Vladimir miał wrażenie, że sama ziemia sprężynuje pod jego stopami ze szczęścia. Nie z powodu alkoholu — nie — lecz przez to uczucie tak czyste, tak jasne, które od samego rana przelewało się w nim przez brzegi. Dziś był jego dzień. Ten, na który czekał przez dwa długie lata, połykając kurz poligonów i czytając do zdarcia koperty z tym drogocennym wiejskim adresem.
Minęły dwa miesiące, odkąd wrócił do rodzinnych Oziorek, a teraz, w ten styczniowy dzień pokryty krystalicznym szronem, wszystko miało osiągnąć swój punkt kulminacyjny. Ślub.
Jego narzeczona, Szuroczka — jego niezrównana Szura — czekała na niego. Każdy jej list był bezcennym skarbem. Pamiętał każdą linijkę, każdy kawałek papieru, który lekko pachniał jej perfumami. A na końcu — zawsze to samo zdanie: „Czekam na twoją odpowiedź, jak słowik czeka na lato”. I najcenniejszy autograf na świecie — odcisk jej ust, szkarłatny jak kropla zorzy, starannie zostawiony szminką. Przechowywał te listy w swoim wojskowym plecaku jak talizman.
W domu rodziców Wołodii panował przedświąteczny rozgardiasz, pachnący ciastem i woskiem. W dużej izbie wejściowej, wypucowanej do perfekcji, stoły ustawiono w kształcie litery L i przykryto nową, szeleszczącą ceratą, która roztaczała lekki zapach gumy. Wzdłuż stołów ciągnęły się improwizowane ławy: solidne deski, wygładzone przez czas, położone na taboretach i przykryte ręcznie robionymi bieżnikami ozdobionymi motywami ogników i kogutów. Wszystko tchnęło ciepłem, trudem i oczekiwaniem na wielkie święto.
A oto i sam pan młody, Vladimir, w nowej, nieco ciasnej marynarce, z goździkiem w butonierce, już zebrany ze swoimi drużbami. Nadszedł czas, by iść „wykupić” pannę młodą. A Szuroczka mieszkała tuż obok, po skosie po drugiej stronie ulicy, w podobnym zadbanym domku z rzeźbionymi obramowaniami okien. Wykup był głośny i wesoły. Druhny — z różowymi policzkami, w odświętnych chustach, z figlarnym błyskiem w oczach — kazały mu śpiewać, pokazać siłę bohatyra oraz sypać drobnymi monetami i miętowymi cukierkami. Wreszcie przekroczono próg salonu przyszłej teściowej.
Teściowa, Anna Stiepanowna — kobieta korpulentna, o dłoniach przywykłych zarówno do ciężkiej pracy, jak i domowych trosk — przywitała ich szerokim uśmiechem. Rumieniąc się, Wołodia wręczył jej główny prezent dla teściowej: ogromną, jaskrawą chustę z długimi, jedwabistymi i lśniącymi frędzlami. Kobieta wydała okrzyk zdumienia, obróciła ją w dłoniach i bez zwłoki zarzuciła sobie na ramiona, obejmując pana młodego.
— Siadaj, drogi zięciu, siadajcie, moje promienne sokoły! — zawołała, sprawnie usadzając gości przy stole. — No, spróbujcie maminych przysmaków! Sama pędziłam — ogień, nie trunek! Lepsze niż wszystkie wasze miejskie mikstury!
I z dumną miną postawiła na stole karafkę z mętnym płynem, który natychmiast rozlał w powietrzu ostry zapach fuzli.
Szuroczka, siedząca obok niego w olśniewająco białej sukni, podobna do najdelikatniejszego kwiatu, skrzywiła się.
— Mamo, co ty robisz?! — wykrzyknęła z prawdziwym przerażeniem. — Schowaj tę śmierdzącą miksturę! Jest dobra wódka i porto! Zawstydzasz gości!
— Co ty pleciesz, córciu? — odparła Anna Stiepanowna, wcale się nie krępując. — Wesele trwa dwa dni, może jeszcze trzeci dorzucimy — zdążą wypić całą twoją wódkę i wino! A niech spróbują też mojej okowity, żeby wiedzieli, jakie mocne i gościnne jest życie tutaj, w Oziorkach!
