Galya przez długi czas obracała w dłoniach pognieciony ręcznik, wpatrując się w szpitalne dokumenty rozłożone na stole. Roma siedział naprzeciwko niej, nerwowo stukając palcami o blat.
— Rozumiesz, Galochka, mama jest naprawdę słaba po operacji — powiedział cicho mąż, unikając jej wzroku. — Lekarze mówili, że potrzebuje spokoju i opieki. A w jej mieszkaniu komunalnym trwa remont, wszędzie jest pełno kurzu. Jak ma tam dojść do siebie?
Galya westchnęła, wyobrażając sobie małe mieszkanie teściowej z niekończącymi się kłótniami sąsiadów i zapachem farby z remontowanych pokoi. Oczywiście, takie warunki naprawdę nie nadawały się dla chorej osoby.
— Dobrze — skinęła głową Galya, starannie porządkując dokumenty. — Może przyjść. Tylko na kilka tygodni, dopóki całkiem nie wróci do zdrowia.
Roma rozpromienił się i chwycił żonę za ręce.
— Dziękuję ci bardzo! Wiedziałem, że zrozumiesz. Mama będzie ci ogromnie wdzięczna.
Tego ranka, kiedy Roma pojechał odebrać Valentinę Iwanownę ze szpitala, Galya wstała specjalnie wcześnie. Przygotowała kanapę w salonie, położyła czystą pościel, postawiła obok szklankę wody i leki. Kupiła nawet kwiaty — białe chryzantemy, które jej teściowa zawsze lubiła.
Dzwonek do drzwi rozległ się około południa. Galya pośpiesznie wyszła na korytarz, poprawiła włosy i otworzyła drzwi. Na progu stały nie dwie, lecz trzy osoby.
— Galechka, moja droga! — Valentina Iwanowna wyciągnęła ramiona do uścisku; po szpitalu naprawdę wyglądała na wychudzoną.
— Dzień dobry, Valentino Iwanowno — odpowiedziała Galya, obejmując ją, ale jej wzrok natychmiast padł na trzecią osobę.
Obok Romy stała jego siostra Larisa, z dużą torbą podróżną w ręku i zadowolonym uśmiechem na twarzy.
— Cześć, Galka — rzuciła Larisa lekkim tonem. — Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, jeśli też się do ciebie wprowadzę? Mam teraz tyle problemów z mieszkaniem, to koszmar.
Galya spojrzała na męża zdezorientowana. Roma unikał jej wzroku, zajmując się torbami.
— Jakie problemy? — zapytała Galya, wpuszczając wszystkich do mieszkania.
— Sąsiedzi z góry mnie zalali — powiedziała Larisa, zdejmując buty na środku przedpokoju. — Sufit się obniżył, tapeta odpada. Nie da się tam mieszkać. Dopóki tego nie naprawią, będę musiała gdzieś się zatrzymać.
— A ile potrwają naprawy? — ostrożnie zapytała Galya.
— Och, kto to wie z tymi administracjami! — machnęła ręką Larisa. — Miesiąc, dwa… Może dłużej. Sama wiesz, jak to tutaj działa.
Galya stała pośrodku przedpokoju i czuła, jak coś ściska ją w środku. Spodziewała się jednej teściowej na kilka tygodni, a dostała dwie osoby na czas nieokreślony.
— Roma — odezwała się cicho do męża — możemy porozmawiać?
Ale Valentina Iwanowna już weszła do salonu, rozglądając się dookoła.
— Och, jak tu wszystko się zmieniło — zauważyła teściowa, siadając na kanapie. — I jakie ładne kwiaty! Ale róże byłyby lepsze — chryzantemy to raczej na cmentarz.
Galya jeszcze mocniej zacisnęła palce. Wybrała te kwiaty specjalnie, pamiętając, jak Valentina Iwanowna podziwiała chryzantemy w jej ogrodzie poprzedniej jesieni.
Tymczasem Larisa zdążyła już obejrzeć kuchnię.
— Galya, gdzie będę spała? — zawołała siostra Romy z kuchni. — Zwolnimy kanapę? Mama mogłaby spać z wami w sypialni — jest spokojna.
— Co? — zdumiała się Galya. — W naszej sypialni?
