Maxim ścisnął bilet w dłoni i spojrzał na znajomy dworzec. Trzy lata z dala od domu, trzy lata ciężkiej pracy w obozach drwali — wszystko prowadziło do tej chwili. W plecaku miał prezenty dla matki i siostry Tatiany, a w kieszeni — cenny pierścionek dla Iriny.
— Maxim? To naprawdę ty?
Odwrócił się i zobaczył swojego sąsiada, Nikołaja. Stary człowiek wyglądał jeszcze starzej niż kiedyś.
— Nikołaju Pietrowiczu! — zawołał Maxim, uśmiechając się szeroko. — Jak tam w domu? Założę się, że mama już szykuje się na powitanie syna marnotrawnego?
Twarz Nikołaja spoważniała, a jego oczy pociemniały.
— Mój chłopcze… Nikt do ciebie nie pisał?
— O czym? — W głos Maxima wkradła się nuta ostrożności.
— Twoja matka… dwa lata temu serce jej nie wytrzymało. A Tatiana… — Starzec ciężko westchnął. — Zniknęła całkowicie. Zostawiła córkę, zamknęła ją samą zimą i uciekła. Dziewczynka czekała na matkę przez trzy dni, aż w końcu wybiła okno. Sąsiedzi usłyszeli jej płacz.
Maxim poczuł, jak świat zachwiał się wokół niego.
— Mama umarła?
— Tak, pochowaliśmy ją na miejscowym cmentarzu. A twoja siostra… — Nikołaj pokręcił głową z pogardą. — Mąż od niej uciekł, bo nie mógł już znieść jej charakteru. Piła tak bardzo, że nawet miejscowi pijacy jej unikali. Zgorzkniała jak zsiadłe mleko.
Przez chwilę Maxim milczał, próbując pojąć to, co właśnie usłyszał.
— Gdzie jest Katia?
— W sierocińcu. Nie został już żaden krewny… Myśleliśmy, że ty też zniknąłeś z powierzchni ziemi.
— A Tatiana? Gdzie ona jest?
— Kto to wie! — Nikołaj machnął ręką. — Miesiąc temu ktoś widział ją przy dworcu — brudną, spuchniętą. Żebrała. Co za wstyd! Twoja matka pewnie przewraca się w grobie przez taką córkę.
Rodzinny dom przywitał Maxima zabitymi deskami oknami i dzikimi chwastami. Nikołaj i jego żona Zinaida zaprosili go do środka, żeby opowiedzieć mu całą historię tragedii.
— Twoja matka do końca czekała na twój powrót — powiedziała Zinaida, stawiając przed nim talerz kapuśniaku. — Zawsze powtarzała: „Mój Maxim wróci i wszystko naprawi”. A Tatiana… — Kobieta skrzywiła się. — Ta żmija potrafiła tylko przepijać pieniądze twojej matki.
— Próbowaliśmy jej pomóc — dodał Nikołaj. — Ale zrobiła się zła jak wściekły pies, rzucała się na wszystkich. Klęła jak marynarz, potrafiła nawet wyzywać dzieci sąsiadów.
— A jej mąż, Wiktor, znosił to i znosił, aż w końcu uciekł do kochanki — ciągnęła Zinaida. — Wszystkim mówił: „Życie z pijaczką to nie życie, tylko powolna śmierć”. I miał rację.
— Co stało się z Katią, kiedy ją znaleźliście? — zapytał ostrożnie Maxim.
— Mała była sama przez trzy dni i płakała — powiedziała Zinaida, ocierając oczy. — Kiedy wyciągnęliśmy ją z tego piekła, wyglądała jak przestraszone zwierzątko. Wciąż powtarzała: „Kiedy przyjdzie wujek Max? Przecież obiecał”.
Maxim zacisnął pięści. W środku cały płonął ze złości — na siostrę i na samego siebie.
