„Możemy też uczcić święto mamy, skoro już przy tym jesteśmy!” — oświadczył mój mąż w naszą dziesiątą rocznicę ślubu. Był pewien, że zaakceptuję to jeszcze jeden raz.
Ola skończyła rozstawiać talerze i rozejrzała się po kuchni. Ten marcowy dzień wolny był wyjątkowo słoneczny, a światło przyjemnie padało na nakryty przez nią stół.
Dziesięć lat małżeństwa było ważnym etapem. Ola przygotowywała się do tego od samego rana. W piekarniku dopiekało się mięso po francusku, a w lodówce czekały na swoją kolej eleganckie sałatki warstwowe i drogi tort owocowy zamówiony specjalnie na tę okazję.
Wyraźnie poprosiła męża, żeby wrócił dziś wcześniej. Taras od rana pojechał na działkę swojej matki. Zinaida Pawłowna postanowiła zamontować nowy płot, a jej syn posłusznie ruszył jej pomagać.
Ola nie protestowała. Najważniejsze było, żeby o czwartej po południu był już w domu, umyty, przebrany i gotowy świętować ich pierwszą okrągłą rocznicę.
Taras się nie spóźnił. Drzwi wejściowe trzasnęły i mąż wszedł do przedpokoju, ciężko stukając roboczymi butami. Ola, która zdążyła już założyć ładną granatową sukienkę i lekko ułożyć włosy, wyszła mu na spotkanie.
— Szczęśliwej rocznicy, Olu — powiedział Taras, podając jej szeleszczący pakunek.
Ola rozwinęła papier. W środku znajdował się bukiet suszonych kwiatów. Sztywne osty pomalowane na jaskrawe, sztuczne kolory i zasuszone łodygi sterczały we wszystkie strony.
— Co to jest? — zapytała spokojnie, oglądając prezent.
— No, kwiaty — wzruszył ramionami mąż, zdejmując kurtkę.
— A co? Pomyślałem, że świeże zwiędną po trzech dniach — wyrzucone pieniądze. A te zostaną na zawsze. Nie trzeba zmieniać wody. Poza tym płot u mamy sporo kosztował, materiały są teraz drogie, a ja dołożyłem z własnej kieszeni. Trzeba oszczędzać.
Ola w milczeniu spojrzała na suchą, pozbawioną życia miotłę. Przez dziesięć lat małżeństwa przyzwyczaiła się do praktyczności męża, ale w rocznicę ślubu wyglądało to jak kpina. Mimo to nie zamierzała psuć własnego święta.
— Dobrze. Postawię je w przedpokoju — odpowiedziała spokojnie, wetknęła suszone kwiaty do pustego wazonu i wróciła do kuchni.
Taras szybko wziął prysznic, włożył czystą koszulę i usiadł przy stole. Ola usiadła naprzeciwko niego. Patrzyła na piękny obrus, ulubione talerze i czekała, aż mąż wzniesie toast albo powie po prostu kilka ciepłych słów. Ale Taras bez przerwy zerkał na zegar.
Dokładnie o piątej wieczorem rozległ się dzwonek do drzwi.
Ola spojrzała na męża z zaskoczeniem.
— Kto to? Nikogo się nie spodziewaliśmy.
Taras rozpromienił się jak gospodarz wiejskiej zabawy i klasnął w dłonie.
— Niespodzianka! Postanowiłem sprawić wszystkim przyjemność.
Zerwał się na nogi i pobiegł otworzyć drzwi. Sekundę później do przedpokoju weszła Zinaida Pawłowna, ubrana w swoją najładniejszą bordową bluzkę, a za nią pojawiła się kuzynka-ciotka Tarasa, Rimma — korpulentna była listonoszka, która nigdy nie przepuszczała żadnej uczty, zwłaszcza kiedy płacił ktoś inny.
— Och, jak pięknie pachnie! — zawołała Zinaida Pawłowna, zdejmując płaszcz. — A my trafiamy prosto na gotowy stół!