— No tak, tam jest więcej miejsca — odparła Larisa, wracając do salonu z jabłkiem w ręce. — A ja wezmę kanapę. Nie jestem wybredna.
Roma nadal milczał, zajmując się torbami i udając, że nic się nie dzieje.
— Dobrze — powiedziała powoli Galya. — Na razie zrobimy tak.
Pierwsze dni minęły względnie spokojnie. Valentina Iwanowna naprawdę była słaba po operacji; często leżała i brała lekarstwa. Larisa krzątała się po domu, odgrywając rolę troskliwej córki. Galya gotowała dietetyczne posiłki i pilnowała, by teściowa brała tabletki o czasie.
Ale pod koniec pierwszego tygodnia atmosfera zaczęła się zmieniać. Valentina Iwanowna wyraźnie odzyskała siły i zaczęła przyglądać się domowi Galyi.
— Galechka, kochanie — powiedziała teściowa w sobotni poranek, obserwując, jak Galya przygotowuje śniadanie — dlaczego gotujesz jajka w taki sposób? Romochka lubi jajka na miękko, a ty robisz je na twardo.
— Roma nigdy się nie skarżył — odpowiedziała Galya, mieszając kaszę.
— Cóż, mężczyźni nie lubią sprzeciwiać się swoim żonom — westchnęła Valentina. — Cierpią po cichu. A ja, jako matka, czuję, że mojemu synowi to nie odpowiada.
Larisa natychmiast się wtrąciła:
— Dokładnie! W dzieciństwie Roma jadł tylko jajka na miękko. Matka pamięta takie rzeczy.
Galya odstawiła garnek na kuchenkę trochę mocniej, niż zamierzała. Przez osiem lat małżeństwa Roma nigdy nie wspomniał, jak lubi jajka.
— Dobrze — powiedziała sucho Galya. — Zapamiętam.
Pod koniec drugiego tygodnia uwagi padały już bez przerwy. Naczynia były źle poukładane, podłogi niedostatecznie czyste, zakupy niewłaściwe.
— Galya, kochanie — zaczęła któregoś ranka teściowa, zaglądając do lodówki — co to za twaróg? Wygląda podejrzanie.
— Zwykły twaróg — odpowiedziała znużona Galya, nalewając sobie kawy.
— Po prostu jesteśmy przyzwyczajone, żeby kupować tylko na bazarze, od zaufanej starszej pani — wtrąciła Larisa. — Nigdy nie wiadomo, z czego są produkty sklepowe. To niezdrowe.
— I jeszcze takie drogie — dodała teściowa, oglądając etykietę. — Na bazarze płaci się dwa razy mniej.
Galya przełknęła gorącą kawę i sparzyła sobie język. We własnym mieszkaniu mówiono jej, gdzie i co ma kupować.
Najgorsze zaczęło się, gdy Valentina Iwanowna i Larisa zaczęły podejmować decyzje bez pytania. Pewnego dnia Galya wróciła z pracy i zastała wszystkie meble w salonie przestawione.
— Pomyślałyśmy sobie — wyjaśniła wesoło Larisa — że tak będzie przytulniej. Telewizor jest lepiej widoczny i jest więcej miejsca.
Galya stała pośrodku przemeblowanego salonu i nie poznawała już swojego domu. Kanapa została odwrócona w stronę okna, fotel odsunięto do kąta, stolik kawowy przestawiono pod przeciwną ścianę.
— Nie przyszło wam do głowy zapytać? — zapytała cicho Galya.
— Och, nie dramatyzuj — machnęła ręką Larisa. — Teraz jest lepiej! Popatrz, jaka mama jest zadowolona.
Valentina Iwanowna rzeczywiście siedziała w fotelu z błogim wyrazem twarzy i przytaknęła:
— O wiele wygodniej, Galechka. Nie wiem, jak wcześniej mogłaś tak żyć.
Tego wieczoru Galya spróbowała porozmawiać z mężem.
— Roma, nie czuję się dobrze z tym, jak swobodnie zachowują się twoja mama i Larisa — zaczęła Galya, gdy zostali sami w sypialni.
