Elwira ledwo zdążyła otworzyć drzwi, gdy sąsiadka Wala podała jej kopertę, stojąc na klatce schodowej.
— Ela, widziałaś to?
— Co to jest?
— Z sądu. Sprawdzałam na dole swoją skrzynkę pocztową i zauważyłam, że twoja była otwarta. Koperta z niej wystawała.
Elwira wzięła kopertę. Gdy tylko zobaczyła pieczęć sądu rejonowego, jej ręce zaczęły drżeć. Rozerwała ją, nawet nie wchodząc do mieszkania.
„Pozew o podział majątku wspólnego nabytego w trakcie trwania małżeństwa. Powód: Aleksander Wiktorowicz Romanow. Pozwana: Elwira Siergiejewna Romanowa”.
— Co tam jest napisane? — zapytała Wala, zaglądając jej przez ramię. — Boże, czy on postradał rozum? Naprawdę chce podzielić mieszkanie?
— Nie on. Jego matka — odpowiedziała Elwira, zgniatając kartkę w dłoni. — To ona za tym wszystkim stoi.
Z mieszkania dobiegał dziecięcy śmiech. Rimma i Sioma bawili się w drugim pokoju, nieświadomi, że nad ich domem właśnie zawisło niebezpieczeństwo.
— Poczekaj chwilę — powiedziała Wala, marszcząc brwi. — Czy to mieszkanie nie należało do ciebie jeszcze przed ślubem? Pamiętam, że zostawiła ci je babcia.
— Oczywiście, że należało do mnie. Wprowadziłam się tutaj dwa lata przed poznaniem Saszy.
— Więc jakim prawem on tego żąda?
— Właśnie tego chciałabym się dowiedzieć — odpowiedziała Elwira, wchodząc do mieszkania i nadal ściskając sądowe dokumenty. — Wala, dziękuję, że odebrałaś dzieci ze szkoły.
— Daj spokój, to nic takiego. I słuchaj, gdybyś potrzebowała pomocy, mogę zeznawać. Doskonale pamiętam, kiedy się tutaj wprowadziłaś.
Elwira skinęła głową, niezdolna wydobyć z siebie słowa. Usiadła na kanapie w salonie i ponownie przeczytała pozew. Swietłana Jurjewna domagała się, aby mieszkanie zostało uznane za wspólny majątek małżeński, a jego połowa przyznana jej synowi.
Połowa.
Połowa trzypokojowego mieszkania w centrum dzielnicy.
— Mamo, co to jest? — zapytał Sioma, wychodząc z pokoju z pudełkiem klocków. — Dlaczego wyglądasz na taką smutną?
— Nic się nie stało, kochanie. Jestem tylko zmęczona pracą.
— To nieprawda — powiedział chłopiec, podchodząc bliżej. — Masz czerwone oczy.
Elwira mocno go przytuliła. Miał zaledwie dziesięć lat, lecz zauważał wszystko i rozumiał znacznie więcej, niż powinno rozumieć dziecko w jego wieku. Od czasu rozwodu Sioma stał się nadmiernie poważny.
— Posłuchaj, skarbie — powiedziała, postanawiając go nie okłamywać. — Pamiętasz, że niedawno byłeś u babci Swiety?
— Tak. Zabrała mnie i Rimmę na spacer.
— A co mówiła babcia?
Sioma wzruszył ramionami.
— Różne rzeczy. Pytała, jak mi idzie w szkole. Potem zadzwoniła do taty. Przypadkiem usłyszałem ich rozmowę.
— Co dokładnie usłyszałeś?
— No… powiedziała, że mieszkanie powinno należeć do taty. Że mieszkałaś tutaj wcześniej, ale tata też inwestował w nie pieniądze. I że należy mu się połowa.
A więc przygotowywała grunt już wcześniej.
Elwira zacisnęła szczęki. Swietłana Jurjewna zawsze była przebiegła, ale to przechodziło wszelkie granice.
— Mamo, wyrzucą nas stąd? — Głos Siomy zadrżał.
— Nie, kochanie. Nikt nikogo nie wyrzuci.
— To dlaczego babcia tak powiedziała?
— Ponieważ się myli. To mieszkanie należało do mnie, zanim jeszcze poznałam twojego ojca. Zapisała mi je prababcia Katia.
— Pamiętam prababcię — powiedział Sioma z lekkim uśmiechem. — Zawsze dawała nam cukierki.
— Tak, to prawda.
W tej chwili z pokoju wybiegła Rimma, ściskając lalkę.
— Mamo, kiedy przyjdzie tata? Obiecał, że przyjdzie w ten weekend.
— Nie wiem, kochanie.
— Zadzwoń do niego! Chcę mu pokazać mój nowy rysunek.
