Moja teściowa wpadła „tylko na minutkę” — bardzo pewna siebie. Potem usłyszałam jedno słowo: „pieniądze”, i wszystko stało się jasne.
Dzwonek do drzwi nie brzmiał jak dzwonek nieśmiałego gościa proszącego o pomoc — raczej jak dzwonek windykatora domagającego się spłaty długu, o którym nie miałaś pojęcia. Zerknęłam na zegar: piątkowy wieczór, idealna pora, żeby odpocząć i obejrzeć serial. Ale sądząc po ciężkim oddechu i szelestowi pikowanych kurtek za drzwiami, przybyła „Święta Trójca”: moja teściowa, Walentina Stiepanowna, moja szwagierka Elwira i jej mąż Gena.
— Dasza, otwieraj! Mamy dla ciebie interes na milion rubli, ale dosłownie na minutkę! — obwieściła teściowa zza drzwi tonem, jakim zwykle nadaje się komunikaty o ewakuacji.
Otworzyłam. Walentina Stiepanowna wpadła do przedpokoju jak burza. Za nią weszła Elwira, rzucając spojrzenia tak nerwowe, jakby próbowała zobaczyć własne uszy, a pochód zamykał Gena z miną człowieka, któremu ukradli kanapkę, ale który wstydzi się zapytać, kto to zrobił.
— Cześć, rodzinko — rzucił Ilja, wychodząc z kuchni i wycierając ręce w ręcznik. — Co się pali?
— To nie pożar, tylko strategia biznesowa! — Walentina Stiepanowna zdjęła płaszcz, nawet nie sprawdzając, czy go złapię. Nie złapałam. Płaszcz opadł ciężko na pufę niczym zmęczona foka. — Nastaw czajnik, to poważna rozmowa.
— Mówiłaś „tylko na minutkę” — przypomniałam jej.
— Och, Dasza — Elwira machnęła ręką, rozwalając się na kanapie. — Mamo, powiedz im.
Usiedliśmy. A raczej one zajęły kuchnię, a Ilja i ja ustawiliśmy się przy oknie.
— Sprawa wygląda tak — zaczęła teściowa, uśmiechając się słodko niczym lis przed kurnikiem. — Tegoroczne zbiory na daczy są niesamowite. Dwadzieścia worków idealnych, mączystych ziemniaków! Grzech nie skorzystać z takiego skarbu. Postanowiliśmy więc sprzedać je na targu, póki cena jest dobra. Grosz zaoszczędzony to grosz zarobiony, sama wiesz.
— Gratulacje — skinął Ilja. — Ale co to ma wspólnego z nami?
— No trzeba je przecież przewieźć! — Elwira uniosła ręce. — Bagażnik Geny jest za mały, a poza tym… szkoda go.
W tym momencie Gena włączył się do rozmowy. Odchrząknął, poprawił okulary i oznajmił z wielką powagą:
— Moja piękność jest jeszcze na gwarancji. Tapicerka jest welurowa, w kolorze szampana. Jak włożysz tam worek, kurz wejdzie na dobre i czyszczenie będzie kosztowało więcej niż same ziemniaki. A zawieszenie… jest sportowe, sztywne. Nie do transportu.
Spojrzałam na Ilję. Oboje dobrze wiedzieliśmy, że „sportowy samochód” Geny to w rzeczywistości tani sedan kupiony na kredyt, który cała rodzina nadal spłacała, oszczędzając nawet na zapałkach.
— A więc — podsumowała triumfalnie teściowa — zdecydowaliśmy, że weźmiemy wasz samochód. Dasza ma ten… jak to się mówi… SUV. Pojemny, wysoki. A wnętrze jest skórzane — przetrzesz szmatką i czysto. Poza tym, Daszeńko, twój samochód nie jest już nowy, ma już trzy lata, przyzwyczaił się do ciężkiej pracy.
— Czyli — powiedziałam powoli — chcecie wziąć mój samochód, załadować go po dach ziemią i warzywami korzeniowymi, rozwalić zawieszenie na polnej drodze, nasiąknąć wnętrze wilgocią, podczas gdy wasz „szampan” będzie sobie stał nieskazitelny w garażu?
— Dlaczego jesteś taka nieprzyjemna? — oburzyła się Walentina Stiepanowna. — Nikt go nie rozwali — po prostu użyjemy go zgodnie z przeznaczeniem. Samochód ma służyć! Ty używasz go tylko do biura i na zakupy, marnuje się. Metal rdzewieje, kiedy stoi bez ruchu!
