— Serio? — Margarita powoli odłożyła książkę na podłokietnik sofy. Jej głos był tak spokojny i opanowany, że przez chwilę można było pomyśleć, iż jedynie doprecyzowuje jakiś nieistotny szczegół.
Andriej, który w przedpokoju zdjął już jeden but, odwrócił się i spojrzał na żonę z ledwo skrywanym rozdrażnieniem. Poruszał się szybko, jakby bał się, że przy najmniejszym zawahaniu jego plan się posypie. Jego dwaj synowie, Kirill i Maksim, stali obok niego, ściskając paski swoich małych plecaków. Z nieśmiałą ciekawością obserwowali jasne, przestronne mieszkanie, które pachniało kawą i czymś subtelnie obcym — innym niż zapachy domu ich matki czy babci.
— Rita, znowu zaczynasz, co? Mówiłem ci, że Siergiej jest wolny tylko dziś, nie widzieliśmy się od wieków. To tylko na dwie godziny, nawet nie zauważysz mojej nieobecności — wyrzucił z siebie, próbując zdjąć drugi but bez schylania się. — Chłopcy, wchodźcie, zdejmijcie buty.
Lekko popchnął starszego syna między łopatkami, ale chłopiec nie ruszył się, rzucając tylko ukradkowe spojrzenie na Margaritę, która stała nieruchomo w progu salonu. Młodszy, Maksim, zrobił krok do przodu, ale natychmiast się cofnął, chowając się za bratem. Powietrze w przedpokoju jakby zgęstniało.
— Poczekaj — Margarita zrobiła kilka kroków w ich stronę, jej kapcie bezszelestnie sunęły po podłodze. Zatrzymała się kilka metrów od nich, krzyżując ręce na piersi. — Zacznijmy od początku. Ty i ja, Andriej, rozmawialiśmy o tym szczegółowo. Nie raz. Uzgodniliśmy, że twoje dawne życie i twoje dzieci nie będą częścią mojego życia w tym mieszkaniu. Byłam w tej kwestii całkowicie jasna.
Jej spokój działał na niego jak płachta na byka. Spodziewał się wszystkiego — wyrzutów, krzyków, kłótni — ale ten chłodny, rzeczowy ton go zbił z tropu.
— Na Boga, jakie „dawne życie”? To moi synowie! To nie są duchy przeszłości, tylko żywi ludzie, tak na marginesie! — Wreszcie zdjął drugi but i wyprostował się, patrząc na nią z góry. — Co to za egoizm? Oni zostaną tu tylko dwie godziny. Obejrzą bajki. Gdzie tu problem? Zachowujesz się, jakbym przyprowadził cały oddział wojska.
— Przyprowadziłeś tu osoby, których przyjścia nie uzgodniliśmy. Zresztą ustaliliśmy coś odwrotnego — powiedziała cicho, ale jej słowa przez to były jeszcze cięższe. — To moje mieszkanie, Andriej. Nie nasze — moje. I mieszkasz tutaj według moich zasad. A podstawowa zasada brzmi: nie chcę i nie będę zajmować się twoimi dziećmi. Ani jako macocha, ani jako tymczasowa opiekunka. Zgodziłeś się. Powiedziałeś, że rozumiesz i że dla ciebie też nie będzie to problem.
Parsknął i odwrócił się, udając, że poprawia kurtkę na wieszaku. To był jego ulubiony sposób — pokazać, jak bardzo ta rozmowa go nudzi i irytuje.
— Rita, przestań z tym cyrkiem. Co sobie pomyślą dzieci? Specjalnie je upokarzasz? — syknął, odwracając głowę. — To moi synowie. Ty jesteś moją żoną. Powinnaś się przyzwyczaić, że to się łączy. Dobra, wychodzę, nie mam czasu na te głupie kłótnie.
Andriej zrobił zdecydowany krok w stronę drzwi, chcąc zakończyć rozmowę autorytarnym gestem. Ale Margarita była szybsza. W jednej chwili stanęła przed nim i przycisnęła dłoń do drzwi.
— Nigdzie nie idziesz — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. — Przynajmniej nie bez nich. Złamałeś naszą najważniejszą umowę. Uznałeś, że możesz tu wejść i postawić mnie przed faktem dokonanym, ignorując moje zdanie i moje potrzeby. Pomyliłeś się, Andriej. Zabierz synów, ubierz ich i sam zajmij się swoim spotkaniem z przyjacielem. Ale oni nie zostaną tu ani minuty.
Andriej zamarł, ręka zawisła w połowie drogi do klamki. Spojrzał na jej dłoń na drzwiach, potem na jej twarz. Zaskoczenie szybko ustąpiło miejsca ledwo powstrzymywanej wściekłości. Wyraźnie nie spodziewał się takiego oporu.