— A gdzie tu problem? — Roma nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. — Przestawiły meble, no i co. Może naprawdę teraz jest lepiej.
— To nie kwestia mebli — powiedziała Galya, siadając obok niego na łóżku. — Chodzi o to, że nikt mnie o nic nie pyta. W moim własnym mieszkaniu.
— Nie przesadzaj — Roma w końcu oderwał wzrok od ekranu. — Mama jest chora, potrzebuje spokoju. A Larisa tylko pomaga. Bądź jeszcze trochę cierpliwa, wkrótce wszystko wróci do normy.
— A kiedy to „wkrótce”? — Galya nie potrafiła się powstrzymać. — Minęły już trzy tygodnie, a nikt nawet nie mówi o szukaniu innych opcji.
— Galya, co się z tobą dzieje? — Roma zmarszczył brwi. — Mama dopiero co przeszła operację, a moja siostra nie ma gdzie mieszkać. Naprawdę tak trudno pomóc rodzinie?
Słowo „rodzina” nieprzyjemnie zabrzmiało jej w uszach. Czyli dla niego matka i siostra były „rodziną”, a kim była Galya? Obsługą?
— Dobrze — powiedziała chłodno Galya, odwracając się do ściany.
Następnego dnia wszystko się pogorszyło. Valentina Iwanowna postanowiła zrobić generalne porządki.
— Galechka, zajrzałam do twojej szafy — oznajmiła teściowa podczas kolacji — i panuje tam straszny bałagan! Ubrania wiszą byle jak, kolory pomieszane. Wszystko uporządkowałam.
Galya powoli odłożyła widelec. Jej szafa była wzorem porządku: sukienki według kolorów, spódnice osobno, bluzki osobno. System, który budowała przez lata.
— Grzebałaś w moich rzeczach? — zapytała Galya, starając się zachować równy ton.
— Och, daj spokój, co to znaczy „grzebałaś”? — zaśmiała się Larisa. — Mama tylko trochę uporządkowała. Powinnaś jej podziękować.
— I jeszcze, moja droga — ciągnęła Valentina — wyrzuciłam kilka starych bluzek. Były już całkiem znoszone — wstyd takie nosić.
Galya gwałtownie wstała od stołu. Wśród tych „starych bluzek” była jej ulubiona, prezent od Romy na rocznicę ich poznania. Zniesiona, owszem, ale cenna jako wspomnienie.
— Gdzie są moje rzeczy? — głos Galyi był cichszy niż zwykle.
— Pewnie już w śmietniku — odpowiedziała Larisa obojętnie. — Po co to trzymać?
Galya bez słowa wyszła z kuchni. Za sobą słyszała niezadowolone głosy:
— Ale ma charakter… Człowiek chce dobrze, a ona narzeka.
— Jaka niewdzięczność, Larisa. Pomagamy jej, a ona…
Galya zamknęła się w łazience i odkręciła wodę, żeby zagłuszyć głosy. Z lustra patrzyła na nią zmęczona twarz, której prawie nie poznawała. Trzy tygodnie temu w tym mieszkaniu żyły dwie osoby. Teraz trzy osoby wszystkim rządziły, a Galya czuła się tu jak intruz.
Następnego ranka Valentina Iwanowna przywitała Galyę w kuchni nową inicjatywą:
— Galechka, pomyślałam sobie — a może zmienimy harmonogram? Wstajesz o siódmej, hałasujesz naczyniami i budzisz wszystkich. Może mogłabyś wstawać o szóstej trzydzieści, zjeść spokojnie śniadanie, a my wstałybyśmy później?
Galya stała na progu własnej kuchni i słuchała, jak ktoś wyznacza nowy porządek w jej domu.
— A jeśli mnie nie odpowiada wcześniejsze wstawanie? — zapytała.
— Ale z ciebie egoistka, naprawdę — pokręciła głową teściowa. — Lekarz zalecił mi spokój, a Larisa jest roztrzęsiona przez remont. Wstać pół godziny wcześniej to aż takie poświęcenie?
Larisa weszła do kuchni w szlafroku Galyi — najwyraźniej pożyczonym bez pytania.