— Walentino Stiepanowno — uśmiechnęłam się, nalewając sobie wody — czyli według pani, jeśli czegoś się nie używa, to trzeba natychmiast znaleźć temu zastosowanie?
— Oczywiście! To prawdziwe podejście dobrej gospodyni.
— Świetnie. Ma pani w kredensie ten rodzinny czeski serwis. Kurzy się tam od dwudziestu lat. Czemu nie zabrać go na grilla w przyszły weekend? Będzie dużo ludzi, trochę naczyń się stłucze, a serwis i tak stoi bezużyteczny. Porcelana bez jedzenia przecież matowieje!
— Nie porównuj tego! — krzyknęła teściowa. — Ten serwis to pamiątka! To świętość!
— A mój samochód to trzy miliony rubli i mój spokój ducha. To też świętość — tylko na kołach — odparłam.
Gena poruszył się niespokojnie.
— Dasza, no weź, po co to robisz? Nie prosimy za darmo. Damy ci… worek ziemniaków.
— Gena. Pełny bak kosztuje trzy tysiące. Porządne mycie po waszych rolniczych wyczynach — jeszcze półtora tysiąca. Zużycie zawieszenia jest bezcenne. Twój worek ziemniaków wychodzi w cenie trufli. Niezły interes.
— Och, ty wszystko przeliczasz na pieniądze! — prychnęła Elwira. — Rodzina powinna sobie pomagać! Jesteśmy rodziną! Kiedy musiałaś zawieźć kota do weterynarza, mama przecież pożyczyła ci transporter, prawda?
— Elu, to ja ci kupiłem ten transporter dwa lata temu — przypomniał spokojnie Ilja.
Elwira natychmiast przeszła do kontrataku.
— Nie o to chodzi — chodzi o zasadę! Przychodzimy z sercem, a ty… jesteś skąpa? Powiedz wprost, że jesteś zbyt chciwa, żeby pomóc matce i siostrze!
— Tak, jesteśmy — odpowiedział Ilja stanowczo. — Dasza sama opłaca cały samochód i sama go ubezpiecza. Nie wtrącam się w to i wam też radzę się nie wtrącać.
Teściowa zrozumiała, że frontalny atak nie działa, więc zmieniła taktykę. Położyła rękę na piersi i przybrała minę męczennicy prowadzonej na szafot za kradzież kawałka chleba.
— Synu, nigdy bym nie pomyślała, że doczekam takich czasów. Twój ojciec i ja wszystko dla ciebie robiliśmy… a to jest nasza zapłata. Nie prosimy tak po prostu. Jesteśmy w trudnej sytuacji finansowej. Nadal spłacamy kredyt za samochód Geny, a to byłaby dobra okazja, żeby trochę zarobić.
— Mamo — Ilja zmarszczył brwi — przecież mówiłaś, że spłaciliście go premią Geny?
— No… prawie! — Elwira wtrąciła się natychmiast, a jej oczy zaczęły uciekać jeszcze bardziej. — Odsetki, ukryte opłaty… bankierzy to wampiry!
— Dziwne — powiedziałam, obracając telefon w dłoniach. — Bo wczoraj wrzuciłaś na Instagram: „Nowy iPhone to najlepszy prezent od mojego męża”. Pro Max siedemnastka, jeśli dobrze pamiętam? A mówisz, że dusi was kredyt?
— To… kopia! — wykrzyknęła Elwira, czerwieniąc się aż po odrosty rozjaśnianych włosów. — Chińska podróbka! Dał za nią trzy tysiące!
— Naprawdę? — prychnęłam. — A geolokalizacja restauracji Parus? Podobno sałatka Cezar kosztuje tam tyle, co jeden z waszych worków ziemniaków.
— Ktoś nas zaprosił! — krzyknęła szwagierka, kompletnie zaplątana we własną historię jak mucha w lep na muchy. — Przestań liczyć nasze pieniądze!
— Cóż, przyszliście tutaj po nasze zasoby — zauważył Ilja rzeczowo. — To znaczy, że mamy prawo do audytu.
Teściowa zrozumiała, że historia o biedzie właśnie się sypie. Wyprostowała się, uniosła ramiona i postanowiła zagrać vabank.
