— No proszę, spójrzcie tylko — nasza kulinarna gwiazda znowu przesoliła! — Igor teatralnie odsunął od siebie talerz. — Mamo, zobacz. Marina, czy ty w ogóle jadłaś kiedyś normalnego kurczaka? Czy zawsze zadowalałaś się takimi eksperymentami?
— Igorek ma rację — Walentina Siergiejewna zacisnęła usta. — Marino, kochanie, mówiłam ci wczoraj — kurczaka trzeba marynować w śmietanie, a nie w majonezie.
— Marynowałam go w śmietanie — Marina próbowała utrzymać spokojny głos.
— W śmietanie? — Igor roześmiał się. — Kochanie, czy ty przypadkiem nie mylisz śmietany z klejem PVA? Dokładnie taka konsystencja ci wyszła.
Dwa lata przed tą kolacją wszystko wyglądało inaczej. W każdy piątek Igor czekał na Marinę po pracy z bukietem goździków, zabierał ją do kawiarni, gdzie godzinami rozmawiali o przyszłości. Uważnie słuchał jej historii o kolegach z pracy, śmiał się z jej anegdot, a w soboty smażył naleśniki — jedyne danie, które potrafił przygotować.
— Marinka, jesteś geniuszem! — wykrzykiwał wtedy, próbując jej domowej lazanii. — Mama będzie zachwycona twoimi przepisami!
— Nie przesadzaj — śmiała się Marina. Nigdy nie uważała się za kucharkę — po prostu lubiła eksperymentować, mieszać przyprawy, dodawać nieoczekiwane składniki. — Po prostu robię to, co lubię.
— Mówię poważnie! Jesteś idealna!
Ślub był skromny, ale radosny. Walentina Siergiejewna objęła nową synową.
— Witaj w rodzinie, kochanie!
Wtedy każda minuta dawała Marinie szczęście. Wreszcie miała prawdziwą rodzinę — nie tylko kochającego męża, ale też teściową, która nazywała ją „córką”. Po rozwodzie rodziców, gdy miała piętnaście lat, marzyła właśnie o tym — o dużej, zżytej rodzinie, która zaakceptuje ją jak swoją.
Pierwsze zmiany zaczęły się miesiąc po ślubie. Igor wrócił z firmowej imprezy budowlanej firmy, w której pracował jako brygadzista. Wydarzenie było tylko dla pracowników — dyrektor uważał, że żony przeszkadzałyby w „męskiej atmosferze” — i zastał Marinę oglądającą serial.
— Znowu oglądasz te głupoty? — zwalił się na kanapę. — Nie możesz znaleźć sobie czegoś bardziej inteligentnego do roboty?
— Pracowałam cały dzień. Chcę odpocząć.
— Pracowałaś? — prychnął Igor. — Nazywasz pracą przerzucanie papierków? Ja cały dzień biegałem po budowie — nogi mnie palą.
Uważał, że tylko jego praca ma znaczenie — kierował ludźmi, rozwiązywał poważne problemy, a nie siedział w ciepłym biurze z filiżanką herbaty.
— Cieszę się z twojego powodu.
— Szczęśliwa? Ty w ogóle wiesz, co to znaczy? Czy twoja głowa myśli tylko o serialach?
Marina była zaskoczona tym atakiem. Jeszcze niedawno obejmował ją w progu; teraz szedł prosto do kuchni, brał piwo i narzekał na pracę. „Jest zmęczony” — pomyślała. „Biedak, może naprawdę jest mu ciężko”.
Niedzielny obiad u teściowej stał się tradycją z inicjatywy Igora. „Mama za nami tęskni” — mówił. „Trzeba się nią zajmować”. Marina robiła, co mogła — gotowała, nakrywała do stołu, uśmiechała się.
— Marina znowu przesoliła sałatkę — teatralnie skrzywiła się Ola, siostra Igora.
Pracowała jako administratorka salonu, była niezamężna i miała zwyczaj marszczyć brwi przy każdym niezadowoleniu — dokładnie tak jak ich matka w młodości.
