— A czy twoja matka jest gotowa za to zapłacić, skoro chce zaprosić tylu gości? Czy znowu wszystko spadnie na nas?!

Aleksiej sprawdzał w telefonie, gdzie z karty kredytowej zniknęło tyle pieniędzy, podczas gdy Marina zmywała naczynia po kolacji. Telefon od matki zaskoczył go: zwykle dzwoniła w niedzielę, a dziś była środa.

— Alosza — głos Walentyny Pietrowny był wyjątkowo słodki, co zawsze wzbudzało w nim podejrzliwość — myślałam o moim jubileuszu. Bardzo chciałabym pięknie uczcić swoje siedemdziesiąte urodziny. W końcu to ważny etap!

Marina odwróciła się, słysząc znajome intonacje teściowej. Po twarzy Mariny Aleksiej zrozumiał, że rozmowa nie będzie łatwa.

— Oczywiście, mamo — odpowiedział ostrożnie. — Co masz na myśli?

— No cóż, chciałabym zaprosić wszystkich bliskich, przyjaciół… Może świętować w restauracji? Ale sam wiesz, jaka jest moja emerytura. A tak bardzo chciałabym, żeby wszystko było piękne, uroczyste.

Aleksiej poczuł, jak Marina sztywnieje przy zlewie. Oboje doskonale rozumieli, dokąd to zmierza.

— Mamo, ile osób planujesz zaprosić? — zapytał, już wyczuwając pułapkę.

— No, jak zwykle, około piętnastu. Znasz nasze grono.

Aleksiej odetchnął z ulgą. Piętnaście osób — to było całkiem wykonalne. Spojrzał na żonę; skinęła głową, wycierając ręce ręcznikiem.

— Dobrze, mamo. Marina i ja się nad tym zastanowimy. Może to będzie nasz prezent na twój jubileusz.

— Och, Alosza, dziękuję! Tak się cieszę! Czyli ustalone?

— Mamo, najpierw wszystko policzymy i sprawdzimy ceny. Potem zdecydujemy, dobrze?
 

Po zakończeniu rozmowy Marina usiadła obok niego przy kuchennym stole.

— To co, liczymy? — zapytała bez większego entuzjazmu.

Otworzyli laptopa i zaczęli szukać odpowiednich restauracji. W ich dzielnicy było kilka przyzwoitych miejsc w umiarkowanych cenach. Najbardziej odpowiednia restauracja oferowała menu bankietowe za dwa tysiące rubli od osoby. Przy założeniu, że goście przyniosą własny alkohol, całość wychodziła trzydzieści tysięcy rubli.

— Możemy sobie na to pozwolić — powiedziała Marina, choć w jej głosie brzmiały wątpliwości. — To oczywiście niemała suma, ale twoja matka ma urodziny tylko raz w roku.

— Właśnie. I widziałaś, jaka była szczęśliwa. Dawno nie słyszałem jej tak radosnej.

Następnego dnia Aleksiej zadzwonił do matki i opowiedział jej o restauracji, którą znaleźli.

— „Przytulny Dziedziniec”? — powtórzyła Walentyna Pietrowna. — Gdzie to jest?

— Na Sadowej, niedaleko metra. Bardzo łatwo tam dojechać.

— Alosza, byłeś tam kiedyś? Nigdy o niej nie słyszałam… Może „Złoty Wiek” byłby lepszy? Pamiętasz, byliśmy tam na weselu Swiety?

Aleksiej pamiętał. „Złoty Wiek” nie był tani. Bankiet kosztowałby tam trzy razy więcej.

— Mamo, ale „Złoty Wiek” jest bardzo drogi…

— Cóż, Alosza, to mój jubileusz. Siedemdziesiąt lat to ważna data. Chcę, żeby wszystko było idealne.

Tego wieczoru, podczas kolacji, Aleksiej opowiedział Marinie o rozmowie. Słuchała w milczeniu, po czym odłożyła widelec.

