Wieczorne powietrze nad dzielnicą przemysłową było gęste i ciężkie, przesycone ostrymi oparami mazutu oraz wilgotnym pyłem unoszącym się z asfaltu, który zrywano tuż obok. Anna wyszła przez bramę fabryki, wtapiając się w strumień równie zmęczonych kobiet. Ich ramiona były przygarbione pod ciężarem nie tylko zakończonej zmiany, lecz także życia, które czekało za drzwiami domu: gotowania, prania, pomagania dzieciom w odrabianiu lekcji. Zrobiła kilka kroków w stronę przystanku autobusowego, ściskając siatkową torbę z bochenkiem chleba i kartonem mleka.
— Anno, zaczekaj, proszę.
Głos dobiegł zza jej pleców i był boleśnie znajomy. Parzył jej uszy, unieruchamiając ją tak, jakby jej stopy nagle wrosły w bruk. Powoli, z niechęcią, odwróciła się. Wiedziała — wiedziała całym swoim jestestwem — że to spotkanie było nieuniknione, niczym zmiana pór roku, ale wcale nie czyniło to sprawy łatwiejszą.
Stał pod słabym, migoczącym światłem latarni, które bezlitośnie wydobywało z półmroku każdy szczegół jego obecnego wyglądu. Pognieciona kurtka, wyraźnie nieodpowiednia do pory roku, trzydniowy zarost, przez który wyglądał na zaniedbanego, i oczy niezdolne spotkać się z jej spojrzeniem. Siergiej. Ojciec jej dzieci. Duch, który wrócił znikąd w najgorszym możliwym momencie.
Obok nich przepływał strumień robotnic po zmianie — kobiet w chustkach i znoszonych płaszczach, poszarzałych ze zmęczenia. Zwolniwszy kroku, rzucały ciekawskie spojrzenia, próbując wychwycić urywki rozmowy obcych ludzi, wciągnąć w siebie zapach cudzego dramatu. Anna stała nieruchomo, niczym lodowy posąg. Jej palce nie zaciskały się mocniej na uchwycie torby, nie zdradzając żadnego wewnętrznego poruszenia. Całe jej ciało było uosobieniem zimnego, niemal namacalnego spokoju.
— Ja… wiem, że to niespodziewane… ale naprawdę chciałem porozmawiać — zaczął, kołysząc się z nogi na nogę jak nastolatek przyłapany na winie. — Dużo ostatnio myślałem. O wszystkim. O tym, co zrobiłem… o naszych dzieciach. Jak się mają moje skarby? Andriusza, Lidoczka? Tak bardzo za nimi tęskniłem, że aż nie do zniesienia.
Spróbował rozciągnąć usta w coś przypominającego uśmiech — ciepły, ojcowski uśmiech — ale udało mu się jedynie wykrzywić twarz w żałosnym, krzywym grymasie, który nie oszukałby nawet dziecka. Anna milczała. Nie patrzyła na niego, lecz jakby przez niego — na autobusy warczące przy przystanku, na ciemne, niskie niebo. Jej milczenie było straszniejsze niż jakikolwiek krzyk, mocniejsze niż jakakolwiek scena. Było jak przestrzeń pozbawiona powietrza, w której jego udawane, wcześniej przygotowane słowa dusiły się i umierały. Nie wytrzymywał tego przytłaczającego milczenia.
— Aniu, ja doskonale wiem, co zrobiłem. Byłem idiotą — młodym, porywczym, z wiatrem w głowie… — Jego głos stawał się coraz bardziej błagalny, nabierał nieprzyjemnych, płaczliwych tonów. — Ale człowiek może się zmienić, może przemyśleć swoje życie. Wszystko zrozumiałem, naprawdę, do samego dna duszy. Chcę… marzę, żeby to naprawić. Żeby nadrobić to, co jeszcze da się nadrobić.
Zrobił ku niej nieśmiały, niepewny krok, lecz natychmiast się zatrzymał, natrafiając na jej spojrzenie. W jej oczach nie było nienawiści. Nie było niczego. Absolutna, całkowita pustka. Spalona, martwa ziemia tam, gdzie kiedyś istniał kwitnący ogród zwany miłością. I to właśnie ta dudniąca pustka sprawiła, że jego kolana zadrżały lekkim, zdradliwym drżeniem. Zorientowawszy się, że liryzm i skrucha nie przynoszą oczekiwanego efektu, przeszedł do rzeczy, do prawdziwego celu swojej wizyty. Jego głos zmienił się w żałosny, konspiracyjny szept.
