Anna obudziła się na dźwięk płaczącego dziecka i spojrzała na zegar — była wpół do siódmej rano. Trzydzieste drugie urodziny, a wszystko oczywiście zaczynało się jak zwykle: karmieniem pięciomiesięcznego Artioma.
Dziecko płakało natarczywie, wymachując małymi piąstkami, a Anna pomyślała, że macierzyństwo oznacza, iż nawet świąteczne dni podporządkowują się godzinom karmienia.
Sasza już wyszedł do pracy — firma wymagała codziennego nadzoru. Trzy całodobowe myjnie samochodowe w różnych częściach miasta; wspólnicy byli godni zaufania, ale bez czujnego oka właściciela każdy biznes może zacząć przynosić straty.
Po nakarmieniu dziecka Anna przygotowała śniadanie. Katia nocowała u nich — poprzedniego wieczoru długo rozmawiali o planach na urodziny. W południe mąż wyciągnął ukryty tort, a Anna pomyślała życzenie i zdmuchnęła skromną świeczkę. Szwagierka postanowiła nie wracać do swojej kawalerki.
— Katia, wstawaj! — Anna zapukała do drzwi pokoju gościnnego. — Masz dziś uczelnię.
— Mam tylko jedne zajęcia — odezwał się zaspany głos zza drzwi. — Seminarium z teorii dziennikarstwa. Mogę je opuścić.
W wieku dwudziestu jeden lat uważała się już za doświadczoną profesjonalistkę, mówiła o przestrzeni medialnej i światowych trendach, ale praktyczne sprawy życia wciąż wymykały jej się z rąk.
Historia przeprowadzki szwagierki zaczęła się dwa lata wcześniej, kiedy dostała się na uniwersytet w Moskwie. Akademik znajdował się daleko od centrum, a warunki były nie do przyjęcia dla młodej kobiety.
Wynajmować mieszkanie — po co? Sasza zaproponował siostrze, żeby tymczasowo zamieszkała w kawalerce Anny. Malutkie mieszkanie, zaledwie dwadzieścia trzy metry kwadratowe, ale lokalizacja była świetna — dziesięć minut od metra, prawie w samym centrum.
Anna kupiła tę kawalerkę jeszcze przed ślubem, mając dwadzieścia sześć lat. Sprzedali dwupokojowe mieszkanie po babci, rodzice dołożyli trochę oszczędności, a sama Anna zdołała jeszcze coś odłożyć. To była dobra inwestycja. Nowy budynek, nowoczesny remont, okna wychodzące na podwórko — cicho i przytulnie.
Zaraz po zakupie Anna zaczęła wynajmować studio studentom. Na początku brała czterdzieści tysięcy, potem podniosła cenę do pięćdziesięciu. Niewielki, ale stały dochód, który bardzo pomagał w codziennym życiu — można było pozwolić sobie na lepsze wakacje, ładniejsze ubrania, nie liczyć każdego grosza i nie polować na promocje w supermarkecie.
Szwagierka się wprowadziła. Anna straciła stały dochód w wysokości pięćdziesięciu tysięcy rubli miesięcznie. Teraz, będąc na urlopie macierzyńskim, szczególnie odczuwała tę stratę.
Nie chodziło o to, że rodzinie brakowało pieniędzy. Sasza dobrze zarabiał na myjniach; firma stopniowo się rozwijała. Anna otrzymywała zasiłek macierzyński i częściowe świadczenie od pracodawcy — firma ceniła kluczowych pracowników. Ale dodatkowe pięćdziesiąt tysięcy miesięcznie uczyniłoby życie znacznie wygodniejszym, zwłaszcza z małym dzieckiem.
Jeśli chodzi o wydatki Katii — płaciło za nie wiele osób, tylko nie sama Katia. Czesne pokrywała ich matka — matka Saszy i Katii. Korepetycje z angielskiego, francuskiego i chińskiego — duży wydatek.
Opłaty za mieszkanie, internet i telefon pokrywał Sasza. Katia kupowała jedzenie za pieniądze, które brat regularnie przelewał jej na kartę. Do tego dochodziło kieszonkowe — na kawiarnie z przyjaciółmi, taksówki, ubrania, kosmetyki, rozrywkę. Wychodziło trzydzieści tysięcy miesięcznie, czasem więcej.
Szwagierka absolutnie nie chciała pracować. Twierdziła, że studia są jej głównym zajęciem, a dorywcze prace tylko odciągałyby ją od nauki.