Ola wstała, czując, jak narasta w niej ciężka, lepka fala irytacji.
— Dobry wieczór — powiedziała powściągliwie. — A z jakiej okazji mamy gości?
— Przecież mama miała urodziny w zeszłym tygodniu! — oznajmił radośnie Taras, prowadząc krewnych do kuchni.
— Wtedy nie świętowała, bo nie było czasu. Ale dziś na działce powiedziałem, że mamy już nakryty stół na wieczór. Mama stwierdziła: po co marnować dobre jedzenie, można też uczcić jej święto, wszyscy razem, po rodzinnemu! Powiedziałem jej, że może zaprosić Rimmę. Przecież jesteśmy rodziną, prawda?
Ola przeniosła wzrok z zadowolonej twarzy męża na teściową. Zinaida Pawłowna, była dyrektorka studia fotograficznego, zawsze umiała ustawić się na pierwszym planie każdej kompozycji.
— No i w czym problem, Oleńko? — zaśpiewała słodko teściowa, bezczelnie siadając dokładnie na miejscu, na którym przed chwilą siedziała Ola.
— Przecież i tak już wszystko ugotowałaś. A ja sama w domu czuję się samotna.
Rimma już przysunęła się bliżej stołu i wpatrywała się w sałatkę z owoców morza.
— Taras, nałóż cioci mięsa — rozkazała, wyciągając talerz.
Ola została pod ścianą. Jej dziesiąta rocznica ślubu oficjalnie zamieniła się w darmowy bufet dla rodziny męża.
Wszystko potoczyło się szybko i bezwstydnie. Goście sprawnie operowali widelcami, nakładając sobie najlepsze porcje. Taras krzątał się wokół matki, nalewał jej napoju owocowego i przysuwał przekąski. Wyraźnie rozkoszował się rolą troskliwego gospodarza i czekał na komplementy.
— Mięso jest trochę twarde — zauważyła Zinaida Pawłowna, ostrożnie przeżuwając.
— Trzeba było potrzymać je dłużej w piekarniku. A poza tym, Olu, kupujesz zbyt drogi ser. Taras zdziera sobie plecy w pracy, a ty wydajesz pieniądze na delikatesy.
Ola oparła się o kuchenny blat. Była specjalistką od adaptowanego wychowania fizycznego, zarabiała więcej niż mąż i zapłaciła za całe jedzenie z własnych pieniędzy. Ale dyskutowanie z Zinaidą Pawłowną nie miało sensu — ona wciąż żyła w wyimaginowanym świecie, w którym jej syn był głównym żywicielem rodziny.
— Zinaido Pawłowno — powiedziała Ola jasno i wyraźnie, patrząc teściowej prosto w oczy — w którym dokładnie momencie moja rocznica z Tarasem stała się dodatkiem do pani złej organizacji?
Przez sekundę wszyscy przy stole przestali przeżuwać.
— No tak, zaczyna się — teściowa przewróciła oczami.
— Co, jesteś skąpa? Matka przychodzi odwiedzić syna. Ty zawsze chcesz mieć go tylko dla siebie, nigdy nie chcesz się nim dzielić.
— Ola, nie psuj wieczoru — mruknął z irytacją Taras. — Przecież dobrze nam tu. Dlaczego jesteś taka chciwa? … Ciąg dalszy tuż niżej, w pierwszym komentarzu.
Ola skończyła rozstawiać talerze i rozejrzała się po kuchni. Ten marcowy dzień wolny okazał się wyjątkowo słoneczny, a światło przyjemnie padało na nakryty stół.
Dziesięć lat małżeństwa — to była ważna data. Ola przygotowywała się do niej od rana. Mięso po francusku dopiekało się w piekarniku, w lodówce czekały sałatki warstwowe, a na tę okazję przygotowany był kosztowny tort na zamówienie z leśnymi owocami.