— Skoro mowa o harmonogramie — powiedziała siostra Romy, nalewając sobie kawy z ekspresu Galyi — może ustalimy też kolejność korzystania z łazienki? Rano jest nas za dużo. Proponuję: najpierw mama, potem ja, a potem ty i Roma.
Galya bez słowa odwróciła się i poszła do sypialni. Roma właśnie zakładał koszulę.
— Twoja rodzina zupełnie straciła wszelkie granice — powiedziała spokojnie, ale wyraźnie Galya.
— O czym ty mówisz? — Roma zapinał koszulę i spojrzał na żonę.
— O tym, że we własnym mieszkaniu narzuca mi się nowy porządek dnia. Że twoja siostra nosi moje ubrania. Że twoja matka wyrzuciła moje rzeczy bez pytania.
— Galya, przesadzasz — powiedział Roma, sięgając po krawat. — Mama próbuje pomóc, a ty wszystko odbierasz jak atak.
— Pomóc? — Galya zmrużyła oczy. — Naprawdę nazywasz to pomocą?
— A jak inaczej mam to nazwać? Posprzątała ci szafę, zrobiła porządek…
— W MOJEJ szafie — przerwała mu Galya. — W MOIM mieszkaniu. Bez pytania.
Roma westchnął i zawiązał krawat.
— Posłuchaj, może po prostu jesteś zmęczona? Weź sobie dzień wolnego, odpocznij. Mama i Larisa poradzą sobie przez ten czas same.
Galya patrzyła na męża. Proponował jej, żeby zrobiła sobie przerwę — od własnego domu.
— Jak długo to jeszcze potrwa? — zapytała wprost.
— Co dokładnie?
— Ich obecność tutaj. Kiedy twoja matka całkiem wyzdrowieje? Kiedy Larisa znajdzie jakieś lokum?
Roma poprawił kołnierzyk, unikając jej wzroku.
— No cóż… mama jeszcze nie doszła do siebie. A Larisa… sytuacja z mieszkaniem jest skomplikowana. Nie mogę wyrzucić własnej rodziny na ulicę.
— Ale mnie najwyraźniej możesz wyrzucić — powiedziała cicho Galya.
— Co to ma wspólnego z tobą? Nikt cię nie wyrzuca.
— Naprawdę? To kto tu jest głównym gospodarzem tego mieszkania?
Roma nie odpowiedział. Wziął teczkę i skierował się do drzwi.
— Spóźnię się. Wieczorem spokojnie porozmawiamy.
Ale tego wieczoru nie było żadnej rozmowy. Valentina Iwanowna i Larisa siedziały w salonie, oglądały telewizję i omawiały plany na następny dzień — mianowicie wyjazd do hipermarketu na zakupy. Najwyraźniej za pieniądze Galyi.
— Galechka, moja droga — zawołała teściowa — wiesz, moja emerytura jest mała, a po szpitalu potrzebuję drogich leków. A Larisa chwilowo nie pracuje…
— Jak to nie pracuje? — zdziwiła się Galya. — Larisa jest nauczycielką w przedszkolu.
— No cóż, mam teraz urlop — powiedziała siostra niedbale. — Postanowiłam odpocząć, dopóki trwa remont w mieszkaniu. Miałam zaległy urlop.
Galya oparła się o framugę drzwi. Czyli Larisa specjalnie wzięła urlop, żeby żyć na cudzy koszt. I nikt nie uznał za stosowne uprzedzić jej o tym wcześniej.
— A jeśli ja nie chcę płacić za wasze wakacje? — zapytała.
Zapadła cisza. Teściowa i Larisa wymieniły spojrzenia.
— Galya, co się z tobą dzieje? — pokręciła głową teściowa z dezaprobatą. — Taka skąpa. Naprawdę nie możesz się trochę wysilić dla rodziny?
— Dla jakiej rodziny? — doprecyzowała Galya.
— No dla kogo? Dla rodziny Romy, oczywiście. A więc i twojej.
Nagle Galya zrozumiała bardzo wyraźnie, że żaden tymczasowy pobyt nigdy nie był planowany. Valentina Iwanowna i Larisa urządziły się na dobre — i to na długo — w jej mieszkaniu. A Roma milczał, bo było mu to na rękę: matka obok, siostra pod dachem, a wszystkie wydatki na jego żonie.