— To sałatka Olivier według przepisu mojej babci — broniła się Marina. — Pamiętam, jak na Nowy Rok wstawała o piątej rano, żeby wszystko przygotować. Byłam mała i pomagałam jej obierać jajka. Zawsze mówiła: „Sekret Oliviera tkwi w miłości, którą się w niego wkłada”.
— Twoja babcia? — Igor przewrócił oczami. — Pracowała w przydrożnej stołówce? Tylko tam doceniliby taką ilość majonezu.
Marina spojrzała na męża zdezorientowana. Sześć miesięcy wcześniej jadł tę samą sałatkę z przyjemnością.
— Igorisza ma rację — powiedziała Walentina Siergiejewna. — Ja zawsze robię Oliviera z domowym majonezem. Ten sklepowy to sama chemia.
— Jeśli państwo nie zauważyli, Marina naprawdę się postarała! — niespodziewanie wtrąciła Łarisa Pietrowna, matka Mariny, która została zaproszona na obiad.
— O, teściowa zabrała głos! — Igor odwrócił się do niej z kpiącym uśmiechem.
Pozwalał sobie na taki ton, bo uważał się za głowę rodziny, a to oznaczało, że miał prawo wyrażać swoje zdanie wobec każdego.
— Łariso Pietrowno, trzeba było nauczyć córkę gotować, zanim wydała ją pani za mąż.
„Co za bezczelny człowiek” — pomyślała Łarisa Pietrowna, patrząc tego wieczoru na swojego zięcia jakby naprawdę po raz pierwszy.
Marina spojrzała na matkę z nadzieją — czy wreszcie ktoś stanie w jej obronie?
Kilka dni później odwiedziła ją siostra.
— Marina, dlaczego płaczesz? — Katia objęła ją w kuchni.
— Nic się nie stało, po prostu kroję cebulę.
— Cebulę? Serio? Marina, przecież widzę — od trzech miesięcy wyglądasz, jakby cię ktoś pobił.
Katia uważnie spojrzała siostrze w oczy; zobaczyła w nich takie zmęczenie, jakby Marina nie spała od tygodnia.
— Katia, naprawdę wszystko jest dobrze.
— Dobrze? On upokarza cię przy wszystkich!
— Nie przesadzaj. Igor jest zmęczony pracą, staje się drażliwy. A jego matka jest przyzwyczajona do idealnego syna, więc szuka we mnie wad.
— I co, to daje mu prawo? Mój Maksim też pracuje, ale mnie nie obraża.
— Katia, proszę, nie mieszaj się. Poradzimy sobie.
Marina nie chciała poruszać tego tematu, bo w głębi duszy wiedziała, że siostra ma rację. Ale przyznać to oznaczało uznać, że się pomyliła — że jej szczęśliwe małżeństwo było tylko iluzją.
Tego samego dnia na kolację przyszedł Dmitrij, przyjaciel Igora, ze swoją dziewczyną.
— Marina, to są pierogi ze sklepu, prawda? — Igor nadział jeden na widelec i obracał nim przed twarzą. — Dim, przepraszam — moja żona uznała, że jesteśmy studentami pierwszego roku.
Powiedział to celowo głośno, pokazując swoją wyższość, pokazując przyjacielowi, kto jest panem domu.
— Daj spokój — Dmitrij uśmiechnął się niezręcznie.
— Nie, ale rozumiesz? Ona jest w domu cały dzień! Cały dzień! I nawet nie potrafi zrobić domowych pierogów!
— Przypominam ci, kochanie, że pracowałam do szóstej. Pracuję tak samo jak ty — Marina próbowała nie reagować na kolejną złośliwość.
— W pracy? — Igor wybuchnął śmiechem. — Dim, ona nazywa pracą siedzenie w biurze od dziesiątej do szóstej! Wyobrażasz sobie? Osiem godzin przerzucania papierów — to według niej praca!
— Może wystarczy? — dziewczyna Dmitrija spojrzała na niego z dezaprobatą.
— O, kolejna feministka! — Igor nalał sobie piwa. — Kobiety się jednoczą!