— No dobrze. Jestem twoją matką i żądam szacunku. Jeśli ten kawałek metalu jest dla ciebie aż tak ważny, wystarczy to powiedzieć. Ale zapamiętaj moje słowa, Ilja: nie pójdziemy na jubileusz cioci Swiety w przyszły weekend. I wszystkim powiemy, że nie mogliśmy pojechać, bo syn odmówił pomocy własnej matce. Niech ludzie wiedzą, jakim jesteś człowiekiem.
To było ultimatum. Publiczne upokorzenie było ulubioną bronią Walentiny Stiepanowny. Już widziała siebie jako zwyciężczynię.
Spojrzałam na Ilję. Było mu niezręcznie, ale nie chciał wdawać się z matką w bazarową kłótnię. Teraz przyszła moja kolej. Uśmiechnęłam się — szeroko i serdecznie.
— Walentino Stiepanowno, po co takie poświęcenia? Nie możecie przecież opuścić jubileuszu. A ziemniaki trzeba sprzedać. Znalazłam idealne rozwiązanie.
Rodzina natychmiast się spięła. Gena przestał przygryzać wargę. Elwira znieruchomiała.
— Jeśli chcecie zarobić, potrzebny jest duży wolumen. Do mojego samochodu wejdzie maksymalnie pięć worków po złożeniu siedzeń. A wy macie ich dwadzieścia. To cztery kursy. Benzyna, czas… nieopłacalne. Już wam zamawiam taksówkę dostawczą. Gazelę. Wszystko zmieści się za jednym razem! I są jeszcze tragarze, więc Gena nie będzie musiał zrywać sobie pleców.
Demonstracyjnie otworzyłam aplikację w telefonie.
— O, proszę. Odbiór za piętnaście minut. Tylko dwa tysiące rubli do targu. Jeśli macie dwadzieścia worków, zwróci wam się to z zysku z jednego worka, a pozostałe dziewiętnaście to czysty dochód! Genialne, prawda? Mój samochód zostaje czysty, a „szampan” Geny bezpieczny.
Twarze moich krewnych momentalnie zrzedły.
— Jaka taksówka? — zachrypiał Gena. — Dwa tysiące? Za pięć kilometrów? Ty oszalałaś?
— Gena, przecież to ty jesteś ekonomistą — powiedziałam z udawanym zdziwieniem. — Policz. Amortyzacja, paliwo, twój czas. Taksówka się opłaca!
— Nie będziemy płacić obcemu! — warknęła teściowa. — Cały sens posiadania własnego gospodarstwa polega na tym, że wszystko masz za darmo! Wszystko robisz własnymi zasobami!
— Ale wy nie macie własnych zasobów — powiedziałam spokojnie, nie odrywając wzroku od ekranu. — Macie tylko ziemniaki i chęć korzystania z cudzych. To nie jest gospodarność, Walentino Stiepanowno. To pasożytnictwo. Jak mszyce na róży.
— Ty… bezczelna! — zakrztusiła się teściowa, zrywając się na nogi. — Ilja, słyszałeś? Ona nazwała mnie owadem!
— Mówiła o procesie pasożytnictwa, mamo — poprawił ją Ilja znużonym tonem. — A propozycja z taksówką była logiczna. Jeśli dwa tysiące to dla ciebie za dużo jak na interes, to to nie jest żaden interes. To tylko okazja, żeby nas wykorzystać.
Wyszli z mieszkania z hukiem i trzaskiem, niczym stado bizonów. Walentina Stiepanowna zostawiła szalik na pufie, ale nie wróciła po niego — jej duma była droższa niż moher.
Kiedy drzwi trzasnęły, w mieszkaniu zapanowała błoga cisza.
— Chyba nie zamierzałaś naprawdę zamawiać im tej taksówki? — zapytał Ilja, obejmując mnie ramieniem.
— Oczywiście, że nie — westchnęłam. — Ale wiedziałam, że słowo „płacić” działa na nich tak samo jak woda święcona na wampiry.
Ilja roześmiał się i pocałował mnie.
— Jesteś okrutną kobietą, Dario.
— Nie okrutną — sprawiedliwą. Bo jest napisane w ewangelii gospodyń domowych: „Nie dawaj swoich kluczy tym, którzy nie szanują twojego progu, a zachowasz swój układ nerwowy na zawsze.”
I nigdy nie sprzedali tych ziemniaków. Połowa zgniła w garażu, bo byli zbyt skąpi, żeby zapłacić za dostawę, a do „szampana” się nie mieściły. Ale teraz, ilekroć przychodzą do nas z wizytą — a przychodzą, cóż poradzić — stoją przy drzwiach ciszej od wody, niżej od trawy.