialnym. Wyprowadź się do wieczora. Wszystkie dokumenty są u adwokata.
— Co?! — Walery zbladł.
— DO WIECZORA. Możesz zabrać tylko swoje rzeczy osobiste.
— Kira, poczekaj…
— Nie. Decyzja zapadła.
Milolika stanęła między nimi.
— Jakie mieszkanie? Przecież kupiliście je razem!
— Nie. To MOJA własność.
Kira odwróciła się i odeszła, nie oglądając się na krzyki byłej teściowej.
Tego wieczoru Walery stał już na progu mieszkania swoich rodziców z dwiema walizkami.
— Nie martw się, synku — pocieszała go Milolika. — Znajdziemy ci lepszą żonę. Alevtina wciąż jest panną.
Ale miesiąc później ton jego matki się zmienił.
— Walery! Kiedy ty w końcu znajdziesz pracę? — krzyczała któregoś ranka. — Żyjesz na mój koszt!
— Mamo, szukam…
— Szukasz! Od miesiąca „szukasz”! A kto robi zakupy?
— Pomagam w domu…
— W domu! Trzydziestopięcioletni mężczyzna „pomaga w domu”! Wstyd!
Każdy dzień zaczynał się od wyrzutów. Walery pił, bez większego zapału szukał pracy i wysłuchiwał kazań matki.
— Alevtina wyszła za mąż — oznajmiła Milolika przy śniadaniu. — Za dobrą partię. Za człowieka z pieniędzmi. A ty…
W tym momencie drzwi trzasnęły. Światogor wszedł do mieszkania z dużą torbą.
— Tato, dokąd idziesz?
— Zamieszkam u brata — odpowiedział sucho ojciec. — Mam dość tych codziennych scen.
— Światogor! — zaprotestowała Milolika. — Co ty wyprawiasz?
— Składam POZEW O ROZWÓD. Czterdzieści lat znosiłem to wszystko. Dosyć.
Wziął papiery ze stołu i ruszył do drzwi.
— Tato, poczekaj!
— Walery, jesteś dorosłym mężczyzną. Ułóż sobie życie sam. I ze swoją matką też.
Światogor wyszedł, zostawiając syna sam na sam z rozwścieczoną Miloliką.
— Widzisz? — rzuciła się na Walerego. — To twoja żona wszystko zniszczyła! Nastawiła mojego męża przeciwko mnie!
— Mamo, co Kira ma z tym wspólnego? Tata sam podjął decyzję…
— Sam? Nic sam! To ona wszystko specjalnie uknuła!
Od tego momentu kłótnie w domu nie ustawały. Milolika oskarżała syna o zniszczenie rodziny; on odpowiadał; kłócili się aż do zdarcia gardeł.
A Kira urządzała na nowo swoje mieszkanie. Zerwała ciemne tapety, które lubił Walery, i wstawiła jasne meble.
Włada często wpadała z wizytą.
— Wyglądasz o dziesięć lat młodziej!
— To prawda — śmiała się Kira. — Żyję dla siebie.
Nie przygotowywała już kolacji na konkretną godzinę, nie słuchała wyrzutów o bałaganie, nie znosiła zniewag ze strony teściowej.
Wieczorami czytała, oglądała filmy, spotykała się z przyjaciółmi. W pracy szło jej świetnie: bez domowego stresu pojawiły się nowe pomysły i energia.
Pewnego dnia na ulicy spotkała Jewdokiję.
— Kira! Jak się masz? Walery mówił, że się rozwiedliście…
— Tak, to już załatwione. Mam się dobrze.
— A on… bardzo się zmienił. Postarzał się, zaniedbał. Mieszka z matką, a ona bez przerwy go gnębi.
Kira wzruszyła ramionami.
— Jego wybór.
Wracając do domu, pomyślała, jak łatwo się oddycha, kiedy nie trzeba już ciągle się usprawiedliwiać, tłumaczyć i znosić cudzej agresji. Wolność okazała się czymś wspaniałym.