— Wiesz co — powiedziała powoli Galya — chyba pójdę się przejść. Zaczerpnąć trochę powietrza.
— Tak, wyjdź, przewietrz się — pochwaliła Larisa. — A my pooglądamy telewizję. Jest dobry film.
Galya wyszła i szła bez celu. Letni wieczór był łagodny; gdzieś bawiły się dzieci, w powietrzu unosił się zapach lip i grilla z sąsiednich balkonów. Zwyczajne życie, w którym ludzie mieszkają u siebie i nie muszą tłumaczyć gościom, dlaczego kupują twaróg w supermarkecie, a nie na bazarze.
Kiedy godzinę później Galya wróciła, mieszkanie przywitało ją dźwiękiem telewizora i śmiechem dobiegającym z salonu. W zlewie w kuchni piętrzyła się góra brudnych naczyń — najwyraźniej postanowili napić się herbaty. Roma siedział w sypialni przy komputerze.
— Gdzie byłaś? — zapytał mąż, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Spacerowałam — odpowiedziała chłodno Galya. — Myślałam.
— O czym?
— O tym, jak bardzo jestem zmęczona byciem służącą we własnym domu.
Roma wreszcie się odwrócił.
— Znowu to samo. Galya, to moja rodzina. Naprawdę nie możesz być cierpliwa?
— Jak długo? — zapytała Galya po raz trzeci tego dnia. — Miesiąc? Dwa? Rok?
— Nie wiem — przyznał szczerze Roma. — Dopóki sytuacja się nie unormuje.
— A jeśli nigdy się nie unormuje?
Roma wzruszył ramionami i znów wpatrzył się w ekran. W tej chwili Galya zrozumiała, że jej mąż po prostu nie widzi żadnego problemu. Było mu wygodnie: matka się o niego troszczyła, siostra go zabawiała, a żona po cichu opłacała cały dom.
Galya położyła się spać i wpatrywała się w sufit. Przez ścianę dochodziły stłumione głosy — teściowa i Larisa omawiały plany na jutro. Coś o przychodni, o nowych lekach, o sklepie. Plany w cudzym mieszkaniu, za cudze pieniądze i z cudzym mężem, który wolał nie widzieć, co się dzieje.
A jutro miał nadejść nowy dzień, nowe uwagi, nowe instrukcje, jak żyć we własnym domu. A Roma znowu powie: „Bądź cierpliwa, to rodzina”.
Ale czyja to rodzina? I gdzie w tej rodzinie jest miejsce dla Galyi?
Pytanie zawisło w powietrzu, ciężkie i domagające się odpowiedzi, której Galya nie była jeszcze gotowa udzielić.
Odpowiedź przyszła sama tydzień później. Valentina Iwanowna poczuła się pełnoprawną gospodynią i postanowiła przeprowadzić dokładną inspekcję całego mieszkania. Galya wróciła z pracy i zastała teściową w sypialni, grzebiącą w komodzie.
— Galechka — oznajmiła Valentina, przeglądając bieliznę — uporządkowałam twoje rzeczy. Jaki tu bałagan! I naprawdę trzeba pozbyć się nadmiaru — nie ma tu zbyt wiele miejsca.
Na łóżku leżały równo ułożone stosy — to, co teściowa uznała za warte zostawienia — oraz wielka sterta przeznaczona do wyrzucenia. Wśród „zbędnych” rzeczy Galya zobaczyła prezenty od Romy, pamiątki, swoje ulubione sukienki.
— Nie miałaś do tego prawa — powiedziała Galya, walcząc z drżeniem głosu.
— Jak to „prawa”? — Valentina spojrzała zdziwiona. — Przecież ja tu pomagam. Zobacz, jak teraz wszystko jest ładnie ułożone.
Larisa pojawiła się w drzwiach z kubkiem herbaty i kanapką.
— Mama zrobiła kawał dobrej roboty, upiększyła sypialnię — poparła matkę siostra Romy. — Nie masz gustu, Galya. Kupujesz byle jakie ubrania.
Galya wyciągnęła ze sterty „zbędnych” rzeczy ładną sukienkę, którą miała na pierwszej randce z Romą.
