„Spotkamy się u ciebie”. Mężczyzna napisał to do mojej siostry po trzech dniach rozmowy. To ja prowadziłam jej profil randkowy i zobaczyłam, z czym naprawdę mierzą się kobiety.
Telefon od siostry zastał mnie w trakcie kolacji. Marina brzmiała na zdenerwowaną.
— San, potrzebuję twojej pomocy. Naprawdę. Zaloguj się na mój profil randkowy i zobacz, co tam się dzieje. Już nie potrafię rozpoznać, którzy są normalni, a którzy po prostu… no wiesz.
Moja siostra ma czterdzieści cztery lata. Rozwiodła się trzy lata temu, wychowuje nastoletnią córkę i pracuje jako główna księgowa w firmie handlowej. Jest niezależna, inteligentna i ma dobre poczucie humoru. Sześć miesięcy temu zarejestrowała się na popularnej platformie randkowej — chciała spróbować znaleźć kogoś do poważnego związku. A teraz dzwoniła do mnie, prosząc o pomoc.
— Co się stało? — zapytałam.
— To, co się dzieje, doprowadza mnie do szału. Te wiadomości… Jedni piszą obsceniczne rzeczy już w pierwszym zdaniu, inni zapraszają mnie „obejrzeć ich kolekcję znaczków”, a jeszcze inni pytają o rozmiar stanika. Czy naprawdę nie ma żadnych normalnych mężczyzn, czy to ja nie umiem ich odróżnić?
Roześmiałam się, ale zgodziłam się pomóc. Następnego dnia wysłała mi login i hasło do swojego konta. Napisała: „Rozmawiaj tak, jak uważasz za najlepsze. Chcę zrozumieć, czy przypadkiem nie jestem po prostu zbyt wymagająca”.
Pierwsza godzina: uświadomienie sobie skali problemu
Tego wieczoru zalogowałam się na profil mojej siostry. Czekały tam czterdzieści trzy nieprzeczytane wiadomości. Czterdzieści trzy w ciągu dwóch dni, kiedy w ogóle się nie logowała. Otworzyłam pierwszą:
„Cześć, piękna, chcesz się dziś zabawić?”
Druga:
„Jesteś taka pociągająca na zdjęciach, aż chce się poznać cię bliżej…”
Trzecia wiadomość:
„Dzień dobry. Jestem Oleg, mam 49 lat, szukam kobiety do założenia rodziny. Najlepiej szczupłej, poniżej 40 lat, bez dzieci i gotowej przeprowadzić się ze mną do mojego regionu”.
Przypominam: Marina ma czterdzieści cztery lata. I ma córkę. Wszystko to jest jasno napisane w jej profilu. Ale Oleg najwyraźniej pisał do wszystkich, nawet nie zadając sobie trudu, żeby przeczytać opis.
Przewijałam dalej. Czwarta, piąta, szósta wiadomość — mniej więcej ta sama historia. Albo ordynarna wulgarność, albo dziwne wymagania, albo wiadomości w stylu „cześć” i nic więcej.
Z czterdziestu trzech wiadomości tylko osiem wydawało się choć trochę poprawnych. Resztę od razu zarchiwizowałam.
Kategoria pierwsza: ci, którzy szukają tylko darmowego wieczoru
Pierwszą osobą, której odpowiedziałam, był Wiktor, pięćdziesiąt jeden lat, inżynier. Na zdjęciu wyglądał porządnie — koszula, okulary, poważny wyraz twarzy. W profilu miał napisane: „Szukam partnerki życiowej do wspólnych podróży i przytulnych wieczorów”.
Napisałam w imieniu siostry:
— Dzień dobry, miło mi pana poznać. Proszę opowiedzieć trochę o sobie.
Odpowiedział pięć minut później długą wiadomością o swojej pracy, astronomii jako hobby i miłości do teatru. Brzmiało poważnie. Rozmawialiśmy około czterdziestu minut, a potem zaproponował spotkanie.
— Marina, spotkajmy się jutro wieczorem. Jest dobra kawiarnia na Twerskiej. Ale mam teraz trudności finansowe, więc jeśli nie przeszkadza ci zapłacić za siebie, będzie mi bardzo miło.
Doprecyzowałam:
— A co z „przytulnymi wieczorami” i „podróżami”, o których pisałeś w profilu?