— Wiesz co, ta twoja Tatiana to prawdziwy potwór w spódnicy — nie wytrzymał Nikołaj. — Jaka matka porzuca dziecko zimą? Nawet zwierzęta lepiej dbają o swoje młode.
Następnego dnia Maxim pojechał do miasta. Musiał kupić prezent dla Katii i dowiedzieć się, jakie formalności trzeba załatwić, żeby wystąpić o opiekę.
W sklepie z zabawkami ciemnowłosa sprzedawczyni uważnie przyglądała mu się, gdy wybierał lalkę.
— To dla pana córki? — zapytała łagodnie.
— Dla mojej siostrzenicy. Dla małej Katiuszy — odpowiedział Maxim, a jego głos od razu stał się cieplejszy. — Ma siedem lat. Lubi lalki z długimi włosami, które można zaplatać. I marzy o domku dla lalek — z malutkimi mebelkami i naczyniami.
Sprzedawczyni uśmiechnęła się.
— Mówi pan o niej z taką czułością, jakby była pańską własną córką.
— Bardzo ją kocham — przyznał Maxim. — To jedyna rodzina, jaka mi została. Bardzo mądra dziewczynka — w wieku pięciu lat umiała już czytać, ciągle coś rysowała. A jej śmiech jest tak zaraźliwy, że potrafił rozbawić nawet najbardziej ponurych sąsiadów.
— Mam na imię Elena — przedstawiła się młoda kobieta. — Dobrzy wujkowie są dziś rzadszy niż białe kruki.
— Maxim — powiedział, podając jej rękę. — Czy to dziwne kochać swoją siostrzenicę?
— Dziś wielu rodziców porzuca własne dzieci, a tutaj wujek się martwi — powiedziała Elena ze smutkiem. — Tacy mężczyźni jak pan powinni być wpisani do Czerwonej Księgi.
W sierocińcu Katia najpierw schowała się za opiekunką, ale gdy tylko rozpoznała swojego wujka, pobiegła do niego z okrzykiem radości.
— Wujku Max! Przyszedłeś! Wiedziałam, że wrócisz! — Mocno objęła go za szyję.
— Oczywiście, że przyszedłem, moje słoneczko. Jak ci się tutaj żyje?
— Tu nie jest dobrze, wujku Max — wyszeptała dziewczynka. — Starsze dziewczynki zabierają cukierki, jeden chłopiec się bije. A spać jest strasznie: w nocy płaczą. Zabierz mnie do domu, proszę.
— Na pewno cię stąd zabiorę, moja dobra dziewczynko. Muszę tylko załatwić papiery.
Dyrektorka sierocińca, korpulentna kobieta o zimnych oczach, pokręciła głową.
— Opieka nie zostanie przyznana samotnemu mężczyźnie. Potrzebna jest stała praca i żona. Takie są wymogi prawne.
— Ale ja jestem jej rodzonym wujkiem! — zaprotestował Maxim. — Mam pieniądze, mogę zapewnić siostrzenicy godne życie!
— Pieniądze to dobrze, ale potrzebne są zaświadczenia i dokumenty — odpowiedziała dyrektorka lodowatym tonem. — Proszę znaleźć oficjalną pracę, ożenić się z porządną kobietą, a wtedy rozpatrzymy pański wniosek.
— Porządną? Sugeruje pani, że ja taki nie jestem?
— Mężczyzna bez stałej pracy i bez rodziny nie jest najlepszym kandydatem na opiekuna — przerwała mu. — Dziewczynka potrzebuje stabilności, a nie marzycielskiego wujka z dobrymi intencjami.
W autobusie powrotnym Maxim przypadkiem dostrzegł znajomą twarz — sprzedawczynię Elenę.
— Jedzie pani w nasze strony? — zapytał zaskoczony.
— Do babci, do sąsiedniej wioski Bieriozowka — odpowiedziała. — A jak sprawa z pana siostrzenicą?
