— Kochanie, nawet nie wyobrażasz sobie, kim naprawdę jestem — wymruczała Anna, wpatrując się w sufit.
— Jesteś najlepszym, co mam w życiu — wymamrotał sennie Wadim, obejmując żonę.
Gdyby tylko wiedział, jak prorocze okażą się te słowa. Anna lekko się uśmiechnęła, wspominając, jak to wszystko się zaczęło — jak ona, córka milionera, postanowiła przeprowadzić najodważniejszy eksperyment swojego życia.
Ich pierwsze spotkanie wyglądało jak scena z filmu. Anna pracowała już wtedy w osiedlowej bibliotece, odgrywając rolę skromnej dziewczyny z prowincji. Wadim przyszedł po literaturę naukową — przygotowywał się do obrony pracy. Był rozczochrany, ubrany w znoszone dżinsy, a na koszuli miał plamę po kawie.
— Przepraszam, czy mają państwo coś o fizyce kwantowej? — zapytał, mrużąc oczy.
— Trzecia półka, górny rząd — odpowiedziała Anna, powstrzymując uśmiech. — Ale będzie panu potrzebna drabina.
— Może mogłaby mi pani pomóc? — powiedział, drapiąc się niezręcznie z tyłu głowy. — Bo mam wrażenie, że zaraz wszystko tu przewrócę.
Tak właśnie zaczął się ich romans — pośród spadających książek, niezręcznych żartów i rozmów trwających aż do zamknięcia biblioteki. Wadim okazał się prostym człowiekiem o bystrym umyśle i niesamowitym poczuciu humoru. Potrafił godzinami opowiadać o swoich badaniach naukowych, a potem nagle rzucić żartem, który sprawiał, że Anna śmiała się do łez.
Oświadczył się jej sześć miesięcy później, w tej samej bibliotece.
— Wiesz — powiedział, nerwowo obracając w dłoniach pudełeczko z tanim pierścionkiem — wiem, że nie jestem bogaty. Ale kocham cię. I obiecuję, że zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa.
Anna zgodziła się, czując ukłucie winy. Ale eksperyment był dla niej zbyt ważny — chciała zrozumieć, jak społeczeństwo traktuje kobiety bez statusu i bez pieniędzy.
Pierwsze sygnały ostrzegawcze pojawiły się już na weselu. Matka Wadima, Elena Pietrowna, patrzyła na Annę tak, jakby była karaluchem na świątecznym torcie. Anna rozumiała, że nie wszyscy ludzie są tacy, ale jakoś trafiła akurat na wyjątkowo nieprzyjemną rodzinę ze strony męża.
— To naprawdę najlepsze, co mogłaś znaleźć do ubrania? — powiedziała, oglądając prostą białą suknię panny młodej.
— Mamo! — warknął Wadim.
— Co znaczy: „mamo”? Martwię się o ciebie! Mogłeś znaleźć sobie lepszą dziewczynę. Popatrz chociażby na córkę Ludmiły Wasiljewny…
— Tę, która uciekła w zeszłym roku ze swoim trenerem fitness? — prychnęła Marina, siostra Wadima. — Nawet ona byłaby lepszą partią.
Anna tylko uśmiechnęła się w milczeniu, robiąc w myślach notatki do swojego dziennika badawczego. *Dzień pierwszy: klasyczny przejaw dyskryminacji społecznej na podstawie domniemanego statusu materialnego.*
Miesiąc po ślubie do „wychowywania” nowej żony dołączyła ciotka Wadima, Zoja Aleksandrowna — kobieta, której największym hobby było odwiedzanie urzędów.
— Kochanie — powiedziała słodko — a ty w ogóle umiesz gotować? Bo nasz kochany Wadim jest przyzwyczajony do dobrego jedzenia.
Anna, która uczyła się gotowania u najlepszych szefów kuchni w Paryżu, skinęła skromnie głową.
— Uczę się powoli.