Wyraźnie poprosiła męża, żeby wrócił tego dnia wcześniej. Taras od rana pojechał na działkę swojej matki. Zinaida Pawłowna postanowiła zamontować nowy płot, a jej syn pojechał jej pomagać bez dyskusji.
Ola nie protestowała. Najważniejsze było, żeby o szesnastej był w domu, umyty, przebrany i gotowy świętować ich pierwszą wielką rocznicę.
Taras się nie spóźnił. Drzwi wejściowe trzasnęły i mąż wszedł do przedpokoju, mocno stukając roboczymi butami. Ola, która zdążyła już założyć piękną granatową sukienkę i ułożyć włosy, wyszła mu na spotkanie.
— Szczęśliwej rocznicy, Olu — powiedział Taras, podając jej szeleszczący pakunek.
Ola rozpakowała papier. W środku był bukiet suszonych kwiatów. Sztywne osty pomalowane na jaskrawe kolory i suche łodygi sterczały we wszystkie strony.
— Co to jest? — zapytała spokojnie, oglądając prezent.
— No, kwiaty — wzruszył ramionami mąż, zdejmując kurtkę.
— A co w tym złego? Pomyślałem, że świeże kwiaty zwiędną po trzech dniach, pieniądze pójdą na marne. A te będą stały wiecznie. Nie trzeba zmieniać wody. Poza tym płot u mamy kosztował sporo, materiały są teraz drogie, a ja dołożyłem trochę z własnych pieniędzy. Trzeba oszczędzać.
Ola w milczeniu przyglądała się suchemu, martwemu bukietowi. Przez dziesięć lat małżeństwa przywykła do praktyczności męża, ale w ich rocznicę wyglądało to jak kpina. Mimo to nie miała zamiaru psuć swojego święta.
— Dobrze. Postawię je w przedpokoju — odpowiedziała spokojnie, włożyła suszony bukiet do pustego wazonu, po czym wróciła do kuchni.
Taras szybko wziął prysznic, włożył czystą koszulę i usiadł przy stole. Ola siedziała naprzeciwko niego. Patrzyła na piękny obrus, swoje ulubione talerze i czekała, aż mąż wzniesie toast albo powie chociaż coś miłego. Ale Taras bez przerwy zerkał na zegar.
Dokładnie o piątej wieczorem rozległ się dzwonek do drzwi.
Ola spojrzała na męża ze zdumieniem.
— Kto to? Nikogo się nie spodziewaliśmy.
Taras rozpromienił się niczym wiejski wodzirej i zatarł ręce.
— Niespodzianka! Postanowiłem zrobić coś miłego dla nas wszystkich.
Zerwał się na nogi i pobiegł otworzyć drzwi. Sekundę później Zinaida Pawłowna wpadła do przedpokoju w swojej najładniejszej bordowej bluzce, a za nią weszła Rimma, kuzynka-ciotka Tarasa, korpulentna była listonoszka, która nigdy nie przepuszczała żadnej uczty, zwłaszcza kiedy płacił za nią ktoś inny.
— Och, jak pięknie pachnie! — wykrzyknęła głośno Zinaida Pawłowna, zdejmując płaszcz. — I trafiliśmy akurat na podany stół!
Ola wstała, czując, jak wzbiera w niej ciężka, lepka fala irytacji.
— Dobry wieczór — powiedziała powściągliwie. — A z jakiej okazji mamy gości?
— Przecież mama miała urodziny w zeszłym tygodniu! — oznajmił radośnie Taras, prowadząc krewnych do kuchni. — Wtedy ich nie obchodziła, bo nie było czasu. Więc dziś na działce powiedziałem, że mamy nakryty stół na wieczór.
A mama powiedziała: po co marnować dobre jedzenie, równie dobrze można uczcić też jej święto w rodzinnym gronie! Powiedziałem jej, że może zaprosić Rimmę. Jesteśmy rodziną, prawda?