Nie można było odmówić przyszłej teściowej w takiej chwili. Przy aprobującym pomruku drużbów Vladimir wziął pierwszy łyk. Napój spalił mu gardło, uderzył w nos, a aromat był tak nasycony i osobliwy, że na moment aż zabrakło mu tchu. Co do mocy nie było jednak żadnych wątpliwości — „niezła rzecz!” — przyznał w duchu Wołodia, starając się nie skrzywić.
Pito. Najpierw — za pannę młodą, za jej piękno i wierność. Potem — za rodziców, za ich zdrowie. Następnie — za świetlaną przyszłość, za młodą parę. Z każdym kolejnym kieliszkiem ciepły ogień rozlewał się po jego ciele, a głowa zaczęła mu wirować przyjemnie i odrobinę niebezpiecznie.
Potem nadszedł marsz do biura rady wiejskiej, aby zarejestrować małżeństwo. Droga pozostała w pamięci Vladimira jak rozmazana plama: szedł zdecydowanym krokiem, śpiewając na całe gardło nową modną piosenkę, którą podchwycili drużbowie: „A wesele, wesele śpiewało i tańczyło…”. Nogi zaczynały mu się już plątać, ale nastrój miał najwyższy z możliwych. Lodowate powietrze jakby trochę go otrzeźwiło, przywracając jego myśli do rzeczywistości.
Wreszcie wrócili do domu, do głównego weselnego stołu. Szuroczka, z iskrzącymi oczami, natychmiast wzięła sprawy w swoje ręce.
— Tobie już wystarczy, mój drogi — powiedziała stanowczo, zabierając Wołodii kieliszek. — Teraz trzeba być pięknym panem młodym, ale trzeźwym.
Nie protestował. Gorzelniany trunek teściowej, który na początku go rozgrzał, teraz tkwił w nim jak ciężki, nieruchomy pal. Mdliło go; w ustach trzymał się uporczywy kwaśny, chlebowy posmak i, mówiąc delikatnie, czuł się źle. Uśmiechał się od ucha do ucha, próbował jeść galaretę i pierogi z kapustą, ale jedzenie nie chciało przejść mu przez gardło.
Goście, jeszcze nie całkiem pijani, jedli z apetytem, żartowali i śmiali się. A potem jeden z wujków, rozgrzany alkoholem, uderzył pięścią w stół:
— Czemu tu tak spokojnie? Młoda para jest! No więc? Gorzko!
— Gorzko! Gorzkooo! — podchwycił chór gości, stukając łyżkami o kieliszki, by wymusić tradycję.
Vladimir i Szuroczka wstali. Ona skromnie spuściła oczy, zasłaniając twarz welonem — przezroczystą mgiełką, przez którą jaśniały jej szczęśliwe usta. Wołodia pochylił się, by musnąć je swoimi. Widział jej opuszczone rzęsy, czuł jej ciepły oddech…
I właśnie na tym ostatnim szczycie, w najbardziej wyczekiwanym momencie, trunek teściowej — do tej pory uśpiony w jego organizmie — nagle się obudził. Z żołądka do gardła podniosła się potężna, niepowstrzymana fala. Zatrzymanie tego naturalnego procesu, tak szybkiego i niekontrolowanego, czyli wyrzucenia z siebie ognistej mikstury, było po prostu niemożliwe!
Stało się to w jednej chwili. Wstyd. Groza. Niezręczna, dźwięczna cisza zastąpiła okrzyki „Gorzko!”. A potem… ogólny śmiech, najpierw powściągliwy, później coraz głośniejszy. Goście, uznawszy, że pan młody po prostu trochę przesadził, przyjęli incydent filozoficznie — zdarza się.
Ale nie panna młoda. Szuroczka cofnęła się, wpatrując się w plamy na swojej olśniewającej sukni, która jeszcze przed chwilą była idealna. W jej oczach nie było tylko strachu, lecz prawdziwa tragedia, ból o kosmicznej skali. Zalana łzami, zerwała się od stołu i uciekła do sąsiedniego pokoju.
Zapanował chaos. Obie matki — jego i panny młodej — rzuciły się pocieszać płaczącą dziewczynę, krzątając się wokół zniszczonej sukni. Szybko przepłukano ją w misce i powieszono do wyschnięcia nad rozpalonym piecem, z którego natychmiast zaczęła unosić się para i zapach mydła. Błagały Szuroczkę, by włożyła coś innego, ale ona pozostawała nieugięta, powtarzając przez łzy:
— Tylko białe! Panna młoda na swoim weselu musi być w bieli! A ona… ona jest zniszczona!