— Ile kosztowałby tam bankiet? — zapytała.

— Około dziewięćdziesięciu tysięcy, jeśli kupimy ich alkohol. Jeśli przyniesiemy własny — wtedy siedemdziesiąt.

— Siedemdziesiąt tysięcy? — Marina pokręciła głową. — Alosza, to dużo. Nie mamy takich pieniędzy.

— No, moglibyśmy wziąć z funduszu wakacyjnego. Albo pożyczyć od twoich rodziców.

— Jakie wakacje? Już od dwóch lat nigdzie nie wyjeżdżamy. A moi rodzice też nie mają takich pieniędzy.
 

Aleksiej wyobrażał już sobie jednak, jak bardzo matka będzie rozczarowana, jeśli odmówi jej prośbie. Walentyna Pietrowna potrafiła wzbudzić w nim poczucie winy nawet wtedy, gdy nie zrobił nic złego.

— Dobrze, jeszcze z nią porozmawiam. Może uda mi się przekonać ją do naszej opcji.

Trzy dni później Walentyna Pietrowna zadzwoniła ponownie. Tym razem jej głos brzmiał jeszcze bardziej entuzjastycznie.

— Alosza, mam nowinę! Wczoraj spotkałam Ninę Wasiliewnę — pamiętasz, moją dawną koleżankę? Tak się ucieszyła, kiedy powiedziałam jej, że zaproszę ją na jubileusz. A potem pomyślałam — dlaczego nie zaprosić wszystkich moich dawnych współpracowników? I naszych sąsiadów z daczy? Z niektórymi przyjaźnimy się przecież od tylu lat!

Serce Aleksieja zamarło na moment.

— Mamo, ile osób wychodzi w sumie?

— No, policzyłam… Około trzydziestu. Może trochę więcej. Ale to mój jubileusz! Siedemdziesiąt lat to nie byle co!

Aleksiej poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. Trzydzieści osób w „Złotym Wieku” kosztowałoby ponad sto pięćdziesiąt tysięcy rubli. Po prostu nie mieli takich pieniędzy.

— Mamo, ale my liczyliśmy na piętnaście osób…

— Ależ Alosza, sam rozumiesz. Jak mogę nie zaprosić ludzi, których znam od tylu lat? Obraziliby się. A ja chcę, żeby święto było naprawdę duże, niezapomniane.

Tego wieczoru rozmowa z Mariną była trudna.

— Sto pięćdziesiąt tysięcy rubli? — powtórzyła, gdy Aleksiej przekazał jej słowa matki. — Alosza, zdajesz sobie sprawę, że to więcej, niż razem zarabiamy w miesiąc?

— Wiem. Ale może moglibyśmy wziąć kredyt?

Marina długo milczała, patrząc przez okno.

— Kredyt — powiedziała w końcu. — Czyli wzięlibyśmy kredyt na sto pięćdziesiąt tysięcy, żeby wyprawić urodziny twojej matce. A potem spłacalibyśmy go przez dwa lata z odsetkami. Wyszłoby dwieście tysięcy albo więcej.

— No, moglibyśmy wziąć na rok…

— Na rok to piętnaście tysięcy miesięcznie! Piętnaście tysięcy, Alosza! To ogromna suma! Nie będziemy mogli pojechać na wakacje, ani naprawić samochodu, jeśli coś się stanie, ani kupić nowych mebli. Przez cały rok będziemy zaciskać pasa dla jednego wieczoru!
 

Aleksiej wiedział, że żona ma rację, ale nie wyobrażał sobie, jak wyjaśnić odmowę matce. Walentyna Pietrowna przez całe życie pracowała jako nauczycielka, za niewielką pensję, a teraz miała niską emeryturę. W jej życiu było tak mało pięknych i uroczystych chwil.