— Mówiąc wprost… ona wyrzuciła mnie z domu. Upchnęła wszystkie moje rzeczy do starej, znoszonej torby i wystawiła mnie za drzwi. Powiedziała, że już mnie nie potrzebuje. Anno, ja dosłownie nie mam teraz dokąd pójść. Rodzice nawet nie otworzyli drzwi; pukałem, dzwoniłem… Próbowałem u znajomych, ale to tylko na jedną noc albo dwie. Nie mam ani grosza. Pozwól mi przenocować — choćby na wycieraczce w przedpokoju, przysięgam, nawet nie zauważysz mojej obecności, nie będę ci przeszkadzał.
I wtedy w tym skamieniałym spokoju Anny coś pękło. Lodowa zbroja jej oczu rozszczepiła się, lecz to, co się z niej wydobyło, nie było wodą — to była rozpalona, płynna lawa. Jej rysy wyostrzyły się, stały się twarde i nieugięte. Wreszcie naprawdę na niego spojrzała — prosto, bezpośrednio, już nie przez niego. Cofnął się mimowolnie przed tym spojrzeniem, tak obcym i bezlitosnym.
— Nie masz dokąd pójść? — powtórzyła.
Jej głos był spokojny, ale każde słowo wypowiadała z tak nieludzką siłą, że wydawało się, iż nawet kierowcy po drugiej stronie placu mogli ją usłyszeć.
— A gdzie były pieniądze, o które błagałam cię na zimowe buty dla Andriuszy? Całą zeszłą zimę chodził w jesiennych półbutach, raz po raz łapiąc przeziębienie. Gdzie byłeś, kiedy Lidoczka miała gorączkę prawie czterdzieści stopni, a ja biegałam między nią a apteką, nie wiedząc, co jest ważniejsze? A urodziny własnego syna — choć je pamiętasz? Czekał na ciebie do północy, siedząc przy oknie i patrząc w ciemność. Nie chciał odejść od tortu, tylko czekał. Nawet nie zadzwoniłeś. Ani słowa.
Jej głos wzmacniał się z każdym zdaniem, nabierając siły i furii. Już nie szeptała. Mówiła tak, by wszyscy słyszeli. By wszystkie te kobiety wychodzące z fabryki stały się nie tylko świadkami, lecz także sędziami w tym improwizowanym sądzie.
— Porzuciłeś nas — zostawiłeś mnie samą z dwójką małych dzieci — a teraz wracasz, żebym cię przyjęła tylko dlatego, że twoja nowa zdobycz wyrzuciła cię jak śmiecia i nie masz gdzie spać?! Nie sądzisz, że pomyliłeś drzwi?! Ani ja, ani nasze dzieci już cię nie potrzebujemy! Rozumiesz to?!
Ostatnie słowa wykrzyczała. Nie był to histeryczny krzyk kobiety, lecz dziki, potężny ryk zranionej, ale niepokonanej wilczycy broniącej swojej nory.
Siergiej otworzył usta, by wysunąć jakąś wymówkę, by znaleźć odpowiednie słowa, ale ona ucięła go natychmiast, robiąc krok naprzód.
— Dla nas przestałeś istnieć tego samego dnia, w którym odszedłeś. Idź spać na dworzec; twój los w ogóle mnie nie interesuje.
Odwróciła się gwałtownie, prawie na niego nie patrząc, i ruszyła ku przystankowi autobusowemu pewnym, zdecydowanym krokiem — krokiem kobiety, która właśnie spaliła ostatni kruchy most łączący ją z przeszłością. Wtopiła się w tłum, zniknęła w nim, podczas gdy on stał pod migoczącą latarnią — oszołomiony, upokorzony — pod zduszonymi chichotami oraz potępiającymi, pogardliwymi spojrzeniami obcych kobiet.