Elwira spojrzała na zegar. Była wpół do dziewiątej. Musiała do niego zadzwonić. Natychmiast.
— Dzieci, wróćcie na chwilę do swojego pokoju.
Zamknęła się w kuchni i wybrała numer byłego męża. Rozlegały się długie sygnały. W końcu Sasza odebrał.
— Halo?
— To ja. Wyjaśnij mi, co się dzieje.
— Ela, posłuchaj…
— Nie, to ty posłuchaj. Wyjaśnij mi, dlaczego dostałam wezwanie do sądu! Postanowiłeś odebrać mieszkanie własnym dzieciom?
— Niczego nie postanowiłem! — Sasza brzmiał, jakby miał poczucie winy. — To mama mnie do tego namówiła.
— Sasza, jesteś mężczyzną czy nie? Masz trzydzieści sześć lat!
— A co miałem zrobić? Ona twierdzi, że mam prawa. Że mieszkałem w tym mieszkaniu przez dziesięć lat.
— Sasza — powiedziała Elwira powoli, wyraźnie wypowiadając każde słowo — mieszkanie należało do mnie przed naszym ślubem. Mam wszystkie dokumenty. Odziedziczyłam je po babci.
— Mama mówi, że możemy próbować udowodnić, że zwiększyłem wartość mieszkania. Twierdzi, że przeprowadzałem remonty.
— Jakie remonty? Sasza, o czym ty mówisz?
W tle rozległ się piskliwy kobiecy głos.
— Sasza, przestań się przed nią tłumaczyć! Mieszkałeś tam dziesięć lat! Jesteś ojcem tych dzieci!
— Swietłano Jurjewno, słyszę panią — powiedziała głośno Elwira. — Czyli to był pani pomysł?
Teściowa wyrwała synowi telefon.
— A co w tym złego? Mój syn mieszkał z tobą przez dziesięć lat i pomagał wychowywać dwoje dzieci. Mieszkanie jest duże. Trzy pokoje. Należy mu się udział.
— Mieszkanie było moje przed ślubem!
— Tak twierdzisz. Ale Sasza był tam zameldowany, pracował i przynosił pieniądze do domu.
— Był zameldowany tylko tymczasowo! Na własną prośbę, ponieważ ułatwiało mu to zmianę pracy!
— Zobaczymy, co powie sąd — odpowiedziała Swietłana Jurjewna z satysfakcją. — Rozmawiałam już z adwokatem. Powiedział, że mamy szansę.
— Czyli myśli pani o tym już od dawna.
— A dlaczego nie? Mój syn zasługuje na godne życie. Mieszka ze mną w maleńkim dwupokojowym mieszkaniu na obrzeżach, podczas gdy ty zajmujesz trzypokojowe mieszkanie w centrum.
— Razem z dwojgiem dzieci! Pani wnukami, tak na marginesie!
— A co dzieci mają z tym wspólnego? Nikt nie próbuje ich wyrzucić.
— Naprawdę? A gdzie, pani zdaniem, pójdziemy, jeśli będziemy musieli sprzedać mieszkanie?
— To nie mój problem. Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej.
Elwira zakończyła połączenie. Trzęsła się tak bardzo, że omal nie upuściła telefonu. Opadła na krzesło i ukryła twarz w dłoniach.
Jak bardzo pomyliła się co do Saszy.
Wierzyła, że po rozwodzie będzie myślał przede wszystkim o dzieciach. Pozostał jednak tym samym słabym człowiekiem, którym był od zawsze. Całkowicie kontrolowanym przez matkę.
— Mamo? — Rimma delikatnie zapukała do drzwi kuchni. — Mogę wejść?
— Tak, chodź tutaj.
Dziewczynka objęła matkę za szyję.
— Płaczesz?
— Nie, kochanie. Jestem po prostu bardzo zmęczona.
— Kocham cię — wyszeptała Rimma, przyciskając policzek do głowy matki.
— Ja też cię kocham, skarbie.
— Tata też nas kocha?
Pytanie zaskoczyło Elwirę. Podniosła głowę i spojrzała w jasne oczy córki.
— Oczywiście, że was kocha.
— To dlaczego nie przychodzi?
— Przyjdzie. Na pewno.
Tej nocy Elwira nie spała. Leżała w ciemności i rozważała wszystkie możliwe scenariusze. Następnego dnia musiała znaleźć adwokata. Pilnie. Do rozprawy pozostały zaledwie trzy tygodnie.
Nazajutrz Elwira poprosiła w pracy o dzień wolny. Kierowniczka sklepu odzieżowego, w którym pracowała jako sprzedawczyni, okazała zrozumienie.
— Oczywiście, idź. Postaraj się tylko wrócić przed obiadem. Dostaniemy nową kolekcję.
— Postaram się.