— Och, jaka szkoda — westchnęła ciotka Zoja, rozkładając ręce. — Dam ci mój przepis na mięso. Ale czy będzie cię stać na składniki? Teraz wszystko jest takie drogie…
Tego wieczoru Anna zapisała w swoim dzienniku: *Miesiąc pierwszy: presja finansowa jest wykorzystywana jako narzędzie kontroli społecznej. Ciekawe, jak szybko zmieniliby ton, gdyby poznali wysokość mojego rocznego dochodu.*
Wadim próbował bronić żony, ale robił to słabo, jakby bał się postawić własnej rodzinie.
— Kochanie, nie zwracaj uwagi — mówił. — Oni po prostu się martwią.
— Martwią się o co? Że wydam cały twój budżet? — śmiała się Anna.
— Nie, po prostu… wiesz, chcą dla mnie jak najlepiej.
— A ja nie jestem „jak najlepiej”? — W takich chwilach miała ochotę wykrzyczeć prawdę, pokazać im swoje wyciągi bankowe, ale powstrzymywała się.
Pod koniec pierwszego roku małżeństwa kpiny osiągnęły szczyt. Na urodzinach Wadima Elena Pietrowna przeszła samą siebie.
— A co ty podarowałaś mężowi na urodziny, Aneczko? — zapytała, patrząc na skromny zegarek na rękę.
— To, na co było mnie stać — odpowiedziała cicho Anna, przypominając sobie swoją kolekcję szwajcarskich zegarków w londyńskim apartamencie.
— Tak, tak… — przeciągnęła teściowa. — Miłość jest najważniejsza, oczywiście, prawda? Tylko że miłość miłością, ale mężczyzna potrzebuje statusu. Popatrz, Marinka kupiła Koli samochód na urodziny.
— Samochód kupiony na kredyt z absurdalnym oprocentowaniem, który i tak będzie spłacał Kolia — mruknęła pod nosem Anna, ale nikt jej nie usłyszał.
Wieczorem, gdy została sama, wyjęła dziennik i zapisała: *Rok pierwszy. Wnioski pośrednie: presja społeczna nasila się wprost proporcjonalnie do długości kontaktu. Ciekawe, jak długo jeszcze mogę prowadzić ten eksperyment, zanim zniszczy moje małżeństwo.* Nie miała pojęcia, że odpowiedź nadejdzie już bardzo wkrótce.
W drugim roku małżeństwa Wadim dostał awans. Kierował teraz małym działem w firmie IT, a jego krewni zachowywali się jak spuszczone ze smyczy psy.
— Synku, teraz musisz żyć na poziomie swojego statusu — szczebiotała Elena Pietrowna, otwarcie oglądając wytartą tapetę w ich wynajmowanym mieszkaniu. — Może powinieneś pomyśleć o zmianie… otoczenia?
Anna wyobraziła sobie, jak wyciąga platynową kartę i kupuje penthouse w centrum miasta. Ale zamiast tego tylko wzruszyła ramionami.
— Nam tu jest dobrze.
— Oczywiście, że tak — prychnęła Marina, siostra Wadima. — Ty jesteś przyzwyczajona do… prostoty.
*Tydzień 748 eksperymentu* — zapisała tego wieczoru Anna w dzienniku. *Status społeczny nadal pozostaje głównym kryterium, według którego ocenia się człowieka. Nawet niewielki wzrost dochodów jednego członka rodziny powoduje gwałtowny wzrost wymagań wobec drugiego, mniej zamożnego.*
Wszystko zmieniło się pewnego deszczowego wtorku. Ciotka Zoja przyprowadziła do ich domu kolejną „odpowiednią dziewczynę” — córkę ważnego człowieka z dzielnicy.
— Wadimuszku, poznaj Wieroczkę — zaświergotała, wypychając do przodu mocno umalowaną blondynkę. — A tak przy okazji, ma własne biuro nieruchomości!
