„Wkrótce zaczniemy prace wykończeniowe. Prawie wszystko już skończyliśmy” — powiedział mi wieczorem mąż, kiedy szykowaliśmy się do snu.
„Czyli remont niedługo się skończy i to już wszystko?” — powiedziałam, wcierając krem w dłonie i nadgarstki.
„Tak. Trudno w to uwierzyć, prawda?” Arkady ułożył się wygodniej, naciągając na siebie kołdrę. „No dobrze, śpijmy; jutro pracujemy.”
Położyliśmy się, ale długo nie mogłam zasnąć; dręczyło mnie coś niejasnego i niepokojącego. Arkady i ja pobraliśmy się trzy lata wcześniej. Nie spieszyliśmy się z dziećmi, ponieważ mój mąż niedawno stracił ojca, który zostawił mu w połowie wybudowany dom z dużą działką. Postanowiliśmy go dokończyć i w nim zamieszkać — na świeżym powietrzu, poza miastem. Dom znajdował się zaledwie pół godziny jazdy od miasta, więc dojazd miał być wygodny. W tamtym momencie ponad połowa prac była już zakończona, ale reszta nadal wymagała dużych inwestycji. Budowa kosztuje dużo — Arkady i ja dobrze o tym wiedzieliśmy — dlatego nie spieszyliśmy się z dziećmi. Całą energię wkładaliśmy w pracę, aby jak najszybciej zdobyć przestronny dom.
Dorastałam w rodzinie pełnej zaufania i miłości. Mama często żartowała, że jesteśmy jak Rostowowie z powieści-rzeki Tołstoja, tylko z mniejszą liczbą dzieci. Było nas dwoje — mój brat i ja. Ale Wołodia był ode mnie starszy o jedenaście lat; bardzo wcześnie wyprowadził się z domu, a ja, jako najmłodsza, byłam uwielbiana, rozpieszczana i niczego mi nie odmawiano. Tata zawsze był gotów wysłuchać, a mama nazywała mnie wyłącznie „moją radością”. Kiedy dostałam się na uniwersytet, było mi trochę smutno, że muszę wyjechać do innego miasta. Ale to było konieczne; rozumiałam, że w naszym małym miasteczku nie miałabym czego szukać. Ukończyłam ekonomię i znalazłam posadę w dużej firmie budowlanej, gdzie wynagrodzenie było wyższe od przeciętnego.
Potem poznałam Arkadego. Stało się to przypadkiem. Przyszedł ubiegać się o stanowisko w tej samej firmie, w której pracowałam. Chłopak o złotych rękach i bystrym umyśle — chętnie go zatrudniono i przez dwa miesiące byliśmy współpracownikami. Później Arkadego przeniesiono na inną budowę, a ja zostałam. W tamtym czasie już się spotykaliśmy — wieczorami chodziliśmy do kawiarni, spacerowaliśmy, a Arkady wpadał do mnie. Zarabiałam wystarczająco, by wynajmować przestronną kawalerkę urządzoną według własnego gustu. Arkady nadal mieszkał u matki, którą przedstawił mi po oświadczynach. Alewtyna Dmitriewna okazała się miłą, ładną kobietą, już dobrze po pięćdziesiątce. Arkasza był jej jedynym synem i bardzo go kochała.
Kiedy był mały, jego ojciec uczciwie powiedział żonie, że spotkał inną kobietę, i zostawił moją młodą wówczas teściową z dzieckiem na rękach. Bliscy oczywiście pomagali, ale mimo wszystko Alewtynie Dmitriewnie było bardzo trudno. Nie załamała się, nie narzekała, nie poddała; zrobiła wszystko, aby jej syn był ubrany, miał buty i zdobył wykształcenie. Arkady rozumiał, ile matka dla niego zrobiła, i szanował ją, nigdy nie odmawiając pomocy. Mimo to nie prosiła mojego męża o wsparcie zbyt często; zazwyczaj radziła sobie sama. Nie przychodziła też do nas zbyt często. Arkady i ja mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu, inwestując całą energię i wszystkie pieniądze w budowę domu. Mąż często powtarzał mi, że jestem zbyt naiwna, ufna i prosta. Nie rozumiałam, wobec kogo w naszej rodzinie miałabym zachowywać ostrożność. Moja babcia mówiła, że małżeństwo jest jak pójście do kościoła: jeśli wierzysz, warto tam wejść; jeśli nie wierzysz, nie ma to sensu. A ja wierzyłam Arkademu bezwarunkowo, nigdy nie wątpiąc, że naszą rodziną kierują ten sam szacunek i ta sama miłość, które widziałam u swoich rodziców.