— Może ty mogłabyś z nią porozmawiać? — zaproponował. — Jak kobieta z kobietą…

— Porozmawiać o czym? — wykrzyknęła Marina. — O tym, że przez osiem lat małżeństwa twoja matka nie powiedziała mi ani jednego miłego słowa? Że wciąż uważa, że nie jestem godna być częścią waszej rodziny? Pamiętasz, co powiedziała na naszym ślubie? „Szkoda, że Alosza nie wybrał właściwej dziewczyny.”

— Marino, nie rozdrapuj przeszłości…

— Przeszłości? — oczy Mariny zabłysły. — A jej ostatnie urodziny? Kiedy przy wszystkich powiedziała, że źle gotuję i nie rozumie, jak ty ze mną żyjesz? Albo kiedy zawieźliśmy jej zakupy, gdy była chora, a ona poprosiła nas o paragony. I nie po to, żeby nam oddać pieniądze, tylko dlatego, że myślała, że kupujemy najtańsze rzeczy. A jej ostatnia uwaga, że dobre synowe pomagają teściowym finansowo?

Aleksiej milczał. Nie mógł zaprzeczyć, że matka często była niesprawiedliwa wobec Mariny. Ale przywykł usprawiedliwiać jej zachowanie wiekiem, samotnością i trudnym życiem.

— A teraz — ciągnęła Marina — chce, żebyśmy zadłużyli się przez jej święto. I ani przez chwilę nie pomyślała, jak to wpłynie na nasze życie. Czy twoja matka jest gotowa za to zapłacić, skoro chce zaprosić tylu ludzi? Czy znowu wszystko mamy wziąć na siebie?!

Pytanie zawisło w powietrzu. Aleksiej zrozumiał, że żona ma rację. Matka powinna była zaproponować podzielenie kosztów albo znaleźć tańszą opcję.

— Porozmawiam z nią — powiedział cicho.

— Co jej powiesz? Że nas na to nie stać? Wtedy powie, że jesteśmy skąpi. Albo że musi zmniejszyć listę gości? Wtedy się obrazi i opowie wszystkim, jakiego ma niewdzięcznego syna.

W sobotę pojechali do Walentyny Pietrowny. Mieszkanie, jak zawsze, było idealnie posprzątane. Matka przywitała ich w eleganckim szlafroku i ze świeżo ułożoną fryzurą.

— Wchodźcie, wchodźcie! Zrobiłam herbatę, przygotowałam ciasteczka. Siadajcie do stołu.

Przy herbacie najpierw rozmawiali o pogodzie, nowinach i zdrowiu. W końcu Aleksiej zebrał się na odwagę, by poruszyć temat uroczystości.

— Mamo, Marina i ja wszystko policzyliśmy… Bankiet dla trzydziestu osób w „Złotym Wieku” będzie bardzo drogi. Może powinniśmy ograniczyć liczbę gości?
 

Twarz Walentyny Pietrowny natychmiast się zmieniła.

— Co masz na myśli? — zapytała chłodno. — Mam kogoś nie zaprosić? Obrazić ludzi?

— No, może moglibyśmy wybrać tych, którzy są ci szczególnie bliscy?

— Alosza, oni wszyscy są mi bliscy. A poza tym co ludzie o mnie pomyślą? Powiedzą, że mam tak skąpego syna, że nie potrafi zorganizować matce prawdziwego jubileuszu.

Marina milczała, ściskając filiżankę. Aleksiej zauważył, jak drgnął mięsień na jej policzku — pewny znak, że powstrzymywała gniew.

— Mamo, to nie kwestia skąpstwa. Po prostu ta kwota jest dla nas bardzo wysoka…

— A ile wydajecie na swoje rozrywki? Na restauracje, kino, ubrania? — Walentyna Pietrowna spojrzała na Marinę. — Na jej drogie kosmetyki i biżuterię?

— Mamo, Marina nie ma drogiej biżuterii…

— Oczywiście, że nie. A to? — wskazała na proste kolczyki Mariny. — To chyba złoto, prawda?