Elwira odwiedziła trzy kancelarie prawne. Wszędzie słyszała to samo: pierwsza konsultacja była bezpłatna, ale poprowadzenie sprawy kosztowałoby od osiemdziesięciu do stu pięćdziesięciu tysięcy rubli.
Nie miała takich pieniędzy.
Od rozwodu ledwo wiązała koniec z końcem. Zarabiała dwadzieścia osiem tysięcy rubli oraz niewielką prowizję od sprzedaży. Musiała kupować jedzenie, ubrania dla dzieci, przybory szkolne i opłacać dodatkowe zajęcia.
Czwarta kancelaria znajdowała się w starym budynku przy cichej ulicy. Na drugim piętrze wisiała tabliczka z napisem: „Adwokat O. W. Kirsanow”. Elwira weszła po skrzypiących schodach.
W niewielkim gabinecie siedział mężczyzna w wieku około czterdziestu pięciu lat. Nosił okulary, a na skroniach miał siwe włosy. Oderwał wzrok od dokumentów.
— Dzień dobry. Proszę wejść i usiąść.
— Dzień dobry. Nazywam się Elwira Romanowa. Potrzebuję pomocy w sporze dotyczącym mieszkania.
— Oleg Witalijewicz Kirsanow — przedstawił się, wyciągając do niej rękę. — Proszę opowiedzieć mi wszystko.
Elwira przedstawiła mu całą sytuację od początku do końca. Adwokat słuchał uważnie, od czasu do czasu zapisując coś w notesie.
— Ma pani dokumenty dotyczące mieszkania? — zapytał, gdy skończyła.
— Tak. Dokument potwierdzający dziedziczenie, akt darowizny od babci oraz wyciąg z rejestru nieruchomości.
— Kiedy odziedziczyła pani mieszkanie?
— W czerwcu 2011 roku.
— A kiedy zawarła pani małżeństwo?
— We wrześniu 2013 roku.
Oleg Witalijewicz skinął głową.
— A więc mamy dwa lata różnicy. Dobrze. Czy pani mąż był zameldowany w tym mieszkaniu?
— Tak, ale wyłącznie tymczasowo. Poprosił o to ze względu na pracę.
— Czy w czasie małżeństwa przeprowadzano remont?
— Nie. Wyremontowałam mieszkanie przed ślubem. Zapłaciłam pieniędzmi ze sprzedaży samochodu, który również należał wyłącznie do mnie.
— Może pani to udowodnić?
— Tak. Nadal mam umowę sprzedaży samochodu oraz paragony za materiały budowlane.
— Doskonale. A jakie dowody może przedstawić druga strona?
— Nie wiem. Teściowa wspominała coś o poprawie warunków mieszkaniowych.
— Rozumiem. Czy ma pani świadków, którzy potwierdzą, że mieszkanie było gotowe do zamieszkania jeszcze przed ślubem?
— Moją sąsiadkę, Walę. Walentynę Pietrową. Pomagała mi się wprowadzać. Razem wnosiłyśmy nawet meble.
Adwokat zapisał jej nazwisko.
— Świetnie. W takim razie sprawa nie jest tak skomplikowana, jak się pani wydaje. Mieszkanie zostało odziedziczone przed zawarciem małżeństwa, a więc stanowi pani majątek osobisty. Artykuł 36 kodeksu rodzinnego mówi o tym jednoznacznie.
— Ale moja teściowa znalazła adwokata, który powiedział, że mogą spróbować.
— Spróbować można wszystkiego — powiedział Oleg Witalijewicz, zdejmując okulary i patrząc na nią poważnie. — Pytanie brzmi, czy istnieją ku temu podstawy prawne. W pani przypadku istnieją. W ich przypadku nie.
— Ile kosztowałoby poprowadzenie mojej sprawy?
Kwota, którą podał, sprawiła, że Elwira zbladła.
— Nie mogę zapłacić całej sumy od razu.
— Ile może pani zapłacić?
— Mam odłożone około dwudziestu tysięcy. Na nagłe wypadki.
— Cóż — powiedział adwokat z lekkim uśmiechem — nagły wypadek właśnie się wydarzył. Zróbmy tak: dwadzieścia tysięcy teraz, a reszta po wydaniu wyroku. W ratach, bez odsetek.
— Dlaczego się pan na to zgadza? — zapytała zaskoczona Elwira. — W innych kancelariach odmawiali, gdy tylko mówiłam, że nie mam pieniędzy.
— Ponieważ ma pani rację. I ponieważ ma pani dwoje dzieci, które potrzebują dachu nad głową.
Elwira poczuła ucisk w gardle. Wyciągnęła rękę.
— Dziękuję.
— Nie ma za co. Proszę przynieść jutro wszystkie dokumenty. Przygotujemy odpowiedź na pozew.