I rzeczywiście uczyła się dobrze — przeważnie miała czwórki i piątki, najlepsze wyniki z języków. Wykładowcy ją chwalili, koledzy szanowali. Ale cała ta doskonałość była opłacana przez rodzinę.
Wieczorem Anna przygotowała uroczysty stół. Nic szczególnego — sałatka Olivier, śledź pod pierzynką, gorące danie i tort z cukierni. Skromne urodziny w wąskim gronie, bez przepychu i zbędnych wydatków. Zaprosiła tylko najbliższych przyjaciół — ludzi w swoim wieku, przy których czuła się swobodnie i spokojnie.
Sasza wrócił z pracy zmęczony, ale w dobrym nastroju. Na myjniach wszystko szło dobrze; mieli już nawet kilku stałych klientów firmowych. Wspólnicy okazali się kompetentni, każdy odpowiadał za swoją dziedzinę. Perspektywy były obiecujące, ale wymagały stałego wysiłku i czasu.
Katia wyszła z łazienki, gdy goście zaczęli przychodzić. Miała na sobie nową sukienkę — prezent od Saszy z poprzedniego tygodnia. Drogą, elegancką, która świetnie na niej leżała. Szwagierka wyglądała jak milion dolarów — młoda, piękna, pewna siebie. W wieku dwudziestu jeden lat człowiekowi wydaje się, że cały świat stoi przed nim otworem.
Jako pierwsi przyszli Irina i jej mąż Denis — dawni współpracownicy Anny. Potem przyszli Lena i Maksim, sąsiedzi, z którymi utrzymywali kontakt jeszcze przed narodzinami Artioma. Mała grupa, wszyscy równi sobie, wszyscy na podobnym etapie życia — kariery, rodzina, plany na przyszłość.
Usiedli, otworzyli wino musujące i złożyli solenizantce życzenia. Anna dostała sok. Rozmowa toczyła się naturalnie — o pracy, planach wakacyjnych, wiadomościach od wspólnych znajomych. Artiom spał w pokoju dziecięcym, od czasu do czasu wydając cichy dźwięk, nie zakłócając przyjęcia.
Od samego początku Katia zajęła centralne miejsce w rozmowie. Wyciągnęła telefon, pokazywała zdjęcia z uczelni, opowiadała o wykładowcach, dzieliła się nowinkami. Mówiła dużo, z ożywieniem, z typowym dla młodości absolutyzmem. Goście słuchali z zainteresowaniem — młodość zawsze przyciąga uwagę, zwłaszcza gdy aż kipi energią i ambicją.
— A my, dziewczyny, mamy takie plany na lato! — Oczy Katii błyszczały szczególnym blaskiem. — Jedziemy nad Bajkał dużą grupą. Wyobraźcie sobie — dwa tygodnie na łonie natury, namioty, ogniska, prawdziwy romantyzm!
— Brzmi wspaniale — uśmiechnęła się Irina. — Zawsze marzyłam, żeby tam pojechać, ale nigdy się nie udało.
— Och, to będzie niezapomniane! Jest nas osiem osób z grupy. Wynajmiemy dwa samochody — koniecznie SUV-y, na górskie drogi. I planujemy też wypożyczyć quady na kilka dni — podobno jazda po tamtejszym lesie jest fantastyczna.
Katia przewijała zdjęcia w telefonie, pokazując widoki Bajkału, górskie krajobrazy, trasy turystyczne. Zachwycała się pięknem natury i opisywała plany grupy z takim entuzjazmem, jakby podróż była już dopięta na ostatni guzik.
— I jeszcze — ciągnęła dalej, z oczami błyszczącymi z ekscytacji — Nastia i Ania chcą polecieć helikopterem. Mówią, że widoki z góry są niesamowite. Ja wciąż się boję — mam lęk wysokości — ale może jednak się zdecyduję. Taka okazja może się już nie powtórzyć.
Anna słuchała opowieści szwagierki, jednocześnie licząc w myślach koszty. Miesiąc wcześniej jej przyjaciółka Swietłana szczegółowo opowiedziała jej o swojej podróży nad Bajkał z mężem. Wydali około trzystu tysięcy rubli za dwie osoby, bez żadnych luksusów — tylko przyzwoity nocleg, zwykłe wycieczki i normalne posiłki. A tu grupa ośmiu studentów z tak ambitnymi planami…
— A skąd pieniądze? — zapytała Anna ostrożnie. — To chyba nie jest tanie.