Upokorzenie doznane przy bramie nie ostudziło jego zapału. Przeciwnie, roznieciło w nim wewnętrzny ogień. Nędzna, rachityczna uraza szybko przemieniła się w chłodną, wyrachowaną i jadowitą złośliwość. Siedział na zimnej ławce na nieznanym podwórzu, wpatrując się w ciemne, ślepe okna bloków, podczas gdy w jego głowie, niczym grzybnia, rozwijał się nowy, bardziej złożony plan. Atak frontalny całkowicie zawiódł. Anna zbudowała wokół siebie niezdobytą fortecę ze stali i betonu, której nie dało się zdobyć błaganiami ani skruchą. Trzeba więc było znaleźć drogę okrężną, uderzyć od tyłu — w najbardziej wrażliwy i niechroniony punkt jej obrony. A tym punktem, tą piętą achillesową, była jej własna matka — Galina Stiepanowna.
Godzinę później stał już przed znajomymi drzwiami obitymi skajem, na siódmym piętrze starego bloku z czasów Chruszczowa. Celowo nie zadzwonił wcześniej, chcąc ją zaskoczyć, nie zostawić jej ani sekundy na zastanowienie czy skonsultowanie się z córką. Nacisnął dzwonek, czując, jak w środku uruchamia się w nim aktor — główna rola jego życia: skruszony i nieszczęśliwy zięć.
Drzwi otworzyła niska, pulchna kobieta w wyblakłym, wielokrotnie pranym szlafroku. Widząc go na progu, Galina Stiepanowna zamarła; jej łagodna, dobrotliwa twarz natychmiast stała się twarda i podejrzliwa. Powietrze było przesiąknięte znajomym, kiedyś ukochanym zapachem — smażonej cebuli, gotowanych ziemniaków i liścia laurowego — zapachem jej domu, który Siergiej niegdyś sam, jak mu się wydawało, na zawsze uważał za swój.
— Czego chcesz, Siergieju? — zapytała bez żadnego powitania, nie wykonując najmniejszego gestu, by wpuścić go do środka.
Nie próbował się przecisnąć. Opuścił ramiona, przygarbił się, wizualnie zmieniając się z dorosłego mężczyzny w winnego, żałosnego nastolatka.
— Tylko porozmawiać, Galino Stiepanowno. Pięć minut pani czasu. Nie odejdę, dopóki mnie pani nie wysłucha. Zmarzłem do kości, jak bezpański pies.
To była subtelna, wyrachowana manipulacja — obliczona na jej wrodzoną, niezniszczalną dobroć. Mogła przepędzić bezczelnego człowieka, ale nie potrafiła zostawić „zmarzniętego psa” na klatce schodowej — mężczyzny, który mimo wszystko pozostawał ojcem jej ukochanych wnuków. Z ciężkim, rozdzierającym westchnieniem odsunęła się w milczeniu, wpuszczając go do wąskiego korytarza zastawionego kartonami.
— Idź do kuchni. Ale proszę, szybko. Jeśli Anna się dowie… będę miała przechlapane.
Kuchnia była ciepła i przytulna. Na kuchence w starej żeliwnej patelni wesoło skwierczała podsmażana cebula. Na stole, pod koronkową serwetką, stał mały wazonik wypełniony tanimi landrynkami. Siergiej usiadł na taborecie, na którym setki razy siedział z Anną, i położył bezradnie swoje duże dłonie na stole. Wpatrywał się w własne palce, nie śmiąc podnieść oczu na teściową. Scena się zaczynała.
— Anna mnie wyrzuciła — zaczął chrapliwym, ściśniętym głosem. — I miała całkowitą rację. Zasłużyłem na każde słowo, na każdą literę. Nie byłem mężem. Nie byłem ojcem… Nie byłem nikim. Byłem pustą plamą. Widzę to teraz — czuję to każdą komórką.
Galina Stiepanowna mieszała zawartość patelni w milczeniu, nie odwracając się; jej plecy były nienaturalnie napięte i proste. Nie przerwała mu, pozwalając mówić, ważąc każde słowo.
— Nie przyszedłem dla siebie — ciągnął Siergiej, a jego głos celowo załamał się w pęknięty szept pełen prawdziwie brzmiącego cierpienia. — Jest mi już obojętne, gdzie śpię — choćby na ziemi pod mostem. Myślę tylko o nich, o dzieciach. Jak mają dorastać bez ojcowskiego ramienia? Sama pani wie, co to znaczy wychowywać dzieci bez silnego męskiego oparcia. Andriusza potrzebuje przykładu, prawdziwego mężczyzny przed oczami. Lidoczka potrzebuje ojcowskiej ochrony, pewności jutra. A Anna… ona się wyniszcza, a razem z nią powoli wyniszczają się oni. Duma to straszna, niszczycielska rzecz, Galino Stiepanowno. To zasłona na oczach. Ona naprawdę wierzy, że poradzi sobie ze wszystkim sama, ale tak naprawdę, niechcący, łamie życia — swoje i naszych dzieci.