Kiedy wyszła na ulicę, po raz pierwszy od dwóch dni poczuła, że znów może swobodnie oddychać. Pojawiła się nadzieja. Był ktoś, kto chciał jej pomóc.
Kilka dni później, kiedy Elwira szła odebrać dzieci ze szkoły, przed budynkiem czekała na nią Swietłana Jurjewna. Trzymała dwie torby pełne zabawek i słodyczy.
— Babcia Swieta! — zawołała Rimma, biegnąc w jej stronę.
Sioma pozostał przy matce i mocno ścisnął jej dłoń. Elwira odpowiedziała tym samym.
— Moja kochana Rimmoczka — zaszczebiotała teściowa, całując dziewczynkę. — Jak się masz? Dobrze się uczysz?
— Tak! Wczoraj dostałam najwyższą ocenę z plastyki!
— Brawo. Sioma, chodź tutaj — powiedziała, przywołując chłopca ruchem dłoni.
Podszedł niechętnie. Podała mu jedną z toreb.
— To dla was obojga. Wasze ulubione słodycze. A dla Siomy nowa książka.
— Dziękuję — powiedział, przyjmując torbę, lecz nadal patrzył na nią podejrzliwie.
— Jak się masz, Ela? — zapytała w końcu teściowa. — Dajesz sobie radę z dziećmi?
— Radzę sobie.
— Dzieciom nie brakuje jedzenia? Przy twojej niewielkiej pensji?
— Niczego nam nie brakuje.
Swietłana Jurjewna westchnęła teatralnie.
— Sasza jest bardzo przygnębiony. Mówi, że dzieci przestały do niego dzwonić.
— To nieprawda. To on nie odbiera telefonu.
— To nie tak. Jest po prostu bardzo zajęty w pracy.
Elwira poczuła narastającą złość, lecz powstrzymała się. Dzieci stały tuż obok.
— Jeżeli chce mi pani coś powiedzieć, Swietłano Jurjewno, proszę powiedzieć to wprost.
— Dobrze — odpowiedziała teściowa, prostując się. — Posłuchaj, Ela. Mieszkanie jest duże. Trzy pokoje, siedemdziesiąt metrów kwadratowych. Ty i dzieci spokojnie zmieścilibyście się w mieszkaniu dwupokojowym. Oddaj Saszy jego część. Jest ich ojcem. On również potrzebuje własnego lokum.
— Jego część? — Elwira zaśmiała się gorzko. — Jaką część?
— Tę, która mu się należy. Mieszkał z tobą przez dziesięć lat.
— W moim mieszkaniu. Tym, które należało do mnie, zanim go poznałam.
— To dopiero trzeba udowodnić.
— Udowodnię.
Swietłana Jurjewna zacisnęła usta, a następnie wymusiła uśmiech.
— Ela, dlaczego mamy się kłócić? Załatwmy to spokojnie. Sprzedaj mieszkanie i podzielmy pieniądze po połowie. Kupisz sobie mniejsze mieszkanie dalej od centrum, gdzie jest taniej. Sasza wreszcie będzie mógł kupić sobie porządne lokum.
— A dzieci?
— Co dzieci?
— To ich dom. Tutaj się urodziły, tutaj dorastały. Szkoła jest w pobliżu. Tutaj mają przyjaciół.
— Nie bądź uparta, Ela. Sąd i tak rozstrzygnie sprawę na naszą korzyść.
— Zobaczymy.
Elwira wzięła dzieci za ręce.
— Chodźcie.
— Zaczekaj — powiedziała teściowa, robiąc krok do przodu. — Ostrzegam cię. Mam świadków, którzy potwierdzą, że Sasza płacił za remonty i utrzymywał rodzinę.
— Jakich świadków?
— Dowiesz się w sądzie.
— Chodźmy, mamo — Sioma pociągnął ją za rękę. — Nie chcę tutaj dłużej stać.
Ruszyli do domu. Rimma obejrzała się przez ramię.
— Mamo, dlaczego babcia tak mówiła?
— Nie martw się, kochanie.
— Ale powiedziała, że przeprowadzimy się gdzie indziej. Nie chcę się przeprowadzać.
— Nie przeprowadzimy się. Obiecuję.
W domu Sioma usiadł obok matki na kanapie.
— Mamo, czy babcia naprawdę może zabrać nam mieszkanie?
— Nie, kochanie.
— A jeśli powie sędziemu, że tata pomagał?
— Mam dokumenty potwierdzające, że mieszkanie należy do mnie.
— Kim są świadkowie?
— To ludzie, którzy widzieli, co naprawdę się wydarzyło.
— W takim razie trzeba zabrać ciocię Walę! Ona pamięta, jak tutaj mieszkałaś.
— Masz rację — powiedziała Elwira, przytulając syna. — Już z nią rozmawiałam.