— Och, nic wielkiego — Katia machnęła ręką. — Odkładamy po trochu, składamy się razem. Poza tym jestem najlepsza na roku ze wszystkich przedmiotów — zasługuję na to, żeby mnie trochę porozpieszczać.
— Mniej więcej ile wychodzi na osobę?
Katia zatrzymała się na chwilę, najwyraźniej licząc coś w głowie.
— No, dokładnie jeszcze nie liczyliśmy. Może sto pięćdziesiąt tysięcy, może dwieście. To zależy od programu, który wybierzemy.
— I to ze wszystkimi atrakcjami wliczonymi? — dopytywała Anna. — Wynajem samochodów, quadów, loty helikopterem — to przecież nie kosztuje mało.
Katia lekko się spięła, wyczuwając pułapkę.
— Może wyjdzie więcej. No i co, jest jakiś problem?
— Nie, po prostu jestem ciekawa. To duża suma jak na studentów.
— Nie jesteśmy biedakami — powiedziała Katia z nutą irytacji. — Jesteśmy normalnymi ludźmi, możemy sobie pozwolić na porządne wakacje.
— Oczywiście — przytaknęła Anna. — Po prostu jestem ciekawa, jak finansujecie taki wyjazd. Pracujecie, dorabiacie?
— No proszę cię! — roześmiała się szwagierka. — Jaka praca przy takim obciążeniu nauką? Nasz program jest ciężki — języki, praktyki. Nie ma czasu na żadne dorywcze zajęcia.
— To skąd pieniądze na Bajkał?
Katia zawahała się, zdając sobie sprawę, że sama wpadła we własną pułapkę.
— No cóż… rodzina pomoże. Rodzice rozumieją, że z młodości trzeba korzystać.
— Twoi rodzice są gotowi wyłożyć ćwierć miliona na twoje wakacje?
— Ćwierć miliona?! — oburzyła się Katia. — Skąd bierzesz takie liczby?
— Z prawdziwego życia. Jeśli uczciwie policzysz wszystkie swoje plany, nie wyjdzie mniej. A może nawet więcej.
Napięcie zawisło nad stołem. Goście wyczuli, że rozmowa przybiera nieprzyjemny obrót. Sasza uważnie obserwował siostrę, czekając na odpowiedź.
— I co z tego? — Katia wyprostowała się na krześle, przybierając wojowniczą postawę. — Mamy dość pieniędzy na prawdziwe wakacje.
— My? — powtórzyła Anna.
— Oczywiście! — głos Katii się podniósł. — A właściwie to kto miałby mnie utrzymywać? Zadajesz te wszystkie pytania, ale po co? Sasza ma zapłacić za mój wyjazd czy nie?
Anna poczuła lodowaty chłód.
— Sasza ma zapłacić za twoje wakacje? — zapytała cicho.
— A kto inny?! — odpowiedziała Katia, a jej oczy błyszczały oburzeniem. — Mama jest na wakacjach, ma swoje wydatki. Sasza jest moim bratem, odpowiada za mnie. Czy może jesteś przeciwna pomaganiu siostrze swojego męża?
Goście wymienili spojrzenia, nie wiedząc, gdzie podziać wzrok. Urodzinowa atmosfera ulatniała się z każdą sekundą; rozmowa zamieniała się w scenę.
— Katia — powiedziała Anna ostrożnie — takie wydatki trzeba omawiać wcześniej. Ćwierć miliona rubli to bardzo dużo pieniędzy.
— Dla kogo dużo? — krzyknęła Katia.
— To nie są twoje pieniądze, Katia.
— Jak to nie moje? Rodzinne pieniądze! A kto ciebie mianował panią rodzinnego budżetu?
— Ja tylko uważam, że—
— A ty kim jesteś, żeby mi mówić, co mam robić? — Katia wreszcie straciła panowanie nad sobą. — Żyjesz na koszt mojego brata! Siedzisz w domu na urlopie macierzyńskim, a Sasza całkowicie cię utrzymuje! A ja nie mam nawet prawa do porządnych wakacji?
W pokoju zapadła martwa cisza. Sasza znieruchomiał z kieliszkiem w ręku i szeroko otwartymi oczami patrzył na siostrę. Goście siedzieli jak skamieniali, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszeli. Twarz Anny zrobiła się biała jak kreda.
— Powtórz, co właśnie powiedziałaś — szepnęła.