Wreszcie podniósł na nią wzrok. W jego oczach stało coś przypominającego bezgraniczny smutek, starannie wyćwiczony.
— Ona nigdy mi nie wybaczy. Nie mam jej tego za złe — wcale. Ale pani… pani jest matką. Mądrą kobietą, która widziała życie. Pani widzi, co naprawdę się dzieje. Ona tnie po żywym, nie myśląc o tym, co będzie dalej. Ktoś musi ją zatrzymać, przywrócić jej rozsądek. Nie dla mnie, człowieka zapomnianego. Dla Andriuszy i Lidoczki. Oni potrzebują ojca — nawet tak marnego i złego jak ja. Jestem gotów na wszystko, rozumie pani? Na wszystko! Będę czołgał się na kolanach, będę przynosił do domu każdą zarobioną kopiejkę… Byle tylko pozwoliła mi być blisko nich, po prostu dzielić z nimi tę samą przestrzeń.
Zamilkł, rozegrawszy swój główny, decydujący ruch. Teraz wszystko zależało od niej, od jej matczynego serca. Galina Stiepanowna zgasiła płomień pod patelnią i powoli, z niechęcią się odwróciła. Długo mu się przyglądała, a w jej spojrzeniu toczyła się bezlitosna walka — gniew na niego za wszystko, przez co kazał przejść jej córce, i litość, niewyczerpana litość dla wnuków dorastających bez ojca. Podeszła do starego kredensu i wyjęła głęboki talerz ozdobiony kwiatowym wzorem.
— Została zupa z wczoraj. Chcesz? — zapytała równym głosem, który nie zdradzał niczego.
Po tym prostym, codziennym pytaniu Siergiej z radością zrozumiał, że wygrał. Przebił wyrwę w niezdobytym murze. Zyskał nieoczekiwanego, ale cennego sojusznika. Umieścił potężną bombę z opóźnionym zapłonem w samym sercu obozu wroga.
— Chcę — odpowiedział spokojnie, z ostentacyjną pokorą. — Bardzo dziękuję, Galino Stiepanowno.
Ulegając jego wyrafinowanym i dobrze przećwiczonym błaganiom, Galina Stiepanowna zrobiła coś, co w głębi duszy uważała za akt najwyższej mądrości i troski o przyszłość swoich wnuków. W rzeczywistości, nawet tego nie rozumiejąc, właśnie otworzyła tylne drzwi w fortecy, którą Anna zbudowała wokół swojego nowego, ciężko wywalczonego życia. Siergiej oczywiście nie czekał. Nie zadzwonił, nie poprosił o pozwolenie. Po prostu użył klucza, który tak uprzejmie włożono mu do ręki.
Już dwa dni później czekał na nich przed bramą szkoły. Nie wyglądał jak nędzny, pobity pies. Przeciwnie, przeszedł metamorfozę: ogolił się, zdobył od starego kumpla czystą, prawie nową kurtkę, a nawet znalazł trochę pieniędzy. Opierając się nonszalancko o pień starego klonu, niemal przypominał idealny obraz troskliwego ojca, który przyszedł odebrać ukochane dzieci po lekcjach. Gdy Galina Stiepanowna wyszła przez bramę, mocno trzymając Andriuszę i Lidę, ruszył ku nim szybkim, pewnym krokiem.
— Dzień dobry, Galino Stiepanowno! Moje kochane dzieci!
Przez chwilę Andriusza i Lida stali jak skamieniali, a potem z piskiem: „Tata!” rzucili się ku niemu, zapominając o całym świecie. Podniósł ich oboje, zakręcił w powietrzu, ściskając mocno, jakby bał się ich wypuścić. Obsypywał ich pocałunkami, szepcząc im do uszu coś szybkiego, radosnego i chaotycznego. Galina Stiepanowna stała kilka kroków dalej, uśmiechając się niepewnie na widok tej idyllicznej sceny. Widziała szczerą, prawdziwą radość na twarzach dzieci, a to światło zagłuszyło cichy, lecz natarczywy głos sumienia w jej duszy, szepczący o zdradzie.