Pauza. Potem odpowiedź:
— Cóż, to później. Kiedy moja sytuacja się poprawi. Na razie po prostu się spotkajmy, bez żadnych zobowiązań finansowych z mojej strony.
Podziękowałam mu za propozycję i grzecznie odmówiłam.
W ciągu tygodnia trafiłam na czterech kolejnych podobnych do Wiktora. Wszyscy ci mężczyźni pisali w swoich profilach, że są „ustabilizowani” i „dobrze sobie radzą”, ale kiedy dochodziło do spotkania, proponowali albo „darmowy spacer po parku”, albo „spotkanie u ciebie, żeby nie wydawać pieniędzy w kawiarni”. Jeden z nich napisał nawet: „Po co płacić za restaurację, skoro możemy po prostu poznać się w samochodzie?”
Kategoria druga: kolekcjonerzy profili
Drugi typ mężczyzn to ci, którzy zbierają kontakty jak znaczki w albumie. Rozmawiają jednocześnie z dziesiątkami kobiet, zadają standardowe pytania, ale nigdy nie decydują się na nic konkretnego.
Anatolij, czterdzieści siedem lat, kierownik sprzedaży. Rozmawialiśmy przez sześć dni. Każdego wieczoru wracał, pytał, co słychać, opowiadał o swoim dniu. Kiedy zaproponowałam spotkanie, odpowiedział:
— Zostańmy jeszcze trochę online. Chcę cię lepiej poznać.
Trzy dni później znów zaproponowałam, żeby się zobaczyć. Znowu się wymigał:
— Marin, mam teraz szaleństwo w pracy. Zobaczymy w przyszłym tygodniu?
Sprawdziłam jego stronę przez ogólną wyszukiwarkę — okazało się, że był online dosłownie pięć minut wcześniej i lajkował profile innych kobiet. Więc wcale nie był zajęty. Po prostu kolekcjonował rozmowy, bez żadnego zamiaru spotkania się z kimkolwiek.
Było trzech takich mężczyzn. Wszyscy miesiącami siedzą w aplikacji, rozmawiają z kobietami, tworzą iluzję zainteresowania, ale nigdy nie prowadzi to do prawdziwego spotkania. Dlaczego to robią? Z nudów? Z niepewności? Ze strachu? Nie wiem. Ale odbierają kobietom mnóstwo czasu.
Kategoria trzecia: ci, którzy szukają matki, a nie partnerki
Dmitrij, pięćdziesiąt trzy lata, kierowca. Zaczął rozmowę normalnie, opowiadał o sobie i zadawał pytania. Po dwóch dniach zaczął narzekać.
— Mam taką ciężką pracę, Marina. Cały czas jestem wykończony. Nie ma nawet nikogo, kto ugotowałby mi obiad, mieszkam sam. Dobrze byłoby znaleźć kobietę, która potrafiłaby stworzyć ciepły dom.
Napisałam:
— Gotujesz dla siebie?
— No, makaron mogę ugotować. Ale to nie to samo. Kobieta powinna umieć przygotować dobre domowe jedzenie. Umiesz gotować?
— Umiem, ale też pracuję na pełen etat. Zaproponowałabym dzielenie się obowiązkami domowymi.
Pauza. Potem:
— No wiesz, ja jestem mężczyzną, wykonuję pracę fizyczną. Mnie jest trudniej. Ty siedzisz w biurze.
Dmitrij nie szukał partnerki. Szukał matki — kogoś, kto będzie go karmił, pocieszał i się nim opiekował. A w zamian nie oferował nic: żadnej pomocy w domu, żadnego wsparcia emocjonalnego, żadnego wspólnego spędzania czasu. Tylko swoje zmęczenie i oczekiwanie opieki.
Spotkałam jeszcze dwóch takich mężczyzn. Obaj opowiadali, jak ciężkie jest ich życie i jak bardzo potrzebują „prawdziwej kobiety”, która „stworzy ciepło”. Kiedy pytano ich, co sami są gotowi dać w zamian, odpowiadali ogólnikami o „ochronie” i „męskim ramieniu, na którym można się oprzeć”. Żadnych konkretów.
Kategoria czwarta: ci, którzy nie czytają profilu
Marina ma czterdzieści cztery lata. W jej profilu napisano: „Szukam poważnego związku, mam nastoletnią córkę”. Wydaje się dość jasno.
Ale Igor, pięćdziesiąt sześć lat, napisał:
„Cześć. Chcę poznać dziewczynę poniżej 35 lat, bez dzieci. Pasujesz?”