Anna zamarła z filiżanką herbaty w dłoni. Wiele mogła znieść, ale tego…
— Sam jestem w szoku! — powiedział Wadim, patrząc na nią zdezorientowany.
— A co z Anną? — Zoja Aleksandrowna rozłożyła ręce. — Ona zrozumie! Trzeba myśleć o przyszłości!
Wieroczka zachichotała.
— Tak przy okazji, mam kilka świetnych mieszkań, które mogłabym ci pokazać… prywatnie.
To była ostatnia kropla. Anna wstała, wyprostowała ramiona i oznajmiła:
— Myślę, że czas na rodzinną kolację. W ten piątek. Zapraszam was wszystkich.
Piątek nadszedł jednocześnie zbyt szybko i nieznośnie wolno. Anna przygotowywała się do tego wieczoru jak do premiery teatralnej. Wyjęła z ukrycia swoją ulubioną suknię od projektanta, założyła rodzinne diamenty i zadzwoniła do swojego osobistego szefa kuchni — po raz pierwszy od dwóch lat.
Krewni przybyli w komplecie, spodziewając się kolejnej okazji do szydzenia z biednej synowej. Elena Pietrowna przyprowadziła nawet swoją przyjaciółkę Ludmiłę Wasiljewnę — najwyraźniej w roli widza do nadchodzącego spektaklu.
— O, mamy gości! — zawołała Anna, otwierając drzwi. — Wchodźcie, właśnie zamówiłam kolację z restauracji.
— Zamówiłaś? — Marina zmrużyła oczy. — A skąd pieniądze?
Anna uśmiechnęła się tajemniczo.
— Wszystkiego dowiecie się w swoim czasie.
Gdy wszyscy zasiedli przy stole — antycznym stole z palisandru, specjalnie wynajętym na tę okazję — rozpoczął się prawdziwy teatr absurdu.
— A co to za wino? — ciotka Zoja powąchała zawartość kieliszka. — Nie wygląda na nasze krasnodarskie…
— Doskonały rocznik, 1982 — powiedziała mimochodem Anna. — Tata przyniósł je ze swojej piwniczki win.
W jadalni zapadła cisza. Słychać było chyba muchę próbującą przelecieć przez witraż.
— Jaki tata? — wyjąkała Elena Pietrowna. — Mówiłaś, że jesteś sierotą…
— Och, i właśnie to jest najciekawsze — powiedziała Anna, wstając z kieliszkiem w dłoni. — Widzicie, przez ostatnie dwa lata prowadziłam eksperyment społeczny. Badałam, jak społeczeństwo traktuje kobiety bez widocznego majątku i statusu społecznego. I muszę przyznać, że wyniki okazały się bardzo… pouczające.
Zrobiła pauzę, obserwując, jak z twarzy jej krewnych powoli odpływa kolor.
— Mój ojciec jest milionerem — kontynuowała Anna, smakując każdą chwilę. — A ja przez cały ten czas żyłam skromnie, żeby zobaczyć, jak będziecie mnie traktować, jeśli nie będę spełniać waszych standardów.
Wadim patrzył na nią szeroko otwartymi oczami.
— Anna, co…
— Ale teraz — przerwała mu — eksperyment dobiegł końca. I myślę, że wszyscy musimy porozmawiać o tym, jak zamierzamy żyć od tej pory.
Ciszę w pokoju przerykało jedynie tykanie drogiego zegara na ścianie. Anna uśmiechała się, wiedząc, że jej słowa zmieniły wszystko.
Zamilkła. W jadalni zaległa tak głęboka cisza, że można było usłyszeć skrzypienie protezy Ludmiły Wasiljewny.
— Prawda jest taka, że jestem Anna Siergiejewna Zacharowa. Tak, właśnie ta Zacharowa. Moja rodzina jest właścicielem ZakharGroup. Być może widzieliście nasze biura — ten ogromny szklany budynek w centrum miasta.