— Siergieju, co ty tu robisz? Anna kategorycznie zabroniła… — zaczęła, lecz on przerwał jej łagodnie, choć stanowczo.
— Nie przyszedłem do niej. Przyszedłem do nich, do moich dzieci — powiedział, nie stawiając ich na ziemi. — Nie mogłem już wytrzymać; tak bardzo za nimi tęskniłem, że aż bolało mnie serce. Czy nie mam prawa ich zobaczyć? Spójrz, jakie są szczęśliwe! Czy to nie jest najważniejsze?
I rzeczywiście były oszalałe z radości. Obejmowały go za szyję i mówiły jednocześnie o lekcjach, kolegach i wydarzeniach w szkole. Potem Siergiej, niczym prawdziwy czarodziej, postawił je na ziemi i teatralnym gestem wyjął zza drzewa dwa ogromne pudełka błyszczące kolorowym celofanem. Jedno — z obrazkiem potężnego zdalnie sterowanego jeepa — wręczył promieniejącemu Andriuszy. Drugie — z lalką niemal tak dużą jak pierwszoklasistka, o luksusowych złotych włosach i balowej sukni obszytej koronką — podarował zachwyconej Lidzie.
Dzieci zaniemówiły; ich oczy płonęły prawdziwym ogniem. To nie były zwykłe zabawki z najbliższego sklepu. To były ich sekretne, najdroższe marzenia. To właśnie na ten samochód Andriusza codziennie zerkał w witrynie „Świata Dziecka”, idąc do szkoły. To właśnie o tej lalce Lidoczka szeptała nocami, wypowiadając życzenie przed snem. Na te zabawki Anna zawsze odpowiadała z bólem w sercu: „Nie mamy teraz pieniędzy, kochanie. Poczekajmy trochę, może na święta”.
— To dla was, moje skarby — oznajmił Siergiej z szerokim, hojnym i triumfalnym uśmiechem. — Bo wasz tata bardzo, bardzo was kocha i zawsze, zawsze o was pamięta, gdziekolwiek jest.
Galina Stiepanowna próbowała protestować — mamrotała, że nie trzeba, że to za drogie — ale jej głos utonął w okrzykach radości dzieci. Ściskając swoje niewiarygodne nowe skarby, podskakiwały wokół ojca, przepełnione szczęściem. Siergiej znów je objął, powiedział, że musi załatwić pewną sprawę, ale wróci bardzo, bardzo szybko, po czym zniknął równie nagle, jak się pojawił, zostawiając za sobą smugę zachwytu i drogich prezentów.
Cała droga powrotna do domu przypominała triumfalny pochód. Z trudem niosąc ogromne, nieporęczne pudełka, dzieci paplały bez przerwy, przerywając sobie nawzajem, by opowiadać babci, jaki wspaniały jest ich tata — taki dobry, taki hojny i jak bardzo je kocha. Galina Stiepanowna szła obok nich z sercem ściśniętym coraz silniejszym, mrocznym przeczuciem nadchodzącej burzy.
Kiedy drzwi mieszkania otworzyły się gwałtownie, a dzieci, nawet nie zdejmując butów, wpadły do wąskiego korytarza z okrzykami radości — „Mamo, mamo, zobacz, co tata nam dał!” — Anna zamarła w progu kuchni ze ścierką w dłoni. Jej spojrzenie przesunęło się po ich rozpromienionych twarzach, po ogromnych, kolorowych pudłach, które w ich skromnym mieszkaniu wydawały się jeszcze większe, aż w końcu zatrzymało się na twarzy matki. W jednej chwili — w jednej jedynej sekundzie — zrozumiała wszystko. Do ostatniej gorzkiej kropli.
— Mamo, co to ma znaczyć? — zapytała zdumiewająco cicho, lecz ta cisza brzmiała jak tłuczone szkło.
— On… on po prostu przypadkiem spotkał nas przy szkole — zaczęła pośpiesznie Galina Stiepanowna, plącząc się w słowach i odwracając wzrok. — Nie mogłam nic zrobić; po prostu przyszedł, a dzieci tak się ucieszyły…
— Przypadkiem? — Anna zrobiła jeden powolny, ciężki krok. Jej głos się nie podniósł, ale każde słowo stawało się coraz twardsze i ostrzejsze, jak naostrzona klinga. — Z dwoma ogromnymi, skandalicznie drogimi pudłami pod pachą po prostu przechodził obok szkoły? Doprowadziłaś go do moich dzieci. Sama pozwoliłaś mu to zrobić. Pozwoliłaś mu wrócić do naszego życia.