Nieoczekiwanie Maxim opowiedział jej całą historię. O tym, jak wyjechał zarabiać pieniądze, jak planował przyszłość i jak wrócił do ruin własnego życia. Elena słuchała w milczeniu, od czasu do czasu kiwając głową.
— Boże, jakie to okrutne — powiedziała w końcu. — Dziewczynka potrzebuje rodziny, a ci biurokraci myślą tylko o papierach.
— Co mam zrobić? — zapytał Maxim. — Katia tam gaśnie, a ja nie mogę nic zrobić.
— A twoja narzeczona? Wspominałeś o pierścionku…
— Ach tak, Irina — odpowiedział Maxim z gorzkim uśmiechem. — Muszę z nią porozmawiać. Tak, porozmawiać. Ona czeka, a ja nawet do niej nie zadzwoniłem.
Irina stała przy wejściu z wózkiem. Gdy zobaczyła Maxima, pobladła.
— Max? Ty żyjesz?
— Jak widzisz — skinął głową w stronę wózka. — A ty najwyraźniej też się nie nudziłaś.
— Maxim, wybacz mi — Irina spuściła oczy. — Myślałam, że nie wrócisz. Wszyscy mówili, że mężczyźni znikają w obozach drwali, a ja…
— Więc postanowiłaś nie ryzykować — dokończył spokojnie Maxim. — Mówiłem ci: trzy lata i wrócę.
— Ale minęło więcej niż trzy lata! I nie miałam od ciebie żadnych wiadomości!
— Bo pracowałem jak potępieniec, żeby zarobić pieniądze na nasz ślub, na dom.
— To po prostu… się stało — Irina nie znalazła odpowiedzi.
— A gdzie jest ojciec dziecka? — Maxim skinął głową w stronę wózka.
— Nie ma ojca — odparła sucho Irina.
Maxim długo patrzył na kobietę, którą przez trzy lata uważał za miłość swojego życia.
— Dobrze. Żyj swoim życiem i nie męcz się tłumaczeniami. — Ścisnął pudełeczko z pierścionkiem w kieszeni. — Życzę ci szczęścia. Szczerze.
— A ty? Co zrobisz?
— Mam Katię. To wystarczy, żeby być szczęśliwym.
Następnego dnia Maxim znalazł pracę jako tragarz w miejscowym sklepie spożywczym. Praca była ciężka, ale stała. Kierownik od razu go uprzedził:
— U nas nie ma taryfy ulgowej. Nie toleruję spóźnień; jeśli przyjdziesz pijany, wylatujesz od razu.
— Pasuje mi — odpowiedział Maxim. — Potrzebuję oficjalnej pracy, żeby wystąpić o opiekę.
— Szlachetna sprawa — przytaknął kierownik. — Szanuję pana za siostrzenicę. Niewielu zostało takich mężczyzn.
Tydzień później Maxim odnalazł Elenę w tym samym sklepie z zabawkami.
— Mam dla pani propozycję biznesową — zaczął bez wstępów.
— Słucham — powiedziała Elena, odkładając na bok metki z cenami.
— Wyjdź za mnie.
Oczy Eleny rozszerzyły się ze zdumienia.
— Słucham?
— Małżeństwo fikcyjne. Najwyżej na sześć miesięcy — pospieszył z wyjaśnieniem Maxim. — Zapłacę ci trzysta tysięcy rubli. Gdy tylko dostanę opiekę nad Katią, natychmiast się rozwiedziemy. Przysięgam, że nawet cię nie dotknę.
Elena powoli usiadła.
— Dla opieki nad twoją siostrzenicą?
— Tak. Wiem, że to brzmi jak szaleństwo, ale nie mam innego wyjścia. Katia tam gaśnie, a ci biurokraci wymagają żony.
— A dziewczynka? Czy dowie się prawdy?
— Powiem jej prawdę. Katia jest mądra, zrozumie. A poza tym… — Maxim zawahał się. — Oczywiście, o ile nie będzie ci to przeszkadzało.