Elena Pietrowna zbladła tak bardzo, że wyglądało, jakby miała zaraz stopić się z obrusem.
— A do tego mamy sieć pięciogwiazdkowych hoteli — ciągnęła Anna, delektując się każdym słowem. — A tak przy okazji, to biuro nieruchomości, w którym pracuje wasza Wieroczka, też jest nasze. Tata kupił je w zeszłym roku… jak to lubicie mówić — „myślał o przyszłości”.
Marina próbowała coś powiedzieć, ale wydobył się z niej tylko zduszony pisk.
— A wiecie co? — Anna omiotła wzrokiem skamieniałych krewnych. — Przez te dwa lata zebrałam niesamowity materiał do swojej książki. *Dyskryminacja społeczna we współczesnym społeczeństwie: spojrzenie od środka.* Myślę, że narobi sporo szumu w środowiskach akademickich. Większość ludzi zresztą traktuje kogoś takiego jak ja bardzo dobrze. Pomagają, dają przydatne rady. Ale wasza mała rodzinka to fascynująca anomalia.
Wadim siedział, ściskając poręcze krzesła. Jego twarz przypominała *Krzyk* Muncha.
— Ty… przez cały ten czas… — zaczął.
— Tak, kochanie. Nie byłam tym, za kogo się podawałam. Ale moja miłość do ciebie była jedyną rzeczą, która była prawdziwa.
— I jak… — Elena Pietrowna wreszcie odzyskała głos — jak ty wytrzymałaś wszystkie te upokorzenia? Mogłaś nas zatrzymać w każdej chwili…
— Zatrzymać was? — Anna uśmiechnęła się. — Oczywiście, że mogłam. Ale wtedy eksperyment straciłby swoją czystość. Poza tym nawet nie wyobrażacie sobie, jak zabawnie słuchało się waszych rozmów o tym, że nie zasługuję na waszego syna, podczas gdy mój roczny dochód przekracza wartość całego waszego majątku razem wziętego.
Ludmiła Wasiljewna zakrztusiła się winem i zaczęła kaszleć. Ciotka Zoja nerwowo ścisnęła swoją torebkę Gucci — podróbkę, co Anna zauważyła już dawno temu.
— Ale najciekawsze jest to — powiedziała Anna, odwracając się do męża — że ty, Wadim, byłeś jedyną osobą, która kochała mnie za to, kim jestem. Bez pieniędzy, bez statusu, bez—
— Bez prawdy — przerwał jej, podnosząc się od stołu. — Wybaczcie, muszę zaczerpnąć powietrza.
Wyszedł, zostawiając Annę z kieliszkiem do połowy pełnym. W jadalni zawisła martwa cisza, przerywana jedynie stłumionym szlochem Mariny i szelestem serwetki ciotki Zoi.
*Dzień 730 eksperymentu* — zanotowała w myślach Anna. *Cel osiągnięty. Cena… jeszcze nieustalona.*
Trzy tygodnie po „kolacji prawdy” Wadim nie wrócił do domu — nocował u przyjaciela, zabierając ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Krewni rozpłynęli się, jakby nigdy nie istnieli. Tylko Marina od czasu do czasu wysyłała błagalne wiadomości na VK: „Aneczka, może byśmy się spotkały? Dużo myślałam…”
Anna nie odpowiadała. Po raz pierwszy od dwóch lat pozwoliła sobie być sobą — zamawiała jedzenie z ulubionych restauracji, pracowała nad książką na drogim komputerze, który przez cały ten czas ukrywała na strychu, i cierpiała. Boże, jak bardzo cierpiała.
— Wiesz, co jest zabawne? — powiedziała swojej asystentce Katii, jedynej osobie, która znała prawdę od początku. — Ja naprawdę się w nim zakochałam. Naprawdę.
— A on zakochał się w tobie — wzruszyła elegancko ramionami Katia, mieszając cukier w cappuccino. — Inaczej już dawno wróciłby dla pieniędzy.
