Wszystko cię zmęczyło? Naprawdę? W takim razie cię nie zatrzymuję! Idź zamieszkać u swojej matki — tam nigdy nie musiałeś nic robić, ani pracować, ani pomagać w domu! No dalej, baw się dobrze!

— Dość tego! Mam tego dosyć!

Tania plastikowa pilotka uderzyła o laminowaną podłogę z głuchym stukiem i odbiła się, lądując pod stolikiem kawowym. Dźwięk nie był dramatyczny — raczej żałosny, jak cała scena. Maksym leżał rozwalony na kanapie, ze splecionymi palcami za głową, wpatrując się w sufit z miną męczennika prowadzonego na egzekucję.

„Zabiłaś mnie tymi wyrzutami! Praca, dom, praca, dom! Nie żyję po to! Mam tego dość!”

W tym momencie w zamku przekręcił się klucz. Drzwi otworzyły się powoli, skrzypiąc, jakby niechętnie wpuszczały październikowy wieczór do mieszkania. Swietłana zatrzymała się w progu. Oparła się o framugę i na chwilę zamknęła oczy. To było tak, jakby opuszczało ją zmęczenie — nie to przyjemne po siłowni, lecz ciężkie, lepkie, które wnika w każdą komórkę ciała. Osiem godzin w biurze, potem kolejne cztery w kawiarni po drugiej stronie miasta, pachnącej espresso i przypalonym mlekiem, gdzie pracowała na pół etatu jako baristka, żeby mogli trochę łatwiej oddychać.

W milczeniu zdjęła buty i odwiesiła lekką kurtkę, wciąż wilgotną od ulicy. Weszła do pokoju. Maksym się nie poruszył. Czekał na reakcję — łzy, błagania, krzyki — cokolwiek, co potwierdzi jego znaczenie i wielkość jego cierpienia. Ale Swietłana tylko stała i patrzyła na niego. Jej spojrzenie było pozbawione emocji. Nie widziała już ukochanego męża, lecz przedmiot, który nagle zaczął wydawać dziwne, irytujące dźwięki. Przed nią siedział zdrowy trzydziestoletni mężczyzna, który cały dzień spędził na kanapie i właśnie odgrywał uniwersalną tragedię.

„Przymusowa praca…” — powtórzyła jego słowa sprzed chwili. Jej głos był spokojny, równy, bez śladu histerii. Ten spokój sprawił, że Maksym nagle poczuł się nieswojo. Podniósł się na kanapie, instynktownie podciągając nogi. Przeszedł go realny dreszcz.

„Och, biedactwo… zmęczony, prawda?”

„A jak!”

„Masz wszystkiego dość? Tak? W takim razie nie będę cię tu trzymać! Idź mieszkać do swojej matki — tam nigdy nie musiałeś nic robić, ani pracować, ani pomagać w domu! No dalej, żyj tak, jak chcesz!”
 

Nie kpiła z niego. Mówiła to jak lekarz stawiający diagnozę. Nie odwracając się, podeszła do plecaka rzuconego przy fotelu i wyjęła telefon. Ekran oświetlił jej bladą twarz. Szybko znalazła numer. Jej palec pewnie nacisnął kontakt „Galina Iwanowna”, a potem ikonę głośnika.

Długie sygnały wypełniły pokój. Maksym patrzył na nią, nie rozumiejąc, co się dzieje. To nie pasowało do żadnego scenariusza kłótni, które sobie wyobrażał. Otworzył usta, żeby zaprotestować, ale w tym momencie połączenie się odebrało i w mieszkaniu zabrzmiał żywy, lekko drżący głos jego matki.

„Halo! Swietoczka? Coś się stało?”

Swietłana uśmiechnęła się. To był niepokojący uśmiech, bo nie sięgał jej oczu.

„Dobry wieczór, Galino Iwanowno!” — powiedziała pogodnie. „Nie, nie, wszystko wspaniale! Mam dla pani świetne wiadomości!”