Elena poprosiła o zwolnienie i wyszła. Była wolna, dawno rozstała się ze swoim chłopakiem, a takie pieniądze — trzysta tysięcy za sześć miesięcy — nie spadają z nieba.
— Dobrze — zgodziła się niespodziewanie. — Ale spiszemy umowę. Żeby wszystko było uczciwie.
— Oczywiście — przytaknął Maxim. — Nie jestem człowiekiem, który łamie obietnice.
Po dwóch miesiącach urzędowej papierologii Katia wreszcie przekroczyła próg własnego domu. Elena zamieszkała z nimi, żeby przed komisjami kontrolnymi odgrywać rolę rodziny, ale mieszkała w osobnym pokoju.
— Ciociu Leno, co to jest „fikcyjne małżeństwo”? — zapytała Katia przy śniadaniu.
— Skąd znasz takie trudne słowa? — zdziwiła się Elena.
— Sąsiadka, ciocia Gala, powiedziała do taty: „No proszę, wpakowałeś się w fikcyjne małżeństwo”. Zapamiętałam.
Maxim zakrztusił się owsianką.
— Ciocia Gala czyta za dużo gazet sensacyjnych — odpowiedziała dyplomatycznie Elena. — A fikcyjne znaczy takie, w którym ktoś udaje.
— A ty udajesz, że kochasz tatę?
— Katia! — upomniał ją Maxim.
— Nic się nie stało — powiedziała Elena łagodnie. — Wiesz, kochanie, czasem człowiek zaczyna od udawania, a kończy na prawdzie. Życie lubi takie niespodzianki.
— Już zaczęłaś kochać tatę naprawdę?
— Kateryno! — powtórzył Maxim, tym razem surowiej.
— Twój tata jest interesującym człowiekiem — odpowiedziała Elena wymijająco. — A ty jesteś cudowną dziewczynką. Kto nie pokochałby takiej rodziny?
— Ciociu Leno, ty naprawdę odejdziesz? — pytała Katia każdego wieczoru.
— Obietnica to obietnica — odpowiadała Elena, ale Maxim dostrzegał smutek w jej oczach.
— A gdybym bardzo, bardzo mocno cię prosiła, żebyś została?
— Skarbie, dorośli nie zawsze mogą robić to, czego chcą — tłumaczyła Elena. — Mamy z twoim tatą umowę.
— Głupia umowa! — zaprotestowała Katia. — Ja bym ją podarła!
— Gdyby to było takie proste — westchnęła Elena.
— Ciociu Leno, ty chcesz zostać?
Elena nie odpowiedziała.
Sześć miesięcy minęło szybko. W dniu, w którym Elena pakowała walizki, Katia rozpłakała się na dobre.
— Nie chcę! Nie pozwolę cioci Lenie odejść!
— Kochanie, tak się umawialiśmy — tłumaczył łagodnie Maxim, choć serce ściskało mu się z tęsknoty.
— Tato Max, jesteś tchórzem! — krzyknęła przez łzy Katia. — Prawdziwym tchórzem!
— Katia, nie mów tak do ojca — stanęła w jego obronie Elena.
— To nie jest ojciec! Ojciec nie pozwoliłby odejść mamie! — zaszlochała dziewczynka. — I nawet boi się powiedzieć jej, że ją kocha!
Maxim wpatrywał się w córkę, nie mogąc znaleźć słów.
— Katia, w świecie dorosłych sprawy nie są takie proste — próbowała wyjaśnić Elena. — Twój tata jest uczciwym człowiekiem. Dotrzymuje słowa.
— Ja chcę, żeby był odważny! I żeby powiedział ci prawdę!
— Jaką prawdę, aniołku?
— Że cię kocha! Że wszyscy cię kochamy! Że bez ciebie jesteśmy nieszczęśliwi!
Elena wyjechała do matki, do innej wioski. Dom stał się pusty, jakby ktoś wyrwał mu duszę.
— Tato Max, kiedy ciocia Lena wróci? — pytała Katia każdego dnia.