Siedziały w ulubionej kawiarni Anny — malutkim lokalu na dachu wieżowca ZakharGroup. Stamtąd całe miasto wyglądało jak zabawka, łącznie z ich wynajmowanym mieszkaniem w zwyczajnej dzielnicy.
— Wczoraj dzwonił tata — powiedziała Anna ze smutnym uśmiechem. — Powiedział, że jestem szalona. Że mogłam po prostu napisać artykuł na podstawie cudzych badań.
— I co mu odpowiedziałaś?
— Że właśnie w tym problem — wszyscy piszą na podstawie cudzych historii. Nikt nie chce przeżyć ich samemu.
Katia dopiła kawę i nagle zapytała:
— Słuchaj, gdybyś mogła cofnąć czas… zmieniłabyś coś?
Anna przez chwilę milczała, patrząc na miasto w dole.
— Wiesz… chyba tak. Powiedziałabym mu prawdę. Nie od razu, ale… na pewno przed ślubem.
Wadim pojawił się nagle — po prostu zadzwonił do drzwi ich wynajmowanego mieszkania o siódmej rano. Anna otworzyła mu w jedwabnym szlafroku Valentino — nie ukrywała już niczego — i zamarła. Wciąż jeszcze nie przeniosła się do drogich apartamentów. Czekała na niego.
— Cześć — powiedział ochryple. — Mogę wejść?
Schudł, pod oczami miał cienie. Anna bez słowa odsunęła się i wpuściła go do środka.
— Myślałem… — zaczął Wadim, nerwowo obracając klucze w dłoni.
— Dwadzieścia trzy dni — przerwała mu.
— Co?
— Myślałeś przez dwadzieścia trzy dni. Liczyłam.
Lekko, ironicznie się uśmiechnął.
— I to też było częścią eksperymentu? Liczenie dni naszej rozłąki?
— Nie — pokręciła głową. — To było częścią miłości.
Wadim usiadł na ich starej sofie — tej, którą kupili w IKEA, chociaż Anna mogła sobie pozwolić na meble z litego palisandru.
— Wiesz, co zrozumiałem przez te dni? — zapytał, patrząc w podłogę. — Próbowałem sobie przypomnieć choć jedną chwilę, kiedy nie byłaś ze mną szczera. I nie potrafiłem.
Anna usiadła obok, wciąż zachowując pewien dystans.
— Bo nigdy nie udawałam w sprawach naprawdę ważnych. Tylko w drobiazgach.
— W drobiazgach? — zaśmiał się gorzko. — Nazywasz „drobiazgiem” bycie dziedziczką wielomilionowej fortuny?
— Tak! — wybuchła nagle. — Bo pieniądze to nie ja! To nawet nie jest moja zasługa — po prostu urodziłam się w bogatej rodzinie. A ty pokochałeś prawdziwą mnie — tę, która śmieje się z twoich głupich żartów, która kocha science fiction, która…
— Tę, która przez dwa lata prowadziła dziennik, zapisując każde upokorzenie, jakie zgotowała jej moja rodzina — dokończył cicho.
Anna odwróciła się do okna, próbując zebrać myśli. Pierwsze promienie słońca przeciskały się przez ledwie zasunięte zasłony, które wybierali razem w tanim sklepie. Tanie, ale ukochane.
— Wiesz — zaczęła cicho, wciąż patrząc na budzące się miasto — kiedy miałam szesnaście lat, miałam najlepszą przyjaciółkę. Zwyczajną dziewczynę z sąsiedztwa. Godzinami rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym, dzieliłyśmy się sekretami. A potem jej matka dowiedziała się, kim jestem… — Anna gorzko się uśmiechnęła. — Tydzień później zaczęła sugerować, że dobrze byłoby, gdybym zabrała jej córkę na wakacje do Europy… skoro mnie na to stać.