Wtedy świeżo upieczona teściowa, Maria Pietrowna, klepnęła się w czoło:
— Babcia Fiekła! Ona ma suknię! Tę ze ślubu swojej Marfuszki — białą, z gipiury! Jest tam, wiem, w kufrze!
Wysłano posłańców. Wkrótce do domu trafiła suknia pachnąca naftaliną i upływem czasu. Naprawdę była wspaniała — koronka, długie rękawy, wysoki kołnierz — ale zapach, jaki wydzielała, mógł wycisnąć łzy. Wietrzono ją na mrozie, skrapiano dostępnymi perfumami — tanim „Szypr” i „Czerwoną Moskwą” — i pomogły Szuroczce założyć ten historyczny strój.
Tymczasem zabawa trwała w najlepsze. Goście, już solidnie podchmieleni, porwani akordeonem wujka Iwana i Tamarą, urodzoną podżegaczką, prawie nie zauważyli nieobecności panny młodej, a kiedy wróciła, tylko zaszeptali:
— Och, jaka cudowna!
Nikt nawet nie spostrzegł, że suknia była inna. Tańce ruszyły dalej, pieśni rozbrzmiewały na nowo.
Po pewnym czasie, gdy wszyscy znowu usiedli, jeden szczególnie rozbrykany gość, teraz już naprawdę pijany, znów krzyknął:
— Czemu tu tak spokojnie? Gorzko! Gorzkooo!
Na to fatalne słowo Vladimir pobladł. Wszystko w nim znowu zaczęło wirować; znajoma groza zawładnęła jego ciałem. Próbował się opanować, ale na próżno. Druga próba pocałowania ukochanej Szuroczki zakończyła się tym samym nieszczęsnym, absolutnie identycznym rezultatem.
Tym razem histeria panny młodej była prawdziwa i ogłuszająca. Szlochając, zerwała z siebie drugą suknię — teraz również zrujnowaną — i zamknęła się w sieni, odmawiając powrotu do gości. Wydawało się, że wesele dobiegło końca. Szczęście rozpadło się na tysiąc kawałków.
Na szczęście w tym momencie jej pierwsza suknia zdążyła już wyschnąć nad piecem. Dzięki wysiłkom obu matek i przyjaciółek — przez czułe prośby, łzy i obietnice — w końcu udało się przekonać Szuroczkę, by się przebrała i wróciła. Gdy się ubierała, wodzirej, człowiek światowy, zabrał głos i surowo rozkazał gościom:
— Drodzy goście! Nasz pan młody ma alergię na słowo „gorzko”! Tego już nie mówimy! Zamiast tego krzyczymy „słodko!” i całujemy swoje połówki!
I proszę! Po tym… wszystko poszło dobrze. Bo gorzej być już po prostu nie mogło. Goście jedli i pili, śpiewali i bawili się z całego serca przez cały pierwszy dzień, cały drugi, a najwytrwalsi — prawdziwi znawcy uczty — dorzucili nawet trzeci dzień.
A Vladimir i Szuroczka… Żyli długo w miłości i zgodzie. Wychowali troje dzieci, a te dzieci dały im siedmioro wnucząt, które teraz wypełniają ich dom śmiechem. Wciąż mieszkają w tych samych Oziorkach, ale teraz w nowym, przestronnym domu, i za dwa lata na pewno będą świętować swoje złote gody.
Tylko Vladimir Aleksandrowicz już zaczął delikatnie sugerować przyszłym organizatorom:
— Proszę uprzedzić gości z wyprzedzeniem… żeby tego „gorzko”… wiecie… nikt nie krzyczał. Tak na wszelki wypadek… Historia, rozumiecie, mogłaby się powtórzyć.
Bo z własnego doświadczenia poznali prostą i cenną prawdę: nieważne, jak przebiegł twój ślub ani ile sukien pan młody zniszczył. Twoje szczęście nie zależy od tego. Zależy od tego, czy znajdziesz tę osobę, która widząc cię w najbardziej śmiesznym i najgorszym momencie, nie ucieknie, lecz zostanie przy twoim boku — i będzie „czekać na twoją odpowiedź, jak słowik czeka na lato”.