— To jest moje — powiedziała cicho Galya.
— No i co z tego? — Larisa wzruszyła ramionami. — Jest stare. Czas odświeżyć garderobę.
— W mojej sypialni, w mojej komodzie, moje rzeczy — powtórzyła Galya, podnosząc głos.
— Przestań robić sceny — machnęła ręką Valentina. — Zwolniłyśmy miejsce, teraz włożę tu swoje leki. Wszędzie się walały.
Galya zebrała wszystkie swoje rzeczy z łóżka w ramiona. Ręce jej drżały, ale głos stał się pewny:
— Przenieś swoje leki. To moja sypialnia.
— Jak to twoja? — oburzyła się Larisa. — Gdzie niby mamy mieszkać? Mama jest chora, potrzebuje spokoju.
— Znajdźcie sobie inne miejsce — rzuciła chłodno Galya i wyszła z sypialni.
Kolacja tego wieczoru była napięta. Valentina Iwanowna dłubała widelcem w sałatce z miną męczennicy, a Larisa ostentacyjnie piła herbatę z ulubionego kubka Galyi.
— Romochka — zaczęła teściowa żałosnym głosem — porozmawiaj z żoną. Zupełnie popsuł jej się charakter. Krzyczy na chorą kobietę i wyrywa jej rzeczy z rąk.
Roma spojrzał na Galyę z wyrzutem.
— Galya, mama ma rację. Po co robić awantury?
— Awantury? — Galya powoli odłożyła łyżkę. — Roma, twoja matka grzebała w mojej bieliźnie i decydowała, co mam nosić, a co wyrzucić.
— Mama chciała pomóc — bronił jej Roma.
— Nie prosiłam o pomoc — powiedziała Galya, wstając od stołu. — Muszę z tobą porozmawiać. Na osobności.
W sypialni Galya zamknęła drzwi i odwróciła się do męża.
— Roma, jak długo to jeszcze potrwa?
— O czym ty mówisz? — zapytał Roma, siadając na łóżku.
— O twojej rodzinie, która zawłaszcza moje mieszkanie. Twoja matka grzebie w moich rzeczach, twoja siostra zachowuje się, jakby była u siebie. A ty milczysz.
— Galya, przesadzasz…
— Przesadzam? — przerwała mu Galya. — We własnym mieszkaniu mówi mi się, kiedy mam wstawać, co jeść, jakie ubrania nosić. To jest normalne?
Roma westchnął.
— Mama po prostu chce pomóc. A Larisa… jej sytuacja jest skomplikowana.
— A moja sytuacja? — Galya podeszła bliżej. — Roma, chcę, żeby twoja matka i twoja siostra już jutro zaczęły szukać innego mieszkania.
— To niemożliwe — pokręcił głową mąż. — Mama jeszcze nie doszła do siebie, a mieszkanie Larisy jest w remoncie.
— To niech wynajmą coś tymczasowo.
— Za jakie pieniądze? Mama ma szesnaście tysięcy emerytury, a Larisa jest na urlopie.
— To nie mój problem — ucięła Galya.
— Jak to nie twój? — zdziwił się Roma. — To moja rodzina.
— A ja kim jestem? — zapytała wprost Galya. — Personelem pomocniczym?
— Co to ma wspólnego? Jesteś moją żoną.
— Właśnie. Żoną. A nie służącą dla twojej rodziny.
Roma wstał i objął ją ramieniem.
— Nie mów tak. Bądź jeszcze trochę cierpliwa. Wkrótce wszystko się ułoży.
Galya wysunęła się z jego objęć.
— Nie, Roma. Już nie będę czekać. Albo twoja rodzina zacznie jutro szukać innego mieszkania, albo…
— Albo co? — zapytał ostrożnie mąż.
— Albo to ja odejdę. I przypominam ci, że mieszkanie jest zapisane na mnie.
Roma zbladł.
— Żartujesz?
— Nie — powiedziała stanowczo Galya. — Nie żartuję.
Kolejne trzy dni upłynęły w napiętej ciszy. Valentina Iwanowna i Larisa przeszły do otwartego ataku, uznając najwyraźniej, że najlepszą obroną jest atak.