Wieczorem, kiedy dzieci zasnęły, Elwira zadzwoniła do adwokata.
— Olegu Witalijewiczu, teściowa twierdzi, że ma świadków.
— Jakich świadków?
— Nie wiem. Nie powiedziała.
— Dobrze. Musimy się przygotować. Proszę przyjść do mnie jutro, wszystko omówimy.
Następnego dnia w gabinecie adwokata Elwira usłyszała niespodziewaną wiadomość.
— Druga strona wskazała pani sąsiadkę, Aleksandrę Fiodorownę Kryłową, jako świadka. Jest gotowa zeznać, że pani były mąż przeprowadzał remonty i inwestował pieniądze w mieszkanie.
— Aleksandra Fiodorowna? — Elwira spojrzała na niego z niedowierzaniem. — Ale ona… jest na mnie obrażona.
— Dlaczego?
— W ubiegłym roku poprosiła mnie o pożyczenie pięciu tysięcy rubli do emerytury. Odmówiłam, ponieważ sama nie miałam wystarczająco dużo pieniędzy. Od tamtej pory ma do mnie pretensje.
— A więc pani teściowa to wykorzystała. Albo jej zapłaciła, albo coś obiecała.
— Ale Aleksandra Fiodorowna będzie kłamać!
— Najprawdopodobniej. Możemy jednak udowodnić, że jej zeznania są fałszywe. Mamy Walentynę Pietrową, która widziała pani przeprowadzkę. Mamy również paragony za remont oraz oficjalną dokumentację mieszkaniową z datami.
— A jeśli sędzia uwierzy Aleksandrze Fiodorownie?
— Nie uwierzy — odpowiedział spokojnie adwokat. — Wykonuję ten zawód od dwudziestu lat. Doświadczony sędzia wyczuwa kłamstwo z daleka.
Elwira skinęła głową, lecz niepokój nie zniknął. Rozprawa nadal była przed nią, a jej wynik wciąż wydawał się niepewny.
Tydzień przed rozprawą wydarzyło się coś, czego się nie spodziewała.
Pewnego wieczoru zadzwonił dzwonek do drzwi. Elwira otworzyła i zobaczyła Saszę stojącego na progu z dwiema torbami zabawek.
— Cześć — powiedział, unikając jej wzroku.
— Czego chcesz?
— Chcę zobaczyć dzieci. Mogę?
Elwira miała ochotę zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, lecz w tym momencie Rimma wydała radosny okrzyk.
— Tato!
Pobiegła do niego i rzuciła mu się w ramiona. Sasza przykucnął i mocno ją przytulił.
— Cześć, skarbie. Tęskniłem za tobą.
— Ja też tęskniłam! Tak długo cię nie było!
— Przepraszam, kochanie. Miałem dużo pracy.
Sioma wyszedł wolniej i oparł się o framugę drzwi. Patrzył na ojca poważnie i nieufnie.
— Cześć, tato.
— Cześć, synku. To dla ciebie — powiedział Sasza, podając mu torbę. — Kilka zabawek.
Rimma natychmiast zajrzała do swojej torby i wyciągnęła nową lalkę. Sioma wziął zestaw konstrukcyjny, lecz bez większego entuzjazmu.
— Dzieci, idźcie do swojego pokoju — powiedziała Elwira. — Pobawcie się tam.
— Ale mamo…
— Do pokoju.
Gdy dzieci odeszły, Elwira odwróciła się do Saszy.
— Po co przyszedłeś?
— Musimy porozmawiać.
— Więc mów.
— Może w kuchni?
Nie protestowała. W kuchni Sasza usiadł na stołku, opuszczając ręce między kolanami.
— Posłuchaj, Ela. Nie chcę tego procesu.
— Więc wycofaj pozew.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
— Mama nie chce. Mówi, że później będę żałował. Że nie mam dokąd pójść i że mam prawo do tego mieszkania.
Elwira skrzyżowała ręce na piersi.
— Sasza, masz trzydzieści sześć lat. Dlaczego nie potrafisz podejmować własnych decyzji?
— Wiele jej zawdzięczam. Wychowała mnie sama.
— A teraz jesteś gotów wyrzucić na ulicę własne dzieci?
— Nikogo nie wyrzucam! — zaprotestował. — Po prostu… mama mówi, że możemy się porozumieć. Sprzedasz mieszkanie, kupisz mniejsze, dwupokojowe, a ja dostanę wystarczająco dużo pieniędzy na kawalerkę.
— A co z dziećmi? Mniej przestrzeni? Nowa szkoła? Całe ich życie wywrócone do góry nogami dla twojej wygody?
— Przyzwyczają się.
— Sasza — powiedziała Elwira, siadając naprzeciwko niego — czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? To nasze dzieci. Twoje dzieci.