— Nie wiem.
— Kochasz ją?
Maxim zatrzymał łyżkę z owsianką w połowie drogi do ust.
— Dlaczego o to pytasz?
— Bo jesteś tak samo smutny jak ja — odpowiedziała mądrze siedmioletnia dziewczynka. — I ona też była smutna. Widziałam, jak płakała, kiedy myślała, że nikt jej nie widzi.
— Widziałaś?
— Tak. I prasowała twoje koszule dłużej niż wszystkie inne. I zawsze robiła twoje ulubione kotlety. I patrzyła na ciebie takimi wyjątkowymi oczami.
— Jakimi wyjątkowymi?
— Tak, jak księżniczka patrzy na księcia w bajkach. Dobrymi i błyszczącymi.
Minęły kolejne dwa miesiące. Każdego dnia Katia prowadziła przesłuchanie:
— Tato Max, jesteś tchórzem?
— Dlaczego tak myślisz?
— Tchórze boją się wyznać miłość. Tak powiedzieli w bajce.
— Katia…
— A tchórze wymyślają też głupie powody, żeby nie robić tego, czego chcą.
— To nie są głupie powody. To zasady.
— Zasady są wtedy, kiedy robi się coś dobrego. A ty robisz coś złego! Ciocia Lena płacze, ty jesteś smutny i ja jestem nieszczęśliwa. Co w tym dobrego?
— Ale dałem słowo…
— Głupie słowo! — Katia tupnęła nogą. — Jutro pójdziesz do cioci Leny. Z kwiatami. I powiesz jej, że ją kochasz.
— A jeśli odmówi?
— Nie odmówi — oświadczyła Katia z pewnością. — Ona też cię kocha. Kobiety wszystko rozumieją.
— Skąd to wiesz?
— Widziałam w telewizji. A babcia mówiła, że jeśli kobieta gotuje mężczyźnie barszcz przez sześć miesięcy, to znaczy, że go kocha.
— Barszcz?
— Tak! Ciocia Lena gotowała ci barszcz. I jeszcze kompot truskawkowy, chociaż nie lubi truskawek.
Następnego dnia Maxim, z bukietem kwiatów, stał przed drzwiami domu matki Eleny. Drzwi otworzyła sama Elena.
— Maxim? Coś się stało z Katią?
— Z Katią wszystko dobrze. Jest w domu, czyta książkę i czeka na dobre wieści.
— Jakie wieści?
— Elena… Ja… — Podał jej kwiaty. — Wyjdź za mnie.
— Ale przecież jesteśmy już po rozwodzie — powiedziała zdezorientowana.
— Tym razem naprawdę. O ile powiesz „tak”.
— Maxim, ale nasza umowa…
— Do diabła z umową — powiedział nagle ostro. — Katia ma rację. Jestem tchórzem. Przez sześć miesięcy chowałem się za formalnościami, zamiast przyznać się do tego, co najważniejsze.
— Przyznać się do czego?
— Że zakochałem się w tobie od pierwszego dnia. Że bez ciebie dom nie jest domem, tylko ścianami. Że Katia ma rację: bez ciebie wszyscy jesteśmy nieszczęśliwi.
Elena milczała tak długo, że Maxim już zamierzał odejść.
— Myślałam, że nigdy się nie odważysz — powiedziała cicho. — A ja nie wiedziałam, jak powiedzieć to pierwsza.
— Więc… tak?
— Oczywiście, że tak, głupku. Czekałam sześć miesięcy, aż zrozumiesz, że umowy się zmieniają, kiedy zmieniają się ludzie.
— Zmieniają?
— Myślałeś, że tak po prostu zgodziłam się grać twoją żonę? Od pierwszego spotkania spodobał mi się ten uparty człowiek o smutnych oczach i jego cudowna siostrzenica.
Katia przywitała ich w domu z triumfalną miną.