— Jaka niewdzięczność — mówiła głośno teściowa do córki. — Pomagamy jej, troszczymy się o nią, a ona odpłaca chamstwem.
— Egoistka — wtórowała Larisa. — Myśli tylko o sobie. Biedny Romochka, jak on z nią wytrzymuje?
Roma milczał, najwyraźniej mając nadzieję, że wszystko jakoś samo się ułoży. Ale Galya miała już dość czekania.
W sobotni poranek wybuchł ostateczny skandal. Galya obudziła się i poszła do kuchni zrobić śniadanie. Nie zostało nic z tego, co kupiła dzień wcześniej.
— Gdzie są zakupy? — zapytała Larisę, która siedziała przy stole.
— Zjedliśmy — odpowiedziała siostra Romy obojętnie. — No i co?
— Jak to zjedliście? Wczoraj zrobiłam zakupy na cały tydzień.
— No to idź kupić nowe — wzruszając ramionami, odpowiedziała Larisa. — Masz pieniądze.
Valentina Iwanowna weszła do kuchni w szlafroku, który Galya rozpoznała jako swój.
— Galechka, idź do sklepu — rozkazała teściowa. — Potrzebujemy mleka i świeżego twarogu. To, co przyniosłaś wczoraj, było trochę kwaśne.
— Idźcie same — odpowiedziała Galya.
— Jak mamy same pójść? — oburzyła się Valentina. — Jestem chorą kobietą, nie mogę nosić ciężarów.
— A ja mogę?
— Jesteś młoda i zdrowa — wtrąciła Larisa. — Torba mleka cię nie zabije.
— W takim razie ty też jesteś zdrowa — odparła Galya.
— Mam depresję przez remont — oświadczyła Larisa. — Lekarz powiedział, żeby unikać stresu.
Galya stała pośrodku własnej kuchni i słuchała, dlaczego ma obsługiwać dwie dorosłe, zdrowe kobiety.
— A poza tym — dodała Valentina — kup coś do herbaty. Ciastka albo ciasto. Inaczej życie jest takie nudne.
— Za moje pieniądze? — doprecyzowała Galya.
— A za czyje? — zdziwiła się teściowa. — Moja emerytura to grosze.
— To żyjcie według swoich możliwości — powiedziała Galya i odwróciła się, by odejść.
— Aha, więc tak! — oburzyła się Valentina. — Romochka! Chodź tu!
Roma pojawił się półprzytomny, w szortach i koszulce.
— Co się stało?
— Twoja żona zdziczała! — poskarżyła się matka. — Wysyła chorą kobietę do sklepu i skąpi pieniędzy!
Roma spojrzał na Galyę z wyrzutem.
— Galya, co ci szkodzi pójść?
— Nic mi nie szkodzi — odpowiedziała Galya. — Ale nie pójdę.
— Dlaczego nie?
— Bo nie mam obowiązku utrzymywać i obsługiwać twoich krewnych.
— Co się z tobą dzieje? — Roma uniósł ręce. — Stałaś się taka skąpa, taka złośliwa.
— Skąpa? — powtórzyła Galya. — Ja jestem skąpa?
— No tak. Mama jest chora, a ty robisz awanturę o jakieś grosze.
Coś w Galyi pękło, jak przełącznik. Miesiąc uległej cierpliwości, ciągłych wyrzutów i ignorowania jej zdania nagle wybuchł z całą siłą.
— Jak długo jeszcze będziemy mieszkać we troje w moim mieszkaniu?! — krzyknęła Galya z całych sił. — Zabieraj swoją matkę, swoją siostrę i wychodź razem z nimi!
Zapadła martwa cisza. Roma otworzył usta, ale nie wydobył z siebie ani słowa. Valentina Iwanowna i Larisa patrzyły na Galyę tak, jakby widziały ją po raz pierwszy.
— Mam dość! — ciągnęła Galya, nie mogąc się zatrzymać. — Mam dość bycia służącą we własnym domu! Mam dość słuchania, że wszystko robię źle! Mam dość karmienia zdrowych darmozjadów!
— Galya — Roma próbował się odezwać.
— Cicho! — warknęła. — Przez miesiąc milczałeś, kiedy twoja rodzina urządzała się w moim mieszkaniu. Teraz moja kolej mówić!