— To sztuczna biżuteria za pięćset rubli — powiedziała cicho Marina.

— Tak, oczywiście. A pierścionek?

— Obrączka.

— Skoro już mówimy o biżuterii — Walentyna Pietrowna nagle się ożywiła. — Pomyślałam… Na jubileusz powinnam mieć nie tylko przyjęcie, ale też prezent. Od dawna marzy mi się złoty pierścionek z małym kamieniem. Nic bardzo drogiego, oczywiście. Po prostu chcę czegoś ładnego.

Aleksiej poczuł, jak zaschło mu w ustach. Złoty pierścionek oznaczałby kolejne dwadzieścia, trzydzieści tysięcy ponad wszystko inne.

— Mamo, no… przecież już organizujemy bankiet. To już samo w sobie jest prezentem.

— Alosza, ale bankiet jest dla wszystkich. Prezent powinien być tylko dla mnie. Rozumiesz?

Aleksiej wymamrotał coś niezrozumiałego, nie mogąc znaleźć słów. Marina milczała, ale widział, że trzęsą jej się ręce.

— My… pomyślimy o tym — zdołał w końcu powiedzieć.

— Pomyślcie, oczywiście — skinęła głową Walentyna Pietrowna. — Tylko że ja już wszystkich uprzedziłam o bankiecie. Nina Wasiliewna nawet kupiła specjalnie nową sukienkę.

Długo jechali w milczeniu. W końcu Marina nie wytrzymała.

— Osiem lat, Alosza. Od ośmiu lat ona tak do mnie mówi. Od ośmiu lat znoszę jej aluzje, wyrzuty, porównania. Od ośmiu lat słyszę, że jestem złą żoną, złą gospodynią, złą synową. A teraz chce, żebyśmy wzięli kredyt, wszystkiego sobie odmawiali przez rok i jeszcze kupili jej pierścionek?

— Marino…
 

— Nie! Dość! — Marina odwróciła się do niego. — Powiedz mi szczerze: kiedy twoja matka ostatni raz powiedziała mi coś miłego? Kiedy zainteresowała się tym, jak się czuję? Kiedy podziękowała mi za pomoc? Kiedy zapytała, czy nas na to stać?

Aleksiej milczał, bo nie miał nic do powiedzenia.

— A teraz żąda ponad stu pięćdziesięciu tysięcy rubli plus pierścionka. I nawet nie przyszło jej do głowy, żeby zaproponować pomoc albo podzielenie kosztów. Wiesz, co najbardziej mnie złości? Nawet nie pieniądze. Tylko to, że ona uważa wszystko za oczywiste. Że to twój obowiązek wyprawić jej wystawne przyjęcie, a ona nawet nie uważa za konieczne podziękować nam z góry.

— Podziękowała nam…

— Była zachwycona! To nie to samo. Była zachwycona, bo dostanie to, czego chce, a nie dlatego, że jesteśmy gotowi coś dla niej poświęcić.

Wieczorem Aleksiej postanowił spróbować jeszcze raz porozmawiać z matką przez telefon. Może spokojnie, bez emocji, wyjaśnić sytuację.

— Mamo, przemyślmy wszystko jeszcze raz. Sto pięćdziesiąt tysięcy to naprawdę dużo dla nas. Może znajdziemy jakiś kompromis?

— Jaki kompromis? — głos matki stał się głośniejszy. — Alosza, całe życie pracowałam, zawsze sobie odmawiałam. Wychowałam cię sama, nigdy niczego ci nie żałowałam. A teraz, kiedy mam siedemdziesiąt lat i chcę choć raz w życiu pięknie świętować urodziny, mój własny syn zaczyna się targować.

— Mamo, ja się nie targuję…

— Właśnie że tak. I wszystko przez tę twoją kobietę. Nastawiła cię przeciwko mnie, prawda? Sączy ci do ucha złe rzeczy o matce, skąpa jedna.