— To, co powiedziałam! — upierała się Katia, rozumiejąc, że zaszła za daleko, ale nie chcąc się cofnąć. — Jesteś na urlopie macierzyńskim, nic nie zarabiasz, Sasza utrzymuje cię jak królową. A ja muszę się uczyć, poznawać języki, budować swoją przyszłość!
Anna powoli wstała od stołu i podeszła do okna. Przez chwilę milczała, patrząc na wieczorne miasto i zbierając myśli. Potem odwróciła się do szwagierki, a wszyscy zobaczyli w jej oczach stalowy chłód.
— Dobrze, Katia. Zobaczmy, kto tu żyje na czyj koszt.
— Proszę bardzo — odparła Katia wyzywającym tonem.
— Mieszkasz w moim mieszkaniu — zaczęła Anna spokojnym, rzeczowym głosem. — W kawalerce, którą kupiłam w wieku dwudziestu sześciu lat.
Katia nic nie powiedziała, ale jej twarz zaczęła blednąć.
— Płacisz mi za wynajem tego mieszkania?
— Nie, ale—
— Nie. Ani kopiejki. Zanim się wprowadziłaś, wynajmowałam tę kawalerkę. Pięćdziesiąt tysięcy rubli miesięcznie stałego dochodu. W ciągu dwóch lat twojego mieszkania tam straciłam milion dwieście tysięcy rubli. I to tylko utracony dochód, bez liczenia opłat.
— Kto płaci za twoją uczelnię? — kontynuowała Anna metodycznie.
— Mama — szepnęła Katia.
— Właśnie. Czterysta tysięcy rubli rocznie. Plus korepetytorzy z trzech języków. To daje ponad pół miliona rocznie tylko na edukację.
— Kto płaci rachunki za mieszkanie, internet i twój telefon?
— Sasza…
— Sasza. To kolejne dwadzieścia tysięcy miesięcznie, dwieście czterdzieści tysięcy rocznie. Za co kupujesz jedzenie?
— Za pieniądze, które daje mi Sasza…
— Za pieniądze Saszy. I twoje wydatki osobiste — kawiarnie, taksówki, ubrania, rozrywka — też są na jego koszt. Ile wydajesz miesięcznie?
Katia milczała, a jej wargi drżały.
— Co najmniej trzydzieści tysięcy. Wiem to, bo Sasza mówi mi, ile przelewa ci na kartę. To daje trzysta sześćdziesiąt tysięcy rocznie.
Anna mówiła wyraźnie, a każde słowo uderzało jak młot.
Zamilkła na chwilę, przeliczając coś w myślach, po czym lekko pokręciła głową.
— Wiesz co, Katia, policzmy. Twoja matka płaci za uczelnię — pół miliona rocznie razem z korepetytorami. Sasza płaci ci za mieszkanie i daje kieszonkowe — to mniej więcej kolejne sześćset tysięcy rocznie. A ja przez ciebie tracę dochód — mogłabym wynajmować swoją kawalerkę i co miesiąc dostawać pieniądze.
Katia siedziała z czerwoną twarzą i oczami pełnymi łez.
— Prawie dwa miliony rubli rocznie idą tylko na ciebie. I ty mówisz mi, że to ja żyję na cudzy koszt? — Anna pokręciła głową. — Jestem na urlopie macierzyńskim od czterech miesięcy. Wcześniej przez pięć lat ciężko pracowałam, zarabiałam, płaciłam podatki. Zasiłek rodzinny to moje prawo. A ty — ile ty zarobiłaś w życiu? Chociaż jednego rubla?
— Studiuję! — wyrwało się Katii.
— Studiujesz za cudze pieniądze. Żyjesz za cudze pieniądze. Jesz za cudze pieniądze. Bawisz się za cudze pieniądze. I to mnie oskarżasz o życie na koszt rodziny?
Sasza odstawił kieliszek i rzucił siostrze twarde spojrzenie.
— Katia, ty rozumiesz, co właśnie powiedziałaś?
— Sasza, ja nie chciałam…
— Obraziłaś moją żonę — jego głos był spokojny, ale stanowczy. — W dniu jej urodzin. W naszym domu. Kobietę, która przez dwa lata znosiła twoje zachcianki, ani razu nie narzekając i nie wypominając ci utraconych dochodów.
— Nie chciałam nikogo skrzywdzić…
— Nie chciałaś? To czego chciałaś? Dostać dwieście pięćdziesiąt tysięcy na zabawę, jednocześnie upokarzając osobę, która cię wspiera?
Katia wybuchnęła głośnym płaczem, ale Anna pozostała niewzruszona.