— Co ty robisz? — syknął, ściszając głos i zerkając na chłopców, którzy skurczyli się pod jego gniewem. — Zabierz rękę. Nie rób scen przy dzieciach. One wszystko widzą, wszystko rozumieją. Nie wstyd ci?
— Mnie? — Margarita pokręciła lekko głową, nie zabierając ręki. — To tobie powinno być wstyd, Andriej. Przyprowadziłeś ich, wiedząc, że nie są mile widziani. To ty stawiasz ich w sytuacji niechcianych gości. A teraz robisz scenę i próbujesz zrzucić winę na mnie. Więc nie, nie wstyd mi. Ja tylko trzymam się zasad, które wspólnie ustaliliśmy.
Jego twarz poczerwieniała. Próba odwołania się do jej sumienia nie zadziałała, więc przeszedł do kolejnej taktyki — zaprzeczania ustaleniom.
— Jakie zasady, Rita? To była zwykła rozmowa! Nigdy nie sądziłem, że potraktujesz to tak dosłownie, jak jakaś bezduszna maszyna! Myślałem, że jesteś normalną, żywą kobietą, która rozumie. Mam sytuację awaryjną — spotkanie z przyjacielem, którego nie da się przełożyć. Poprosiłem tylko żonę o pomoc! Co w tym złego? Każda inna kobieta by się zgodziła!
Chłopcy stali nieruchomo. Starszy, Kirill, spuścił głowę i wpatrywał się w swoje buty, jakby ich wzór był najciekawszą rzeczą na świecie. Młodszy natomiast nie odrywał wzroku od Margarity — w jego spojrzeniu była cicha, przestraszona niepewność.
— Właśnie tak. Poprosiłeś o pomoc i usłyszałeś odmowę. A teraz próbujesz mnie do niej zmusić — jej głos wciąż był spokojny, co tylko bardziej go drażniło. — I bądźmy szczerzy. To nie jest żadna sytuacja awaryjna. Sytuacja awaryjna to wtedy, gdy twoja była żona trafia do szpitala i naprawdę nie ma kto zająć się dziećmi. Spotkanie z przyjacielem to twój wolny czas. I postanowiłeś zorganizować go moim kosztem, nawet nie pytając. Po prostu uznałeś, że z definicji mam obowiązek opiekować się twoimi dziećmi.
Zrobiła pauzę.
— Kiedy zdecydowaliśmy się zamieszkać razem, od początku jasno przedstawiłam swoje stanowisko. Nie mam nic przeciwko dzieciom, Andriej. Ale nie chcę cudzych dzieci w swoim domu. Nie chcę brać za nie odpowiedzialności ani dostosowywać do nich swojego życia. Chcę wracać do domu i odpoczywać, a nie zaczynać drugi etat jako niania. Powiedziałeś, że rozumiesz. Zapewniłeś mnie, że twoja matka ma duży dom i zawsze chętnie widzi wnuki. Sam uznałeś to za idealne rozwiązanie. Czy już o tym zapomniałeś?
— A więc o to chodzi — zaśmiał się gorzko. — Wygodny facet bez przeszłości, bez „bagażu”. Wraca z pracy, przynosi pieniądze i nie sprawia problemów. A to, że mam życie, że mam synów — wszystko to miało zostać za drzwiami twojego idealnego mieszkania?
Nie dokończył, ale słowo wisiało w powietrzu. Patrzył na nią z jawną pogardą, jakby widział ją po raz pierwszy.
— …jesteś egoistką — dokończył, wypluwając słowo jak truciznę. — Masz gdzieś mnie. Masz gdzieś to, co dla mnie ważne. Ci chłopcy to moja krew, moja rodzina. A ty chcesz, żebym udawał, że ich nie ma. Żebym zamknął ich u matki i widywał się z nimi według grafiku, byle tylko twoja święta cisza nie została naruszona!
Zrobił krok w jej stronę, wchodząc w jej przestrzeń, i mówił ciszej, bardziej jadowicie, żeby dzieci nie słyszały wszystkiego.
— Myślałem, że mnie kochasz. A kochać to znaczy akceptować człowieka w całości. Z jego przeszłością, problemami. A ty co robisz? Wycinasz to, co ci nie pasuje. Nie potrzebujesz mnie, Rita. Potrzebujesz wygodnej funkcji w swoim sterylnym mieszkaniu.
Margarita słuchała bez przerywania. Jej twarz pozostała nieporuszona, ale w spojrzeniu pojawiło się coś nowego — chłodna ciekawość, jak u badacza obserwującego nieznane stworzenie. Gdy skończył, spojrzała na dzieci. Kirill przyciągnął młodszego brata do siebie i szepnął mu coś do ucha. W ich postawach było tyle cichej, dorosłej rozpaczy, że Margarita poczuła ukłucie w sercu. Ale nie dla nich — dla sytuacji, którą stworzył ich ojciec.
— Skończyłeś? — zapytała spokojnie. — Teraz mnie posłuchaj.