Dzieci, nagle uświadamiając sobie narastające napięcie, gwałtownie zamilkły i mimowolnie przycisnęły się do ściany, mocniej ściskając prezenty — jakby były ich ostatnią nadzieją na szczęście.
— Ale zobacz, jak promienieją! — błagała Galina Stiepanowna ze łzami w głosie. — To ich ojciec, Anno; ma prawo ich widywać! Tak, zawinił — bardzo — ale chce naprawić, wszystko uporządkować! Żałuje!
Cierpliwość Anny pękła. Tama runęła.
— Naprawić?! Kupić ich sympatię i miłość za kilka tysięcy rubli, żeby potem mogli mi wyrzucać, że tata jest dobry, a mama zła i nigdy nic im nie kupuje?! Gdzie był ten „kochający ojciec”, kiedy pożyczałam od wszystkich pieniądze na ich szkolne mundurki i książki? Gdzie był, kiedy stare buty Andriuszy rozpadły się zimą, a on odmroził sobie stopy? On niczego nie naprawia, mamo! On używa — używa ciebie, używa ich jak narzędzi, żeby wrócić do mojego życia, bo jego nowa kobieta wyrzuciła go z domu i nie ma dokąd pójść!
— Myślisz tylko o sobie — o swojej starej urazie! — Galina Stiepanowna nie wytrzymała; jej głos przeszedł w krzyk. — Przez swoją bezmierną pychę jesteś gotowa pozbawić ich ojca! On prosi o przebaczenie; żałuje!
Anna długo, ciężko, bezdennie patrzyła na matkę. Potem powoli przeniosła wzrok na dzieci, które spoglądały na nią szeroko otwartymi oczami, obejmując te krzykliwe symbole rzekomej ojcowskiej „miłości”. W tej chwili z kryształową jasnością zrozumiała, że tę bitwę — właśnie tę bitwę — przegrała. Ale nie wojnę. Zrozumiała, że półśrodki, przekonywanie i próby negocjacji już nie działają. Aby wyrwać trujący korzeń, będzie musiała spalić cały grunt wokół niego. I jeśli, by ocalić swój mały świat, miała zadać ból wszystkim — w tym własnej matce i dzieciom — niech tak będzie. Wypełniła ją chłodna, stalowa, dźwięczna determinacja, wypierając każde inne uczucie. Podjęła ostateczną, nieodwołalną i bezlitosną decyzję.
Nie krzyczała dalej. Nie płakała. Ta kłótnia z najbliższą osobą — z matką — wysuszyła w niej wszystkie łzy, zostawiając jedynie zimną, dudniącą pustkę i kryształową, niemal proroczą jasność myśli. Spojrzała na przestraszone dzieci, które ściskały pudła jak tarcze przed jej gniewem. Spojrzała na zrozpaczoną, zapłakaną matkę, która wciąż nie pojmowała ogromu błędu, jaki popełniła. W tak totalnej i bezlitosnej bitwie niczego nie dało się zachować w stanie nienaruszonym. Żeby ocalić swój dom przed najeźdźcą, czasem trzeba go podpalić, by spłonął do fundamentów — ale pozostał twój.
Anna powoli podeszła do starego telefonu stacjonarnego stojącego na stoliku w korytarzu. Jej ruchy były celowe, niemal rytualne. Podniosła ciężką plastikową słuchawkę i wykręciła numer, który znała na pamięć — numer przyjaciela, w którego wynajętym pokoju znajdował się teraz Siergiej. Była pewna, że tam będzie. Siedzi i czeka. Czeka, aż ziarna zdrady, które zasiał, wykiełkują trującą obfitością.
— Daj mi Siergieja — powiedziała bez wstępów, gdy w słuchawce odezwał się męski głos.
Krótka cisza, a potem jego oddech w słuchawce, ten sam miodowy, błagalny ton.