Ale Arkady nie był taki jak mój ojciec. Tata zawsze był szczery — nie owijał w bawełnę, ale nigdy nie miał w sercu nic złego. Mój mąż natomiast mówił kwieciście, choć nie zawsze ukrywało to, co naprawdę chciał powiedzieć. Arkady nazywał to „sztuką bycia uprzejmym”. Na przykład obsypywał naszą księgową Lenoczkę komplementami, choć prywatnie zawsze mówił mi, że jest brzydka, a nawet śmieszna.
Ostatnio coraz częściej rozmawialiśmy z mężem o wykończeniach, które chcieliśmy wybrać do domu.
„Chcę kuchnię w żółtych odcieniach, z szerokimi parapetami. Będę trzymać tam rośliny, zamontujemy dobrą kuchenkę i zamówimy meble na wymiar — obejrzałam już kilka opcji” — powiedziałam podczas kolacji.
Tego dnia postanowiłam sprawić nam przyjemność: przygotowałam indyka, który przez całą noc i cały dzień marynował się w sosie sojowym i miodzie. Indyk wyszedł ze złocistą, pachnącą i chrupiącą skórką. Jako dodatek podałam warzywa duszone w sosie. Arkady zawsze lubił dużo i dobrze jeść, a dzięki aktywnemu trybowi życia nigdy nie odbijało się to na jego sylwetce.
„Wiesz, ja też ciągle szukam. Chcę jak najbardziej kompaktową zabudowę do przedpokoju. Teraz jest tyle mebli. Nie jestem stolarzem, ale myślę, że dam radę to zrobić. Zamówienia na wymiar są bardzo drogie” — powiedział mąż, zadowolony, że rozmowa się rozwija.
Planowaliśmy rozpocząć remont i kupowanie mebli w następnym miesiącu. Prace były już niemal całkowicie zakończone; coś jeszcze trzeba było zrobić w kotłowni, ale to były już szczegóły. Najważniejsze było gotowe, a ja już marzyłam o opuszczeniu wynajmowanego mieszkania i przeprowadzce do naszego dużego domu. Bardzo ważne jest mieć dom należący do rodziny. Tak, oczywiście, prawnie dom i działka były zapisane na mojego męża — odziedziczył je przed naszym ślubem — ale między mężem i żoną wszystko jest wspólne. Dlatego bez wahania zainwestowałam w ten dom tak dużo. Teściowa nieustannie chwaliła mnie przed mężem — jaka jestem dobrą dziewczyną, jak chętnie pomagam, ile pracuję i zarabiam.
Ostatnio w każdy weekend Alewtyna Dmitriewna zapraszała nas na herbatę, piekła ciasta i z prawdziwym zainteresowaniem wypytywała o nasze plany na przyszłość.
„Arkasza, weź jeszcze kawałek ciasta — tym razem naprawdę się udało” — gruchała moja teściowa.
„Alewtyno Dmitriewno, naprawdę ma pani talent do pieczenia; pani ciasta zawsze się udają” — powiedziałam całkiem szczerze.
„Ucz się, póki jeszcze żyję! To nie jest trudne; dałam ci przepis” — starsza pani uśmiechnęła się do mnie ciepło.
„Próbowałam kilka razy — nawet odmierzałam mąkę, sól i cukier na wadze. Ale… jakoś samo nie wychodzi.”
„Masz inne talenty, Wiero. Nie martw się. Mój syn jest przy tobie szczęśliwy i spokojny; zbudowaliście ten dom razem. Bez ciebie by mu się nie udało. Materiały budowlane są drogie, a prawie wszystko zostało kupione za twoje pieniądze.”