Dmitrij uznał, że jego przyjaciel trochę za bardzo wczuł się w rolę domowego tyrana. Marina mrugnęła do dziewczyny Dmitrija z wdzięcznością, a kolacja toczyła się dalej w napiętej atmosferze.
Nie minął nawet miesiąc. Pewnego wieczoru, po kolejnej tyradzie męża, Marina wyszła do sklepu i, biorąc telefon, zadzwoniła do matki.
— Nie mam już siły! — krzyknęła do słuchawki. — Nie mam już siły!
— Kochanie, bądź cierpliwa. Wszyscy mężczyźni są tacy po ślubie. Rozluźniają się, przestają się starać. Twój ojciec też był nieznośny przez pierwsze lata — pił piwo na kanapie, zostawiał skarpetki gdzie popadnie. Ale później przyzwyczaił się do życia rodzinnego.
— Dość! — przerwała jej Marina, nie chcąc już słuchać usprawiedliwień. — Mamo, on nazywa mnie idiotką przy swoich rodzicach!
Łzy płynęły jej po policzkach — z bólu, bezradności i dlatego, że nawet własna matka jej nie rozumiała.
— Marina, masz dach nad głową, mąż utrzymuje rodzinę…
— Zarabiam własne pieniądze! Za miesiąc dostanę awans; będę zarabiać nawet więcej niż on!
— Ale teraz to on zarabia więcej. Kochanie, po prostu naucz się lepiej gotować, bardziej o siebie dbaj…
— Mamo, naprawdę?
— Marina, nie podejmuj pochopnych decyzji. Dobrze to przemyśl.
Marina się rozłączyła. Zamiast wsparcia dostała kolejne rady, jak stać się lepszą dla mężczyzny, który jej nie szanował. Poczuła się jeszcze gorzej — teraz była sama przeciwko wszystkim.
Decydujący wybuch nastąpił w dniu urodzin Walentiny Siergiejewny.
— Mamo, zobacz, co twoja synowa nazywa tortem! — Igor wskazał deser.
Drapał biszkopt widelcem, jakby szukał w nim czegoś obrzydliwego.
— To gotowe blaty z paczki!
— Sama go zrobiłam! — Marina wstała. — Piekłam przez cztery godziny!
„Znowu się tłumaczę” — skarciła się w myślach. „Przecież obiecałam sobie, że już tego nie zrobię”.
— Cztery godziny?! — Ola dołączyła do brata. — I tyle czasu zajęło ci co? Czytanie instrukcji obsługi piekarnika?
Zmarszczyła brwi dokładnie tak jak ich matka w młodości — równie pogardliwie, równie teatralnie.
— Marino, kochana — powiedziała Walentina Siergiejewna protekcjonalnym tonem — mogę dać ci swoje przepisy. Są sprawdzone.
— Jakie przepisy! — Igor machnął ręką. — Mamo, ona jest beznadziejna! Nie umie gotować, sprzątać, nawet porządnie się ubrać!
— Dość! — Marina wstała. — Koniec z tym, odchodzę!
„Są jak stado hien” — pomyślała, patrząc na tę rodzinę. „Wszyscy razem rzucają się na jedną osobę. A czy ja jestem od nich gorsza? Dlaczego mam to znosić?”
— I dokąd pójdziesz? — zakpił Igor. — Będziesz płakać u mamusi?
Chciał upokorzyć żonę raz na zawsze, udowodnić jej, że bez niego jest nikim.
— Jak najdalej od ciebie. Na zawsze.
Marina nie spodziewała się, że powie to na głos, ale te słowa rozbrzmiewały w jej głowie setki razy przez ostatnie miesiące.
— O, jak strasznie się boję! — Igor udawał przerażenie. — I co będziesz robić? Żyć ze swojej pensji? Ty nawet rachunków nie umiesz płacić! Wynajmiesz pokój we wspólnym mieszkaniu? Będziesz gotować makaron na kolację? A kiedy zachorujesz — kto się tobą zajmie? Koleżanki? Prawie ich nie masz, wszystkie siedzą w domach przy mężach. Beze mnie jesteś nikim, rozumiesz? Zwykłą szarą myszą, której nikt w pracy nie zauważa!