Galya odwróciła się do teściowej i szwagierki:
— Valentino Iwanowno, jesteś zdrowa. Larisa, masz pracę i pieniądze. Bierzcie swoje rzeczy i wynocha!
— Jak śmiesz! — oburzyła się teściowa. — Jestem matką Romy!
— I co z tego? — Galya zrobiła krok naprzód. — To daje ci prawo rządzić w cudzym mieszkaniu? Grzebać w cudzych rzeczach? Żądać pieniędzy?
— Niewdzięcznica! — syknęła teściowa. — Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłyśmy!
— A co dokładnie zrobiłyście? — prychnęła Galya. — Zjadłyście moje zakupy? Krytykowałyście moje gotowanie? Poprzestawiałyście moje meble? Dziękuję, bez takiej pomocy się obejdę.
Larisa próbowała zaprotestować:
— Mam problemy z mieszkaniem…
— To nie moje problemy — ucięła Galya. — Radź sobie sama.
Galya poszła do przedpokoju i wyciągnęła z szafy walizki gości.
— Co ty robisz? — Roma był przerażony.
— To, co powinnam była zrobić miesiąc temu — powiedziała Galya, stawiając walizki na środku korytarza. — Pakujcie się.
— Nigdzie nie pójdę! — oświadczyła Valentina. — To okrucieństwo wobec chorej kobiety!
— Idź do lekarza, jeśli jesteś chora — poradziła Galya. — Tylko nie w moim mieszkaniu.
— Roma! — błagała matka. — Powiedz coś!
Mąż przenosił ciężar ciała z nogi na nogę.
— Galya, może nie powinnaś być aż tak surowa…
— Właśnie że powinnam — odpowiedziała stanowczo Galya. — Macie pół godziny na spakowanie się.
— A jeśli nie wyjdziemy? — rzuciła Larisa.
— Zadzwonię po dzielnicowego — obiecała Galya. — Wyjaśnię, że bezprawnie zajęłyście cudze mieszkanie.
Valentina Iwanowna i Larisa zrozumiały, że Galya nie żartuje. Czterdzieści minut później obie stały w korytarzu z walizkami, rzucając gospodyni mordercze spojrzenia.
— Jeszcze tego pożałujesz — zagroziła teściowa na odchodnym. — Mój syn ci tego nie wybaczy.
— Zobaczymy — odpowiedziała spokojnie Galya i otworzyła drzwi.
Roma po cichu zebrał swoje rzeczy i wyszedł z mieszkania jako ostatni. Na progu odwrócił się:
— To ostateczna decyzja?
— Tak — odpowiedziała Galya bez wahania. — Ostateczna.
Drzwi się zamknęły. Galya została sama w swoim mieszkaniu. Cisza była ogłuszająca po miesiącu ciągłego hałasu i kłótni.
Przeszła przez pokoje, ustawiając meble na swoje miejsca, usuwając cudze rzeczy, przywracając dom do dawnego stanu. W sypialni przesunęła komodę, w salonie odstawiła fotel do kąta. Każdy ruch zwracał jej poczucie panowania nad własnym życiem.
Wieczorem mieszkanie znów przypominało prawdziwy dom. Galya zaparzyła herbatę w swoim ulubionym kubku — tym, który udało jej się odebrać Larisie — i usiadła w fotelu przy oknie. Na zewnątrz zapalały się latarnie, gdzieś śmiały się dzieci; życie toczyło się dalej.
Telefon milczał. Najwyraźniej Roma i jego rodzina znaleźli nocleg u znajomych i teraz zapewne dyskutowali o tym, jaka Galya okazała się zła i niewdzięczna. Niech sobie mówią.
Galya dopiła herbatę i uśmiechnęła się do swojego odbicia w ciemnej szybie. Po raz pierwszy od miesiąca poczuła się u siebie. U siebie, gdzie nikt nie mówił jej, jak ma żyć, co kupować i o której wstawać.
Dobroć jest czymś wspaniałym. Ale kiedy ludzie wykorzystują twoją dobroć i zamieniają ją w słabość, trzeba umieć powiedzieć: dość. Galya się tego nauczyła.