— Aniu, to ty? Wiedziałem, że odzyskasz rozsądek, że zadzwonisz…
— Masz dokładnie trzydzieści minut, żeby tu być — przerwała mu twardo. — Jeśli naprawdę chcesz wrócić do rodziny, daję ci jedną szansę. Trzydzieści minut. Jeśli nie przyjdziesz, nigdy więcej nie zobaczysz ani mnie, ani dzieci. Nigdy. Decyduj.
Odłożyła słuchawkę, zanim zdążył odpowiedzieć. Potem równie powoli odwróciła się do matki.
— A ty zostajesz. Chciałaś być częścią tej historii — teraz zobaczysz ją do końca.
Następne dwadzieścia minut wypełniło przytłaczające, nieznośne milczenie, tak gęste, że można by je kroić nożem. Galina Stiepanowna cicho płakała w kuchni, z twarzą ukrytą w roboczym fartuchu. Dzieci siedziały na podłodze, już nie ciesząc się prezentami, rzucając matce zaniepokojone spojrzenia. Nie rozumiały wszystkiego, lecz dziecięcą intuicją wyczuwały, że atmosfera staje się coraz cięższa. Ogromne kolorowe pudła tkwiły pośrodku pokoju jak dwa jaskrawe, absurdalne nagrobki na grobie ich krótkiej, ulotnej radości.
Ostry, przenikliwy dzwonek zabrzmiał jak sygnał ostatniego aktu tragedii. Anna poszła otworzyć drzwi. Siergiej stał na progu, zarumieniony z pośpiechu i ekscytacji, z oczami pełnymi triumfalnej, niemal zwycięskiej nadziei. Widząc dzieci i zapłakaną Galinę Stiepanownę, nie potrafił powstrzymać szerokiego, zadowolonego uśmiechu. Był w stu procentach przekonany, że jego genialny, wieloetapowy plan zadziałał idealnie.
— Wejdź — powiedziała Anna płaskim, pozbawionym życia głosem, odsuwając się. — Wejdź, nasza głowo rodziny, która wreszcie wróciła.
Wszedł, promieniejąc zwycięstwem i pewnością siebie. W myślach już układał swoje skromne rzeczy na półkach, odzyskiwał miejsce na kanapie. Podszedł do dzieci i jak zwykle zmierzwił świeżo ostrzyżone włosy Andriuszy.
— No i co, moi wojownicy? Podobają się wam prezenty od taty? Lubicie je?
Ale dzieci milczały, jakby nabrały wody w usta. Nie patrzyły na ojca, lecz na matkę, czekając na jej reakcję. Anna zamknęła drzwi wejściowe na zamek i stanęła przed nim z ramionami skrzyżowanymi na piersi.
— Tak bardzo chciałeś wrócić do nas. Dobrze — daję ci tę szansę. Tu i teraz. Ale wyłącznie na moich wcześniej ustalonych warunkach.
— Zgadzam się na wszystko, Aniu — absolutnie na wszystko! — zawołał, zacierając ręce.
— Świetnie — powiedziała, ledwie poruszając ustami. — Więc słuchaj uważnie; powiem to tylko raz. Pierwszy warunek: jutro rano idziesz ze mną do mojej fabryki. Porozmawiam z kierownictwem; zatrudnią cię jako zwykłego tragarza w warsztacie. To bardzo ciężka i brudna praca, ale płacą na czas, co tydzień. Drugi: każdy zarobiony rubel, do ostatniej kopiejki, oddajesz bezpośrednio mnie. Będę ci wydzielać ściśle określoną kwotę na papierosy i bilet miesięczny. Trzeci: żadnych przyjaciół, żadnych wypadów, żadnego alkoholu po pracy. Z pracy — prosto do domu. Będziesz pomagał w lekcjach, zmywał naczynia, wynosił śmieci, naprawisz cieknący kran. Będziesz tu mieszkał, ale spał na starym łóżku polowym w kuchni, i będziesz żył tak długo, aż swoim zachowaniem, pracą i postawą udowodnisz, że znów masz prawo nazywać się mężem i ojcem. I ostatnie, najważniejsze: żadnego — słyszysz, absolutnie żadnego — kontaktu z twoim dawnym beztroskim życiem. Żadnych telefonów, spotkań, listów. Zaczynasz od zera, całkowicie. Przyjmujesz te warunki?