Walentina Siergiejewna skinęła głową, patrząc na synową z dezaprobatą — jak śmiała denerwować jej ukochanego syna w dniu jej urodzin? Ola wreszcie przestała marszczyć brwi i patrzyła na Marinę z otwartą radością — ta dorobkiewiczka sama się o to prosiła, została sprowadzona na swoje miejsce.
Kilka godzin później.
Ręce Igora drżały ze złości, gdy z trudem wsunął klucz do zamka. Drzwi się otworzyły i zamarł w progu. Po całym mieszkaniu stały otwarte kartony; na podłodze leżały puste wieszaki. Marina stała przy szafie, starannie składając bluzki do walizki.
Dobrze. Niech idzie do diabła — pomyślał, patrząc na żonę. Ale z jakiegoś powodu coś ścisnęło go w środku dziwnym, nieznanym strachem.
— To uciekasz? — rzucił od wejścia. — Oczywiście, łatwiej odejść niż wszystko naprawić.
Marina nawet się nie odwróciła. Nadal składała swoje rzeczy z tym samym metodycznym spokojem.
Kiedyś tak nie mówił — pomyślała przelotnie. Skąd w nim tyle jadu? A może po prostu tego nie zauważałam?
— No dalej, milcz. Zawsze siedziałaś w swoim kącie.
Boże, jaki on jest obrzydliwy — pomyślała Marina, zwijając swój ulubiony szalik. Jak mogłam tego nie widzieć? A może nie chciałam?
Marina skończyła pakować walizkę w godzinę. Igor siedział w salonie i pił piwo.
— Naprawdę myślisz, że poradzisz sobie beze mnie? — krzyknął. W głowie kłębiły mu się myśli: był głową rodziny, mężczyzną, od którego wszystko zależało. Kobieta postanowiła zbuntować się przeciwko naturalnemu porządkowi rzeczy. — Ty nawet rachunków nie potrafisz płacić! Czynsz, opłaty — nie rozumiesz nic z liczb! A twoja żałosna robota nic nie płaci!
Marina w milczeniu potoczyła walizkę w stronę wyjścia.
— Idź płakać do mamusi! Za tydzień wrócisz na kolanach!
Drzwi zamknęły się cicho.
— I nawet nie waż się wracać! — krzyknął Igor w pusty korytarz.
Na klatce schodowej Marina zatrzymała się i oparła o ścianę. Dziwne. Myślała, że będzie bolało bardziej. Tymczasem czuła lekkość. Nie było złości. Tylko zadziwiająca jasność: podjęła właściwą decyzję.
Tydzień później Igor wreszcie postanowił zadzwonić. Przez cały ten czas był pewien, że Marina w końcu wszystko przemyśli, trochę ponarzeka i wróci skruszona.
— Marina? To ja. Słuchaj, trzeba zapłacić czynsz, musimy się złożyć. Pamiętasz naszą umowę? Dwadzieścia pięć tysięcy to twoja część. Przelej je do wtorku.
— Nie, Igor.
Krótki sygnał.
— Jak śmiesz, suko! — wrzasnął w pustym mieszkaniu, wymachując telefonem. — Myślisz, że wszystko mi jedno? A kto cię utrzymywał? Kto płacił za mieszkanie? Niewdzięcznica!
Minęły trzy miesiące. Igor siedział w wynajętej kawalerce pośród pudełek po pizzy, stukając w kalkulator. Czynsz — trzydzieści tysięcy. Opłaty — pięć. Jedzenie, transport, dodatkowe wydatki — kolejne dziesięć. Razem — czterdzieści pięć. Pensja — pięćdziesiąt dwa. Zostawało siedem tysięcy na miesiąc. Na wszystko inne. Wcześniej dzielili czynsz i było łatwiej. Jego telefon nie dzwonił od trzech dni.
Trzymał w rękach wyrok rozwodowy. Nigdy nie sądził, że do tego dojdzie, ale za każdym razem, gdy widział Marinę w sądzie, nie potrafił się powstrzymać — żądał pieniędzy, oskarżał ją o zdradę. A teraz było po wszystkim — oficjalnie kawaler i prawie bez pieniędzy. Wypłata dopiero za tydzień.