— Wiesz co, droga szwagierko? Od jutra wszystko się radykalnie zmienia.
— Co masz na myśli?
— Za dwa tygodnie wyprowadzasz się z mojego mieszkania. Do akademika, na stancję, gdzie chcesz — ale nie zostajesz w mojej nieruchomości.
— Anno, dlaczego—
— Wszelkie finansowanie z naszej strony się kończy. Kieszonkowe, pieniądze na jedzenie, rachunki — wszystko zostaje anulowane.
— Ale jak mam żyć?
— To twój problem. Znajdź pracę, bierz dorywcze zlecenia. Sama naucz się, ile kosztują pieniądze.
— A moje studia?
— Jeśli twoja matka chce nadal płacić za uczelnię — to jej decyzja. Ale my przestajemy traktować cię jak księżniczkę.
Katia łkała, chwytając Saszę za rękę.
— Sasza, powiedz coś! Ja tego nie myślałam! To po prostu samo ze mnie wyszło!
Sasza delikatnie, ale stanowczo wysunął dłoń.
— Całkowicie popieram swoją żonę. Przekroczyłaś wszelkie granice.
— Ale jesteśmy rodziną!
— Rodzina jest wtedy, gdy ludzie się szanują — powiedziała Anna. — A nie wtedy, gdy jedni wspierają, a drudzy żądają i obrażają.
Reszta wieczoru upłynęła w ciężkiej atmosferze. Goście próbowali rozmawiać o neutralnych sprawach, ale nastrój był już zniszczony. Wyszli wcześniej niż zwykle, zostawiając solenizantkę samą z rodzinnym chaosem.
Katia wyszła. Anna sprzątała ze stołu, gdy zadzwonił telefon — to była teściowa, dzwoniąca z Turcji, z wakacji, żeby jeszcze raz złożyć życzenia i zapytać, jak przebiegło przyjęcie.
Sasza szczegółowo opowiedział matce, co się stało. Wysłuchała go w milczeniu, a potem powiedziała po prostu:
— Zrobiliście dokładnie to, co trzeba. To ja wychowałam tę dziewczynę; ma trudny charakter. Bez stanowczych środków nie da się nad nią zapanować. W pełni popieram Annę.
— A co z akademikiem? — zapytał Sasza. — Może powinniśmy dać jej jeszcze jedną szansę?
— Żadnej drugiej szansy — odparła matka stanowczo. — Katia musi zrozumieć, że za słowa się odpowiada. Zwłaszcza za takie słowa.
Następnego ranka szwagierka przyszła do mieszkania z opuchniętymi od płaczu oczami.
— Anno, mogę z tobą porozmawiać?
— Możesz.
— Nie chciałam powiedzieć tego, co powiedziałam wczoraj. Byłam po prostu zdenerwowana, zbliżają się egzaminy, stresuję się…
— W wieku dwudziestu jeden lat pora nauczyć się brać odpowiedzialność za swoje słowa — odpowiedziała Anna spokojnie.
— Rozumiem. Zgadzam się na wszystkie twoje warunki. Ale… czy mogę zostać jeszcze miesiąc? Dopóki nie dostanę miejsca w akademiku i nie załatwię wszystkich formalności?
Anna w milczeniu popijała kawę, zastanawiając się nad prośbą.
— Miesiąc, ani dnia dłużej. Ale finansowanie kończy się dzisiaj. I ani słowa więcej o Bajkale.
— Rozumiem — powiedziała cicho Katia.
Tydzień później Katia znalazła pracę jako kelnerka w kawiarni niedaleko uniwersytetu — pracowała w weekendy i wtedy, gdy miała czas między zajęciami. Pensja była niska, ale przynajmniej były to jej własne pieniądze. Podróż nad Bajkał musiała zostać odwołana — nie było jej stać nawet na bilet do Irkucka.
Miesiąc później szwagierka dostała miejsce w akademiku i wyprowadziła się z kawalerki. Mieszkanie szybko wynajęto nowym lokatorom — młodemu małżeństwu z prowincji, schludnemu i godnemu zaufania. Pięćdziesiąt tysięcy miesięcznego dochodu wróciło do rodzinnego budżetu.
A Anna zrozumiała najważniejsze: urodziny czasem mogą stać się nie tylko świętem, ale też okazją, by jasno postawić granice. Zwłaszcza wtedy, gdy słowa wypowiedziane pod wpływem emocji wracają później do tego, kto je powiedział.