Odwróciła się do Wadima, a w jej oczach błyszczały łzy.
— Nie chciałam, żeby nasza historia zaczęła się od pieniędzy. Chciałam mieć pewność, że ktoś może pokochać mnie za mnie. Głupie, prawda?
Przypomniała sobie, jak partnerzy biznesowi ojca schlebiali mu, jak jej koledzy z klasy w Londynie dzielili ludzi na „nas” i „ich” w zależności od wielkości konta bankowego… Chciała udowodnić, że istnieje coś prawdziwego. Że to nie jest tylko wymysł.
— I udowodniłaś? — zapytał. W jego głosie nie było już goryczy, tylko zmęczenie.
— Tak. Ale wiesz, co zrozumiałam? — Przysunęła się bliżej. — Są rzeczy ważniejsze niż jakikolwiek eksperyment. Na przykład zaufanie.
Wadim w końcu podniósł wzrok.
— I co teraz?
— Teraz… — Anna wyjęła z torby gruby zeszyt — swój dziennik badawczy. — Teraz chcę go spalić. Do diabła z nauką, do diabła z eksperymentami. Po prostu chcę być z tobą.
Przez dłuższą chwilę patrzył na dziennik.
— A twoja książka?
— Napiszę nową. O tym, jak omal nie straciłam najważniejszej rzeczy w pogoni za naukową ambicją.
Wadim wziął zeszyt do ręki.
— Wiesz, ja też coś zrozumiałem przez te dni. Nie byłem zły z powodu pieniędzy. Byłem zły, bo myślałem, że wszystko było fałszywe.
— Ale nie było — powiedziała cicho Anna.
— Wiem. Teraz już wiem — odpowiedział i nagle się uśmiechnął. — A tak przy okazji, co z twoimi głupimi żartami?
Zaśmiała się przez łzy.
— Na przykład ten twój ulubiony o fizyku teoretycznym i kocie Schrödingera, którzy wchodzą do baru…
— Który jest jednocześnie pijany i trzeźwy, dopóki barman nie sprawdzi jego dowodu! — podchwycił Wadim i oboje wybuchnęli śmiechem, tak jak na początku.
Godzinę później siedzieli już w kuchni, pili kawę rozpuszczalną — chociaż Anna miała w torebce klucze do penthouse’u z profesjonalnym ekspresem — i rozmawiali o przyszłości.
— To co, zaczynamy od nowa? — zapytał Wadim.
— Tak. Ale tym razem bez sekretów. I wiesz co? Zostańmy tutaj, w tym mieszkaniu.
— Ale przecież mogłabyś…
— Mogłabym — skinęła głową. — Ale nie chcę. To tutaj zaczęła się nasza historia. Kontynuujmy ją tutaj. Zrobię ładny remont i pomieszkamy tu jeszcze przynajmniej rok.
Wadim się uśmiechnął.
— A co z mamą? Mariną? Ciotką Zoją?
— Och, teraz nie będą mogły mnie unikać — Anna zmrużyła oczy figlarnie. — Będą przychodzić na rodzinne obiady i jeść najprostsze jedzenie. Bez wina za tysiące dolarów.
— Okrutne — zaśmiał się.
— Ale uczciwe.
Rozległ się dzwonek do drzwi — to była Marina z ogromnym tortem i poczuciem winy wymalowanym na twarzy.
— Aneczka, dużo myślałam… — zaczęła wyuczonym tonem.
— Wejdź — przerwała jej Anna. — Napijesz się kawy rozpuszczalnej?
Marina mrugnęła zdezorientowana, ale skinęła głową. A Wadim, patrząc na to, zrozumiał, że wszystko będzie dobrze. Bo prawdziwa miłość nie tkwi w drogim winie ani w markowych ubraniach. Jest w kawie rozpuszczalnej, którą pije się z ukochaną osobą w małym, wynajmowanym mieszkaniu.
I to już nie był eksperyment.
To było życie.