Maksym zerwał się z kanapy. Twarz mu się zmieniła z niedowierzania w panikę.

„Swieta, co ty robisz?” — wyszeptał.

Ona uniosła rękę, prosząc o ciszę, i kontynuowała, nie spuszczając z niego wzroku.

„Pani syn tęskni za domem i wraca do pani! Tak, już teraz! Mówi, że u pani było mu lepiej. Żadnych ‘prac przymusowych’. Proszę na niego czekać. Będzie wkrótce!”

Rozłączyła się. Klik zabrzmiał jak wystrzał w ciszy. Odłożyła telefon na komodę i odwróciła się do oszołomionego męża. Jej twarz była spokojna, niemal pogodna, jakby właśnie zdjęła z siebie ogromny ciężar.

„No co, mój drogi? Mama czeka.”

Maksym zamarł pośrodku pokoju jak dziecko, któremu odebrano zabawkę i jednocześnie powiedziano, że Święty Mikołaj nie istnieje. Jego mózg desperacko próbował zrozumieć sytuację. Nerwowo się zaśmiał — próbując obrócić wszystko w żart.

„Oszalałaś? Co to ma być za teatr?”

Swietłana zignorowała go i poszła do sypialni. Po chwili wróciła z podniszczoną torbą sportową — tą, z którą kiedyś tu przyszedł. Rzuciła ją na kanapę.
 

Zaczęła pakować jego rzeczy: koszulki, skarpetki, szczoteczkę do zębów, maszynkę do golenia. Ruchy miała spokojne, mechaniczne.

„Przestań! Powiedziałem, przestań!” — rzucił się w jej stronę.

Spojrzała na niego. Jej oczy były zimne, puste.

„Chciałeś, żebym przestała cię ‘dręczyć’. Daję ci tę możliwość. Idź do swojej matki. Tam będziesz miał spokój. Tam nic nie musisz robić.”

„To jest mój dom!”

„Mój. Dostałam go od babci, zanim się pojawiłeś. Ty tu tylko mieszkasz.”

Każde jej słowo było jak precyzyjne uderzenie. Bez emocji. Bez gniewu. Po prostu kończyła coś, co już dawno się rozpadło.

Na końcu odłożyła torbę przy drzwiach.

Wtedy rozległ się dzwonek. Natarczywy, ostry.
 

Maksym pobladł.

„Nie otwieraj!” — wyszeptał. „Powiedz, że nas nie ma!”

Swietłana spojrzała na niego jak na kogoś całkowicie nierozsądnego. Podeszła do drzwi i je otworzyła.

Na progu stała Galina Iwanowna — napięta, gotowa do walki.

„Maksimuś!” — rzuciła się do syna.

„Ona mnie wyrzuca!” — krzyknął Maksym.

„To prawda?” — syknęła jego matka do Swietłany.

Swietłana spokojnie zamknęła drzwi i skrzyżowała ręce.

„Myślałam, że się ucieszysz. Tęsknił za domem.”

Napięcie rosło. W końcu Swietłana wybuchła:

„DOŚĆ! Idź do swojej matki — tam nigdy nic nie musiałeś robić!”

Jej głos wypełnił mieszkanie.
 

Następnie zaczęła mówić dalej — o pracy, kredycie, obowiązkach, o tym, że wszystko dźwiga sama. Każde słowo było jak uderzenie.

W końcu zapadła cisza.

Galina Iwanowna pierwsza się odezwała:

„Maksym, idziemy.”

Maksym spojrzał na Swietłanę, potem na torbę. Zrozumiał, że to koniec.

Bez słowa wziął rzeczy i wyszedł.

Drzwi się zamknęły.
 

Swietłana została sama.

Usiadła na kanapie. Nie płakała. Tylko cisza była wszędzie. I pierwszy raz od dawna — mogła swobodnie oddychać.