Siergiej, czterdzieści osiem lat:
„Nie znoszę dzieci. Mam nadzieję, że ich nie masz?”
Paweł, pięćdziesiąt dwa lata:
„Szukam kogoś młodego, szczupłego, wesołego. Jesteś wesoła?”
Zapytałam wszystkich trzech:
— Czy przeczytaliście mój profil?
Żaden nie odpowiedział. Po prostu zniknęli po tym pytaniu.
Ponad połowa była właśnie takimi „ślepymi” nadawcami. Lajkują wszystkich bez wyboru, wysyłają identyczne wiadomości i nawet nie patrzą, do kogo piszą. Dla nich kobiety są jak loteria: wyślą sto wiadomości i może któraś odpowie.
Kategoria piąta: normalni mężczyźni — a było ich tylko dwóch
W ciągu tygodnia, spośród wszystkich, z którymi rozmawiałam, tylko dwóch mężczyzn wydawało się naprawdę przyzwoitych.
Pierwszy to Aleksiej, czterdzieści dziewięć lat, wykładowca. Pytał o zainteresowania Mariny, opowiadał o sobie, żartował z wyczuciem i zaproponował spotkanie w kawiarni literackiej. Kiedy napisałam, że Marina ma córkę, odpowiedział:
— Rozumiem, to odpowiedzialność. Sam wychowałem syna po rozwodzie. Jeśli się spotkamy, będę szanował twoje granice i twój czas.
Drugi to Roman, pięćdziesiąt jeden lat, architekt. Spokojny, uprzejmy, nienachalny. Zaproponował najpierw rozmowę telefoniczną, żeby sprawdzić, czy nasze zainteresowania się pokrywają. Rozmowa trwała około dwudziestu minut i była przyjemna.
To byli jedyni dwaj, którym Marina podała swój numer telefonu, i nadal od czasu do czasu z nimi rozmawia. Do spotkania jeszcze nie doszło — nie spieszy się. Ale przynajmniej teraz jest nadzieja, że normalni mężczyźni istnieją.
Co zrozumiałam po tym tygodniu
Kobiety mają niesamowicie trudno na portalach randkowych. Nie dlatego, że wszyscy mężczyźni są tam źli. Ale dlatego, że na sto wiadomości tylko maleńka garstka jest naprawdę w porządku. A żeby znaleźć tych nielicznych, trzeba przesiać tony wulgarności, manipulacji i zwykłego braku szacunku.
Mężczyźni narzekają, że kobiety nie odpisują. Ale nie widzą, co trafia do kobiecych skrzynek odbiorczych. W ciągu tygodnia otrzymałam sześćdziesiąt osiem wiadomości. Wśród nich:
28 było wulgarnych lub niestosownych
19 pochodziło od mężczyzn, którzy nawet nie przeczytali profilu
12 pochodziło od mężczyzn szukających darmowej randki albo gospodyni domowej
7 pochodziło od kolekcjonerów rozmów bez żadnego zamiaru spotkania
I tylko 2 wiadomości były od naprawdę interesujących osób
Kobiety nie są zbyt wymagające. One są po prostu zmęczone przesiewaniem śmieci. A kiedy mężczyzna pisze kolejny banalny tekst w stylu „cześć, piękna”, trafia do tego samego stosu co wszyscy inni — i jego szanse spadają do zera.
Jeśli jesteś mężczyzną i narzekasz, że portale randkowe nie działają, przyjrzyj się temu, jak komunikujesz się z kobietami. Czy czytasz profil, zanim napiszesz? Czy zadajesz pytania o drugą osobę, czy od razu zapraszasz ją „do siebie”? Czy jesteś gotów na prawdziwą rozmowę, czy szukasz tylko szybkiego lekarstwa na samotność?
A kobietom chcę powiedzieć: tak, tam jest trudno. Ale normalni mężczyźni istnieją. Po prostu nie ma ich zbyt wielu i potrzeba cierpliwości, żeby znaleźć ich wśród tych, którzy opowiadają o swojej „kolekcji znaczków”.
A ty? Próbowałaś korzystać z portali randkowych po czterdziestce? Z jakimi trudnościami się mierzyłaś? Jak odróżniasz osobę poważną od kogoś, kto tylko marnuje twój czas? I co myślisz o przyjaciołach lub bliskich, którzy pomagają szukać partnera?