— Wiem — odpowiedział, podnosząc głowę. — Ale ja też jestem człowiekiem. Też potrzebuję miejsca do życia.
— W takim razie mieszkaj u matki.
— W dwupokojowym mieszkaniu? W wieku trzydziestu sześciu lat?
— To wynajmij coś. Pracuj. Poradź sobie. Ale nie ruszaj domu swoich dzieci.
Sasza przez chwilę milczał, po czym powiedział cicho:
— Mama twierdzi, że zawsze byłaś egoistką. Że wszystko dostałaś za darmo dzięki spadkowi, podczas gdy ja musiałem na wszystko ciężko zapracować.
— I naprawdę pozwalasz jej wkładać ci takie rzeczy do głowy?
— A czy to nieprawda?
Elwira wstała.
— Sasza, jeśli wejdziesz jutro na salę sądową, będę walczyć z tobą do samego końca. To dom moich dzieci. Nie oddam go.
— Ela…
— Wystarczy. Pożegnaj się z dziećmi i wyjdź.
Posłuchał. Dziesięć minut później drzwi wejściowe zatrzasnęły się. Rimma wbiegła do kuchni ze łzami w oczach.
— Mamo, dlaczego tata poszedł? Dopiero przyszedł!
— Musiał już iść, kochanie.
— Ale chciałam się z nim pobawić!
— Jeszcze przyjdzie — powiedziała Elwira, biorąc córkę na ręce, choć dziewczynka była już ciężka. — Obiecuję.
Sioma stał poważny w drzwiach.
— Mamo, rozmawialiście o sądzie?
— Skąd wiesz?
— Słyszałem. Nie chciałem podsłuchiwać. Stałem tylko przy drzwiach.
— Sioma…
— Nie chcę stąd odchodzić.
— Nie odejdziemy. Za nic w świecie.
Tej nocy Elwira ponownie nie spała. Następnego dnia miała odbyć się rozprawa. Następnego dnia wszystko miało się rozstrzygnąć.
Sąd rejonowy przywitał ją surową fasadą i zimnymi korytarzami. Elwira przybyła trzydzieści minut wcześniej, zgodnie z radą Olega Witalijewicza. Adwokat już tam był i sprawdzał dokumenty.
— Gotowa? — zapytał.
— Nie. Ale nie mam wyboru.
— Wszystko będzie dobrze. Proszę mi zaufać.
Na korytarzu pojawili się Sasza, Swietłana Jurjewna oraz ich adwokat — pewny siebie młody mężczyzna w drogim garniturze. Teściowa spojrzała na Elwirę z wyraźną satysfakcją.
— I co? Zmieniłaś zdanie? — zapytała, podchodząc bliżej. — Nadal możemy załatwić sprawę polubownie.
— Nie, dziękuję.
— Jak chcesz. Kiedy przegrasz, będziesz musiała zapłacić również koszty sądowe.
— Zobaczymy.
Sala rozpraw była niewielka. Stały w niej drewniane ławy, a na ścianie wisiał portret prezydenta. Sędzia, około pięćdziesięcioletnia kobieta w czarnej todze i o surowej twarzy, weszła do sali i otworzyła rozprawę.
Adwokat powoda jako pierwszy przedstawił swoje stanowisko. Mówił pewnie, powołując się na przepisy prawa.
— Aleksander Romanow pozostawał w związku małżeńskim z pozwaną przez dziesięć lat. Był zameldowany w mieszkaniu, uczestniczył w utrzymaniu gospodarstwa domowego, przeprowadzał remonty na własny koszt i przyczyniał się do utrzymania nieruchomości. Na tej podstawie wnosimy o uznanie mieszkania za majątek wspólny nabyty podczas trwania małżeństwa oraz przyznanie powodowi połowy udziałów.
Oleg Witalijewicz wstał i odpowiedział spokojnym głosem.
— Elwira Romanowa odziedziczyła mieszkanie po babci w 2011 roku. Małżeństwo zostało zawarte dopiero w 2013 roku. Dzielą te wydarzenia dwa lata. Zgodnie z artykułem 36 kodeksu rodzinnego majątek odziedziczony przez jednego z małżonków przed zawarciem małżeństwa pozostaje jego majątkiem osobistym. Dysponujemy wszystkimi dokumentami potwierdzającymi ten fakt.
Sędzia przejrzała dokumenty przekazane przez adwokata pozwanej i skinęła głową.
— Dokumenty są prawidłowe. Czy strony zgłosiły świadków?
— Tak, Wysoki Sądzie. Ze strony pozwanej Walentyna Pietrowa, a ze strony powoda Aleksandra Fiodorowna Kryłowa.