Zadzwonił do matki.
— Mamo? Mogę przyjść na obiad?
— Igorek, mamy dzisiaj gości.
— Jakich gości?
— Przyjdzie Marina ze swoim chłopakiem. Taki inteligentny mężczyzna! Profesor uniwersytecki! Wiktor, chyba tak ma na imię — głos matki był pełen zadowolenia i radości. — Opowiada fascynujące historie! A Marina przy nim promienieje!
— Co? — Igor zerwał się na równe nogi, przewracając kubek. — Mamo, oszalałaś?
— Igorek, ona oficjalnie nie jest już twoją żoną. A Wiktor jest taki interesujący! I podobno Marina cudownie gotuje! Wczoraj przyniosła mnie i twojemu ojcu zapiekankę — pychota!
Igor się rozłączył. Jego matka kompletnie straciła rozum — pienił się w środku. Albo Marina nastawiła wszystkich przeciwko niemu. Podstępna wiedźma.
Zadzwonił do siostry.
— Ola, wiedziałaś o tym?
— O czym? Ach, o Marinie? Oczywiście! Teraz razem chodzimy na zakupy. Pomogła mi wybrać świetną sukienkę!
Igor zamarł z telefonem w ręku. Wszyscy byli przeciwko niemu. Robili to specjalnie, żeby się z niego śmiać.
— Przecież jej nie znosiłaś!
— Ty jej nie znosiłeś. My po prostu cię wspierałyśmy. Ale wiesz, ona jest świetna! A Wiktor jest uroczy! Podarował mi książkę z psychologii, wyobrażasz sobie?
Igor rozłączył się, nie słuchając dalej.
— Co to ma być, do cholery! — krzyknął w pustym mieszkaniu. — Wszyscy są przeciwko mnie! Wszyscy!
Igor otworzył VK. Zdjęcie Mariny z nieznanym mężczyzną — wysokim, siwiejącym, w okularach. Podpis: „Dziękuję losowi za drugą szansę”. Polubienia od wszystkich — jego matki, siostry, nawet Dmitrija. A ja myślałem, że jest tak samo nieszczęśliwa jak ja. Ale ona ma się świetnie.
Komentarz Walentiny Siergiejewny: „Jaka piękna para! Marino, promieniejesz szczęściem!”
Od Dmitrija: „Cieszę się twoim szczęściem! Wiktor jest świetny!”
Od Oli: „Siostro, wyglądacie razem cudownie!”
Igor rzucił telefon na kanapę. Makaron instant stygł na stole. W lodówce — trzy piwa i kawałek suchego sera. Mieszkanie, kiedyś czyste dzięki Marinie, zamieniło się w wysypisko. Rzeczy walały się wszędzie, naczynia piętrzyły się w zlewie, pudełka po jedzeniu na wynos wypadały z kosza.
— Mam ich wszystkich dość! — warknął, kopiąc puste pudełko po pizzy. — Myślą, że się bez niej rozpadnę!
Nagle zadzwonił telefon. Igor był zaskoczony — nikt nie dzwonił do niego od tygodnia. Nieznany numer. Chciał zignorować połączenie, myśląc, że to reklama, ale z nudów odebrał.
— Igorze Władimirowiczu? Tu Wiktor, mąż Mariny. Chciałem panu podziękować.
Mąż?! Ona już wyszła za mąż? Świat Igora runął.
— Za co? — jego głos był ochrypły.
— Za to, że pozwolił pan odejść takiej kobiecie. Szukałem kogoś takiego jak ona przez dwadzieścia lat — inteligentnej, utalentowanej, pięknej. A pan ją po prostu wyrzucił. Ogromnie dziękuję.
Sygnał zakończenia połączenia.
Igor siedział jak skamieniały. To nie mogło być prawdą. Niemożliwe.
Minęło kilka godzin, a Igor wciąż siedział nieruchomo na kanapie; za oknem była już noc. Był sam.