Ola przeniosła wzrok z zadowolonej twarzy męża na teściową. Zinaida Pawłowna, była dyrektorka studia fotograficznego, zawsze potrafiła ustawić się na pierwszym planie każdej kompozycji.
— No przecież nic się nie stało, Oleńko! — zanuciła słodko teściowa, siadając bez skrępowania na miejscu, które Ola zajmowała jeszcze przed chwilą.
— Przecież i tak to ty wszystko ugotowałaś. A ja u siebie jestem sama, czuję się samotna.
Rimma zdążyła już przysunąć krzesło bliżej i wpatrywała się w sałatkę z owoców morza.
— Taras, nałóż cioci mięsa — rozkazała, podając talerz.
Ola stała pod ścianą. Jej dziesiąta rocznica ślubu właśnie oficjalnie zamieniła się w darmową stołówkę dla krewnych męża.
Scena potoczyła się szybko i bezczelnie. Goście sprawnie operowali widelcami, gromadząc na talerzach najlepsze porcje. Taras kręcił się wokół matki, nalewał jej soku owocowego i przysuwał przekąski. Wyraźnie cieszył się rolą gościnnego gospodarza i czekał na pochwały.
— Mięso trochę twarde — zauważyła Zinaida Pawłowna, ostrożnie przeżuwając.
— Trzeba było potrzymać je dłużej w piekarniku. A ser, który kupujesz, Olu, jest za drogi. Taras haruje w pracy, a ty marnujesz pieniądze na delikatesy.
Ola oparła się o blat. Pracowała jako specjalistka od adaptowanego wychowania fizycznego, zarabiała więcej niż mąż i zapłaciła za całe jedzenie na tym stole ze swoich pieniędzy. Ale dyskusja z Zinaidą Pawłowną była bezcelowa — ona zawsze żyła w wyobrażonym świecie, w którym jej syn był głównym żywicielem rodziny.
— Zinaido Pawłowno — powiedziała wyraźnie Ola, patrząc teściowej prosto w oczy — w którym dokładnie momencie moja rocznica z Tarasem stała się dodatkiem do pani problemów z kalendarzem?
Przez sekundę wszyscy przy stole przestali przeżuwać.
— No proszę — teściowa przewróciła oczami.
— Co, masz do nas pretensje? Matka przychodzi odwiedzić własnego syna. Ty po prostu chcesz zatrzymać go dla siebie i nie dzielić się nim z nikim.
— Ola, nie psuj wieczoru — mruknął niezadowolony Taras. — Przecież dobrze nam tu. Dlaczego zachowujesz się jak sknera?
— Nie jestem sknerą, Tarasie — odpowiedziała Ola spokojnie.
— Po prostu próbuję zrozumieć, dlaczego oddałeś moje święto — to, do którego przygotowywałam się cały dzień — swojej matce, razem z moim nastrojem. Zwłaszcza że sam podarowałeś mi suchą miotłę.
Ciotka Rimma, uznając, że nie będzie mieszać się w konflikt, z trudem wstała i poszła grzebać w lodówce.
— O, tu jest tort! — oznajmiła radośnie, stawiając na stole duże pudełko.
Podniosła pokrywkę. W środku znajdował się piękny deser ozdobiony świeżymi owocami i elegancką czekoladową liczbą „10”.
— Dziesięć? — prychnęła Zinaida Pawłowna.
— No cóż, uznajmy, że to na moje sześćdziesiąte czwarte, tylko cyfry im się pomyliły. Taras, pokrój dla wszystkich.
Taras wziął specjalną łopatkę do tortu i bez wahania wbił ją prosto w środek czekoladowej dziesiątki, łamiąc liczbę na pół. Zaczął nakładać kawałki na talerze, uśmiechając się do matki.