Jako pierwszą wezwano Aleksandrę Fiodorownę. Starsza kobieta weszła zdenerwowana, rozejrzała się i zajęła miejsce dla świadków.
— Proszę powiedzieć sądowi, co pani wie o rodzinie Romanowów — powiedział adwokat powoda.
— Jestem ich sąsiadką. Mieszkam naprzeciwko. Widziałam, jak żyli.
— Co konkretnie pani obserwowała?
— Sasza ciągle coś naprawiał. Kran, gniazdko elektryczne. Płacił też za remonty.
— Kiedy dokładnie przeprowadzono te remonty?
Aleksandra Fiodorowna zawahała się.
— Jakieś trzy lata temu… może cztery. Nie pamiętam dokładnie.
Oleg Witalijewicz wstał.
— Wysoki Sądzie, czy mogę zadać świadkowi pytania?
— Proszę.
— Aleksandro Fiodorowno, czy pamięta pani, kiedy Elwira Romanowa wprowadziła się do mieszkania?
— No… to było dawno temu.
— W 2011 roku. Dwa lata przed zawarciem małżeństwa. Dysponujemy zaświadczeniem administracji mieszkaniowej potwierdzającym, że remont został zakończony właśnie wtedy, jeszcze przed ślubem. Tymczasem twierdzi pani, że prace przeprowadzono trzy lub cztery lata temu.
Starsza kobieta poruszyła się niespokojnie.
— Mogłam się pomylić…
— Pamięta pani, jaki rodzaj remontu wykonano?
— No… położono tapety, wymieniono podłogę…
— Dokumentacja administracji mieszkaniowej wskazuje, że podłoga została wymieniona w 2011 roku. Tapety również. Oto dokumenty.
Aleksandra Fiodorowna zbladła. Adwokat powoda próbował zainterweniować, lecz sędzia mu przerwała.
— Proszę pozwolić świadkowi odpowiedzieć.
— Może coś pomyliłam — wymamrotała kobieta.
— Nie mam więcej pytań — powiedział Oleg Witalijewicz i usiadł.
Następnie wezwano Walę. Weszła spokojnie i pewnie, usiadła i spojrzała na sędzię.
— Walentyno Pietrowo, proszę opowiedzieć sądowi, co pamięta pani z przeprowadzki Romanowów do tego mieszkania.
— Elwira wprowadziła się sama w 2011 roku. Pomagałam jej wnosić meble. Mieszkanie było już wyremontowane i całkowicie gotowe do zamieszkania. Saszę zobaczyłam dopiero dwa lata później, po ich ślubie. Przyszedł z dwiema torbami swoich rzeczy. To wszystko.
— Czy podczas trwania małżeństwa przeprowadzano remont?
— Nie. Elwira jedynie trochę odświeżyła pokój dziecięcy, gdy urodziła się Rimma. Były to drobne prace. Zmieniła tapetę i kupiła szafę. Sasza nie miał z tym nic wspólnego.
— Skąd pani o tym wie?
— Mieszkam piętro niżej. Wszystko słyszę. Gdyby przeprowadzano poważny remont, wiedziałabym o tym.
Adwokat powoda rozpoczął przesłuchanie.
— Skąd pani wie, że Aleksander Romanow nie wniósł żadnego wkładu finansowego?
— Często odwiedzałam Elwirę. Jesteśmy przyjaciółkami. Powiedziała mi, że pieniądze na remont pochodziły ze sprzedaży jej samochodu przed ślubem.
— To tylko informacja ze słyszenia.
— Elwira ma umowę sprzedaży samochodu i paragony za materiały.
Sędzia skinęła głową.
— Dokumenty te zostały dopuszczone jako dowody.
Swietłana Jurjewna nie wytrzymała. Zerwała się na nogi.
— To absurd! Jakim sposobem Sasza ma nie dostać niczego? Trzeba podzielić mieszkanie po połowie, tak jak należy! Jest ojcem dzieci! Mieszkał tam dziesięć lat!
— Proszę o ciszę na sali! — powiedziała surowo sędzia. — Jeszcze jeden wybuch i zostanie pani wyproszona.
Teściowa usiadła, nadal mamrocząc coś pod nosem. Oleg Witalijewicz wykorzystał tę chwilę.
— Wysoki Sądzie, proszę zwrócić uwagę, że ani powód, ani jego przedstawiciel nie powiedzieli ani jednego słowa na temat dobra małoletnich dzieci. Są one dziećmi powoda i wnukami obecnej na sali matki powoda. Uwzględnienie pozwu pozbawiłoby je stabilnego miejsca zamieszkania. Urodziły się w tym mieszkaniu. Uczęszczają do szkoły oddalonej o dwie ulice. Całe ich życie jest związane z tym miejscem.
Sędzia zwróciła się do Saszy.