Pewny siebie uśmiech zniknął z jego twarzy jak maska. Patrzył na nią z nieskrywanym zdumieniem, jakby oszalała. Jego uciekające, chytre oczy w końcu zastygły, a w nich pojawiła się mieszanina całkowitego niezrozumienia i narastającej czarnej złości.
— Zwariowałaś? Tragarz? W fabryce? Za grosze? Żebyś mogła rozkazywać mi jak niewolnikowi i wydzielać jałmużnę na tytoń? Za kogo ty mnie masz, za kompletnego nieudacznika? Myślałem, że porozmawiamy jak cywilizowani ludzie, wszystko omówimy…
— Rozmawiamy jak cywilizowani ludzie — odpowiedziała głosem zimnym jak styczniowy lód. — Chciałeś rodziny — oto ona, w całej okazałości. Rodzina to nie tylko bycie nakarmionym, napojonym, z wypraną bielizną i wygodą. Rodzina to przede wszystkim praca. Codzienna, ciężka, rutynowa praca. Bez weekendów i świąt. To ogromna odpowiedzialność. To obowiązek. Daję ci szansę, byś wreszcie zaczął ten obowiązek wypełniać.
W końcu zrozumiał, że wpadł w sprytnie zastawioną pułapkę. To nie była kapitulacja; to było surowe ultimatum. Jego cierpliwość pękła. Prawdziwa natura wybuchła.
— A więc tak — wszystko to uknułaś tylko po to, żeby mnie ostatecznie upokorzyć! Żebym harował dla ciebie jak koń pociągowy! Do diabła z twoimi idiotycznymi warunkami! Jestem mężczyzną, człowiekiem — nie twoją własnością, nie jakimś uległym nędzarzem!
W tej chwili Andriusza, który dotąd milczał i słuchał, powoli podniósł się z podłogi, podszedł do dużego, pięknego pudełka z wymarzonym jeepem i zdecydowanie przesunął je w stronę ojca.
— Zabierz swój samochód. Ja i siostra go nie potrzebujemy.
Zabrzmiało to straszniej niż jakikolwiek krzyk czy oskarżenie dorosłego. Ten cichy, stanowczy dziecięcy głos, pełen gorzkiego rozczarowania i ostrego bólu. Lidoczka, widząc odważny gest brata, cicho zaszlochała i odwróciła się do ściany, ukrywając twarz. Maska opadła całkowicie. Przed nimi stał już nie dobry, hojny, kochający tata, lecz zły, krzyczący, nieprzyjemny obcy człowiek, który ranił ich mamę — i wcale nie potrzebował ich, tylko dachu nad głową i służącej.
Siergiej urwał w pół słowa, spojrzał na dzieci, na nieugiętą Annę, na Galinę Stiepanownę skuloną na progu. W ich oczach zobaczył ostateczny, nieodwołalny wyrok wydany przez cały świat. Nie było już dla niego miejsca tutaj — ani na dywaniku, ani w ich myślach, ani w ich sercach.
— No dobrze — gnijcie razem w swoim dusznym więzieniu! — krzyknął z nienawiścią, odwrócił się gwałtownie i trzasnął drzwiami tak mocno, że szkło w kredensie zadźwięczało — i zniknął z ich życia na zawsze.
Na mieszkanie opadła ogłuszająca, absolutna cisza, jak po potężnym wybuchu. Galina Stiepanowna powoli osunęła się na taboret przy stole i zakryła twarz dłońmi, a jej ramiona drżały. Wreszcie zrozumiała wszystko — do końca. Lidoczka cicho płakała jak małe dziecko. Anna podeszła do dzieci. Nic nie powiedziała, nie oferowała pustych słów pocieszenia. Po prostu usiadła na podłodze obok nich — na tej samej podłodze, na której leżały teraz niechciane prezenty — i bardzo mocno je objęła. Przyciągnęła je do siebie, wdychając znajomy zapach ich włosów, i poczuła, jak po jej policzkach powoli spływają gęste, słone łzy. Były to łzy bólu i straty, ale także długo wyczekiwanego wyzwolenia. Wojna, która ciągnęła się tak długo, wreszcie, ostatecznie dobiegła końca. Wygrała tę wojnę. Stała zupełnie sama na ziemi spalonej do czarnego popiołu — ale stała, dumna i niepokonana. A obok niej byli ci dwoje, dla których obróciłaby w popiół resztę świata, byle tylko ocalić czystość i bezpieczeństwo ich dusz.