Ola patrzyła na zniszczony tort, na przeżuwających krewnych, na męża gotowego sprzedać ich wspólne święto za aprobatę matki. Przez wiele lat znosiła tę prostacką małostkowość. Tłumaczyła Tarasa tym, że jest po prostu prostym człowiekiem. Bezczelność teściowej składała na karb wieku. Próbowała być mądrą, wyrozumiałą żoną. Ale teraz, patrząc na okruchy rozgniecionej „10” na paterze, zrozumiała jedną prostą rzecz. Nie chciała już niczego rozumieć.
Ola podeszła do stołu i spokojnie zabrała talerz z rąk Rimmy.
— Hej, co ty robisz? — zaprotestowała ciotka.
— Kolacja skończona — oznajmiła Ola mocnym, stanowczym głosem.
Wzięła talerz Zinaidy Pawłowny i położyła go na pierwszym.
— Ola, zwariowałaś? — teściowa odsunęła się od stołu z oburzeniem. — Przecież nawet herbaty nie wypiliśmy! Co to za przedstawienie?
— Przedstawienie, Zinaido Pawłowno, to przyjść bez zaproszenia na cudze święto i zachowywać się tak, jakby było się w restauracji, gdzie wszystko już opłacono — powiedziała Ola, nie podnosząc głosu, ale w jej tonie było coś, co sprawiło, że Taras drgnął.
— Wstańcie. Obie. I pani też, ciociu Rimmo.
— Taras! — warknęła jego matka. — Słyszysz, jak twoja żona do nas mówi? Powstrzymaj ją!
Taras zerwał się, próbując ratować twarz.
— Ola, przestań stawiać mnie w niezręcznej sytuacji przed rodziną. Odłóż talerze na miejsce.
Ola odwróciła się do męża. Jej oczy były absolutnie jasne i lodowato przejrzyste.
— Chciałeś zrobić coś miłego dla swojej matki? — zapytała.
— Zrobiłeś. Teraz zabierz swoich gości i idź sprawiać im przyjemność gdzie indziej.
Poszła do przedpokoju, zdjęła z wieszaka płaszcz teściowej i wcisnęła go jej w ręce. Potem chwyciła również płaszcz Rimmy.
— Wynocha — rozkazała Ola.
— Po takim chamstwie moja noga nigdy więcej nie postanie za tym progiem! — syknęła Zinaida Pawłowna, pośpiesznie się ubierając.
— Chodź, Rimmo. A ty, synu, zastanów się, z kim żyjesz.
Kobiety wypadły na klatkę schodową, głośno tupiąc po schodach. Taras stał w przedpokoju i mrugał, kompletnie zagubiony.
— Ty jesteś normalna? — powiedział w końcu. — Po co to zrobiłaś? To moja matka!
— Właśnie — skinęła głową Ola. — To twoja matka. A to była nasza rocznica. I wybrałeś matkę.
Zdjęła z wieszaka jego roboczą kurtkę i rzuciła mu ją na pierś.
— Co ty wyprawiasz? — Taras złapał kurtkę.
— Wyrzucam cię. Idź do nich. I weź jeszcze to — powiedziała Ola, wyrywając z wazonu bukiet suchych ostów i wciskając mu go w rękę.
— One trwają wiecznie. Idealne dla twojej rodziny.
Wypchnęła oszołomionego męża na klatkę. Taras próbował coś powiedzieć, ale Ola po prostu zamknęła mu drzwi przed nosem. Zamek szczęknął. W mieszkaniu zapadła cisza.
Ola wróciła do kuchni. Na stole wciąż stały nadjedzone talerze, a pośrodku leżał zniszczony tort. Wzięła czysty widelec, podniosła z brzegu deseru całą truskawkę i włożyła ją do ust. Truskawka była słodka.
Ola podeszła do okna. Na podwórku Taras pomagał matce i ciotce wsiąść do samochodu. Rozmawiając, wymachiwał wściekle suchym bukietem. Ola patrzyła na nich i poczuła, jak z jej ramion spada ogromny ciężar, nagromadzony przez dziesięć lat.
Święto oczywiście zostało zepsute. Ale zasady gry wreszcie zmieniły się na zawsze.