„Nigdy nie liczyłam, ile w to włożyłam. To jest nasze, a nasze dzieci będą dorastać w tym domu” — odpowiedziałam.
„Oczywiście, Wiero, oczywiście. Myślisz dokładnie tak, jak trzeba. Kiedyś Piotr i ja marzyliśmy o tym domu, potem jego zabrakło i niczego już nie potrzebowałam. Przynajmniej wy, młodzi, będziecie tam mieszkać, a ja będę was odwiedzać i zajmować się wnuczkami.”
„Och, mamo, na wnuki jeszcze za wcześnie! Teraz trzeba zrobić remont” — wtrącił Arkady, kończąc kolejny kawałek ciasta.
Ciasto było wyśmienite. Kruche ciasto rozpływało się w ustach, a filet z dorsza z rozmarynem w środku był idealnie upieczony. Delektowałam się każdym kęsem, szczerze żałując, że nie mam talentu do przygotowywania takich pyszności.
„Znalazłam bardzo ładną tapetę i kanapę. Spędziłam mnóstwo czasu na stronach wnętrzarskich i naszkicowałam, czego chcę” — powiedziałam, pokazując na telefonie zdjęcie projektu naszej sypialni.
Teściowa nadal szeroko się uśmiechała — w sposób niemal sztuczny. Ale twarz mojego męża nagle stężała i powiedział:
„Dla przypomnienia, Wiero, ten dom należy tylko do mnie. Odziedziczyłem go po ojcu. Więc dlaczego wtrącasz się w wykończenie?”
Byłam oszołomiona.
„Ale przecież dokończyliśmy go razem i chciałabym, żeby remont i meble były też w moim guście…”
„Ty nie masz gustu. Sam zdecyduję, co i jak tam będzie. Jasne?”
Zamilkłam, patrząc na niedopitą, teraz już zimną herbatę. Nagle zrobiło mi się bardzo zimno, boleśnie i gorzko, że mój mąż pokazał tak niestosowną stronę siebie.
„Arkasza, co ty mówisz? Wiera jest twoją żoną, synu — oczywiście, później to omówicie i wybierzecie wszystko razem” — próbowała załagodzić sytuację Alewtyna Dmitriewna.
Przeprosiłam i wstałam od stołu. Mąż, nie mówiąc nic więcej, pośpiesznie wrócił ze mną do domu. Siedząc w samochodzie i zapinając pas, patrzyłam przez okno. Na zewnątrz ulice wieczornego miasta przesuwały się w świetle latarni; padał drobny, nieprzyjemny jesienny deszcz. Urok jesieni już zniknął; złote liście zerwane z drzew zmieniły się pod nogami w brudną breję. Do domu wróciliśmy w milczeniu i w milczeniu weszliśmy do mieszkania. Czekałam na rozmowę, na przeprosiny, ale Arkady, nadal milczący, poszedł pod prysznic.
Jak zwykle zostawił telefon na kuchennym stole, a ja nie potrafiłam się powstrzymać i wzięłam go do ręki. Nie, nigdy wcześniej nie grzebałam w jego telefonie — nigdy niczego u męża nie podejrzewałam. Zaufanie było najważniejsze. Ale w tamtym momencie niepokój we mnie stał się tak silny, że moje palce szybko wystukały kod. Od razu otworzyła się rozmowa mojego męża z jego matką.
„Mamo, nie mogę już jej znieść. Jest nijaka, nieciekawa; nie potrafi sklecić dwóch zdań, tylko patrzy na mnie z psią wiernością” — pisał Arkady do matki. „Wystarczająco długo to znosiłem; teraz chcę rozstać się z Wierą.”
„Bądź cierpliwy — twoja żoneczka dokończy dla nas dom, a potem będziesz mógł odejść” — przeczytałam w wiadomości od mojej teściowej.