— Aleksandrze Wiktorowiczu, czy naprawdę uważa pan, że ma prawo do tego mieszkania? Czy może pozew został złożony pod czyjąś presją?
Sasza zaczerwienił się. Swietłana Jurjewna trąciła go łokciem.
— Ja… wydaje mi się, że być może coś mi się należy…
— Co dokładnie?
— No… mieszkałem tam. Pracowałem.
— Mieszkanie należało do pańskiej żony przed zawarciem małżeństwa. Zostało to potwierdzone dokumentami. Nie wykazano żadnych nakładów z majątku wspólnego, które zwiększyłyby wartość nieruchomości. Pańskie zameldowanie miało charakter tymczasowy. Na jakiej podstawie prawnej żąda pan podziału?
Sasza nie odpowiedział. Sędzia westchnęła.
— Sąd zarządza trzydziestominutową przerwę.
Na korytarzu Elwira stanęła przy oknie. Oleg Witalijewicz podszedł do niej.
— Wygrywamy. Proszę jeszcze wytrzymać.
— Boję się w to uwierzyć.
— Proszę uwierzyć. Sędzia przyjmuje nasze argumenty.
Swietłana Jurjewna przechodząc obok, rzuciła Elwirze pełne jadu spojrzenie.
— Jeszcze zobaczymy. To nie koniec.
Po wznowieniu rozprawy sędzia ogłosiła wyrok.
— Powództwo zostaje oddalone w całości. Mieszkanie położone przy ulicy Sadowej 12, lokal 45, zostaje uznane za majątek osobisty Elwiry Siergiejewny Romanowej, odziedziczony przed zawarciem małżeństwa. Nie przedstawiono dowodów potwierdzających inwestowanie wspólnych środków w zwiększenie wartości nieruchomości. Zeznania świadka strony powodowej są sprzeczne i nie znajdują potwierdzenia w dokumentach. Kosztami postępowania obciąża się powoda.
Elwira zakryła twarz dłońmi. Nie dlatego, że płakała, lecz z powodu ogromnej ulgi.
Dom był bezpieczny.
Dzieci były bezpieczne.
Swietłana Jurjewna zerwała się z miejsca.
— To niesprawiedliwe! Złożę apelację!
— Proszę wyprowadzić przedstawicielkę powoda z sali — powiedziała chłodno sędzia.
Teściowa wyszła wściekła, trzaskając drzwiami. Sasza pozostał na miejscu ze spuszczoną głową.
Na zewnątrz Elwira podeszła do niego. Stał przy wejściu, palił papierosa i wpatrywał się w chodnik.
— Sasza.
— Cześć.
— Jesteś teraz zadowolony?
— Nie. Mama jest wściekła. Mówi, że jestem słaby.
— A co ty o tym myślisz?
Podniósł wzrok.
— Myślę, że nie miałem racji. Przepraszam.
— Mogłeś to wszystko zakończyć, zanim sprawa trafiła do sądu.
— Mogłem. Ale nie potrafiłem jej odmówić.
— Rozumiesz, że próbowałeś odebrać dom własnym dzieciom?
Skinął głową.
— Teraz rozumiem. Naprawdę.
Elwira ciężko westchnęła.
— Dzieci za tobą tęsknią. Możesz je odwiedzać. Ale koniec z jakimikolwiek roszczeniami dotyczącymi tego mieszkania.
— Dobrze.
W domu na Elwirę czekali Wala i dzieci. Sąsiadka odebrała je ze szkoły i zabrała do siebie.
— I co? — zapytała Wala z nadzieją.
— Wygraliśmy.
— Wiedziałam!
Rimma rzuciła się matce w ramiona.
— Mamo, to znaczy, że naprawdę możemy tutaj zostać?
— Tak, kochanie. To nasz dom.
Sioma podszedł i również ją przytulił.
— Wiedziałem, że sobie poradzisz.
Tego wieczoru, gdy dzieci już zasnęły, Elwira została sama w kuchni. Wyjęła z szafki starą fotografię. Była na niej babcia Katia stojąca przed tym samym mieszkaniem — młoda, uśmiechnięta, trzymająca w ramionach małą Elwirę.
— Dziękuję, babciu — wyszeptała Elwira. — Wszystko zrobiłaś tak, jak trzeba.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Wali.
„Byłaś wspaniała. Jestem z ciebie dumna”.
Elwira się uśmiechnęła.
Jutro znów czekała ją praca, rachunki i codzienne troski. Dom został jednak obroniony. Dzieci były bezpieczne. Wszystko inne mogło poczekać.
Weszła do pokoju dziecięcego. Rimma spała, ściskając pluszowego królika. Sioma leżał na plecach z szeroko rozłożonymi rękami.
Ich dom.
Ich schronienie.
I już nigdy nikt nie miał im go odebrać.