— A nie mówiłam! Teraz będę miała prawdziwą mamę i prawdziwego tatę!
— Skąd wiedziałaś, że to się uda? — zapytał Maxim.
— Bo jestem mądra! — powiedziała dumnie Katia. — I jeszcze słyszałam, jak ciocia Lena mówiła przez telefon do babci: „Mamo, zakochałam się w tym wielkim, niezgrabnym niedźwiedziu. Co mam zrobić?”
— Podsłuchiwałaś pod drzwiami? — zapytała surowo Elena.
— Przypadkiem! Po prostu stałam przy drzwiach i słuchałam. To nie to samo!
— Oczywiście, że nie to samo — roześmiał się Maxim. — Rośnie z ciebie dyplomatka.
— A co to jest dyplomatka?
— Osoba, która umie znaleźć rozwiązanie w trudnych sytuacjach — wyjaśniła Elena.
— To naprawdę jestem dyplomatką! Ja was pobrałam!
Rok później, gdy brzuch Eleny się zaokrąglił, Katia sporządziła długą listę imion dla przyszłego braciszka albo siostrzyczki.
— Posłuchajcie moich propozycji — oznajmiła uroczyście. — Jeśli to będzie chłopiec: Maxim Drugi, Potężny Wojownik albo Mały Spryciarz. Jeśli dziewczynka: Elena Druga, Księżniczka albo Piękność.
— Księżniczka? — zdziwiła się Elena. — To nie jest imię.
— Dlaczego nie? Wtedy wszyscy od razu będą wiedzieli, jaka ona jest!
— A co powiedzą w szkole?
— Powiedzą: „Oto Księżniczka!” I będą zazdrościć!
— Logiczne — przytaknął Maxim. — Może jednak wybierzemy coś trochę bardziej… tradycyjnego?
— Tato, obiecałeś, że będę uczestniczyć w wyborze imienia!
— Uczestniczyć — tak. Ale ostateczna decyzja i tak należy do nas.
— W takim razie proponuję kompromis — powiedziała Katia poważnie. — Oficjalnie normalne imię, a w domu będę nazywać ją Księżniczką albo jego Potężnym Wojownikiem. Zgoda?
— Zgoda, nasza mała dyplomatko — roześmiała się Elena.
Maxim i Elena tylko się śmiali, przeglądając strony zapisane dziecięcym pismem. Rodzina, która zaczęła się jako fikcyjny układ, stała się najprawdziwszą miłością, jakiej szukali przez całe życie.
— Wiesz, co jest najbardziej niesamowite? — powiedziała Elena, przeglądając notatki Katii.
— Co?
— Chcieliśmy oszukać system, a w końcu oszukaliśmy samych siebie. Myśleliśmy, że odgrywamy role, a tak naprawdę uczyliśmy się być rodziną.
— Dobrze, że mamy taką mądrą doradczynię — powiedział Maxim, kiwając głową w stronę Katii, która z zapałem rysowała portret przyszłego braciszka albo siostrzyczki.
— Ciociu Leno, już więcej nie odejdziesz, prawda? — zapytała nagle dziewczynka, nie podnosząc oczu znad rysunku.
— Nigdzie się nie wybieram, maleńka. Nie jestem już ciocią Leną. Jestem mamą. A mamy nie porzucają swoich dzieci.
— A tata nie zmieni zdania?
— Twój tata, jak się okazało, jest bardzo uparty — uśmiechnęła się Elena. — Kiedy podejmie decyzję, nie cofa się.
— To dobrze czy źle?
— W naszym przypadku — bardzo dobrze — powiedział Maxim. — Bo postanowiłem kochać cię do końca życia. I tej decyzji nie zmienię.
Katia skinęła głową z zadowoleniem i wróciła do rysowania. Na kartce powstawał obrazek: tata, mama, ona sama i maleńka osoba w wózku. Nad nimi świeciło słońce, a na dole, wielkimi literami, było napisane:
„Nasza prawdziwa rodzina”.