Prawie upuściłam telefon, widząc ich wiadomości. Łzy zamazywały mi wzrok. Zablokowałam urządzenie i szybko napisałam do ojca, że przyjeżdżam. Moi rodzice mieszkali w małym mieście cztery godziny stąd. Na szczęście miałam pieniądze. Zamówiłam taksówkę, podczas gdy mąż wciąż był pod prysznicem, ubrałam się w pośpiechu i wrzuciłam do torby najpotrzebniejsze rzeczy. Nie miałam najmniejszej ochoty niczego mężowi wyjaśniać. Wszystko było już zupełnie jasne — naprawdę byłam zbyt ufna. Podróż kosztowała mnie niemało; próbowałam zdrzemnąć się w samochodzie, ale nie mogłam — byłam zbyt roztrzęsiona.
Tata i mama nie spali, choć było już długo po północy. Czekali na mnie, z niepokojem szukając mojego spojrzenia.
„Skrzywdził cię?” — od razu zapytał tata.
„Pozwólcie mi tylko się przebrać, zrobimy mocną herbatę i wszystko wam opowiem” — powiedziałam, drżąc.
Miałam nerwy napięte do granic i byłam przemarznięta; chciałam czegoś ciepłego i otulić się przytulnym szalem mamy, który od razu mi podała.
Rozmawialiśmy do rana. Opowiedziałam rodzicom wszystko szczerze, a oni słuchali, nie przerywając mi. Przyjaciel mojego ojca był świetnym prawnikiem i to właśnie do niego tata zadzwonił rano.
„Sawieljewicz, cześć! Tu Giena. Moja córka właśnie przyjechała od męża. Nie uwierzysz…”
Tata opowiedział Iwanowi Sawieljewiczowi, co wydarzyło się między mną a Arkadym. Następnego dnia złożyłam pozew o rozwód i napisałam do męża. Arkady nawet nie raczył odpowiedzieć, co w gruncie rzeczy mnie ulżyło. Nie chciałam ani scen, ani kłótni.
Przyjacielowi taty udało się udowodnić, że inwestowałam w dom. Zgodnie z prawem moi byli powinowaci zostali zmuszeni do zwrotu wszystkich kwot, które wydałam na budowę. Mąż pisał do mnie długie, obraźliwe wiadomości, na które nie odpowiadałam. Tata i mama byli przy mnie i mnie wspierali. Na jakiś czas zamieszkałam u nich, zmieniłam pracę, krąg znajomych i coś w sobie. Nie będę już tak szybko ufać. Arkady dał mi bardzo cenną lekcję: ufaj, ale sprawdzaj.
Nie spieszyłam się z rozpoczynaniem nowego związku. Za sumę, którą wypłacił mi były mąż, wzięłam mieszkanie — wkład własny do banku był pokryty — a rodzice dołożyli pieniądze na meble i drobny remont. Z radością urządziłam swój mały, przytulny, kobiecy kąt. Cokolwiek się stanie, od teraz będę miała własny dom, który będę stopniowo spłacać, i nikt poza mną nie będzie miał do niego praw. Nawet jeśli ponownie wyjdę za mąż i spotkam dobrą osobę, zawsze będę miała drogę wyjścia. Nie uznałam, że wszyscy mężczyźni są skąpi albo pozbawieni honoru, ale nie patrzyłam już na ludzi z dziecięcą ufnością, jakby wszyscy byli dobrzy. Okazuje się, że ludzie są różni. I trzeba mieć się na baczności.
Kilka miesięcy po wszystkich rozliczeniach i płatnościach Arkady całkowicie zniknął z radarów. Moja teściowa zupełnie przestała się pojawiać. Teraz rozumiałam, jak fałszywy był jej uśmiech, kiedy okazywała swoje rzekome współczucie. Chciała moich pieniędzy; właśnie dlatego jej syn żył ze mną i mnie „znosił”. Przez pewien czas zachwiało to moją pewnością siebie — czy ktokolwiek mógłby pokochać mnie po prostu za to, jaka jestem? W tym również pomogli mi rodzice.
„Czy naprawdę potrzebujesz miłości, moja córko, od tak podłej i obłudnej osoby?” — zapytał mnie ojciec i tym samym ocalił mnie przed zwątpieniem oraz obwinianiem samej siebie.
Nie. Teraz rozumiem to bardzo jasno i idę dalej, wyciągnąwszy wnioski z mojego poprzedniego małżeństwa.