— Mamo, co Marina ma z tym wspólnego?

— Wszystko. Normalna żona wspiera męża, a nie buntuje go przeciwko matce. Zanim się z nią ożeniłeś, nie byłeś taki.

W tym momencie Marina weszła do pokoju. Usłyszała ostatnie słowa i zatrzymała się.

— Mamo, to nieprawda…

— Tak, Alosza. Popatrz tylko, jak ona na mnie patrzy. Jakbym jej coś zabierała. Jestem obca? Jestem twoją matką!

— Tak, jesteś jego matką — powiedziała nagle Marina. — I wykorzystujesz to od ośmiu lat.

Aleksiej znieruchomiał. Walentyna Pietrowna również.

— Co powiedziałaś? — zapytała cicho.

— Powiedziałam prawdę — Marina podeszła bliżej, a Aleksiej włączył tryb głośnomówiący. — Od ośmiu lat wykorzystujesz to, że jesteś jego matką. Przy każdej odmowie wpędzasz go w poczucie winy. Od ośmiu lat słucham twoich wyrzutów, aluzji, porównań. Od ośmiu lat znoszę to, że traktujesz mnie jak człowieka drugiej kategorii. A teraz żądasz, żebyśmy zadłużyli się dla twojego przyjęcia, i nawet nie pomyślisz, żeby zapytać, czy nas na to stać.

— Alosza! — krzyknęła Walentyna Pietrowna do słuchawki. — Słyszysz, jak ona do mnie mówi?

— Mówię do ciebie szczerze — kontynuowała Marina. — Po raz pierwszy od ośmiu lat. I wiesz co? Możesz sama zorganizować swoje święto. Masz emeryturę, masz oszczędności. Jeśli wystawny bankiet jest dla ciebie taki ważny — zapłać za niego sama. A my damy ci taki prezent, jaki uznamy za stosowny.

— Niewdzięcznica! — głos Walentyny Pietrowny drżał z wściekłości. — Chciwa! Alosza, widzisz, kogo poślubiłeś? Zawsze wiedziałam, że ona nie jest godna naszej rodziny! Ona nawet nie rozumie, co znaczy szanować starszych!

— A czy ty wiesz, co znaczy szanować innych? — Marina nie ustąpiła. — Czy wiesz, co znaczy być wdzięcznym za pomoc? Czy wiesz, że ludzie mogą mieć własne plany i własne możliwości?

— Jak śmiesz! Jestem matką!

— A ja jestem żoną! I mam prawo nie być obrażana!

Aleksiej słuchał kłótni i po raz pierwszy od ośmiu lat uświadomił sobie, że Marina ma rację. Całkowitą rację. Jego matka naprawdę używała jego poczucia synowskiego obowiązku jak broni, sprawiając, że czuł się winny. Naprawdę traktowała jego żonę jak wroga. Nigdy nie brała pod uwagę ich możliwości ani pragnień.

— Mamo — powiedział cicho. — Zamilcz.

— Co? — Walentyna Pietrowna była zaskoczona.

— Powiedziałem: zamilcz. Marina ma rację. Ma rację we wszystkim.

Na linii zapadła cisza.

— Ty… stajesz po jej stronie? — wyszeptała w końcu matka.

— Staję po stronie sprawiedliwości — powiedział stanowczo Aleksiej. — Przez osiem lat raniłaś moją żonę. Przez osiem lat zmuszałaś mnie, żebym wybierał między wami. Przez osiem lat milczałem, mając nadzieję, że będzie lepiej. Ale dość.

— Alosza…

— Nie, mamo. Teraz ty mnie posłuchaj. Marina jest wspaniałą kobietą. Jest dobra, mądra, troskliwa. Nigdy nie zabraniała mi ci pomagać. Zawsze wspierała nasze wizyty. Gotowała dla ciebie, sprzątała u ciebie, kupowała leki, kiedy byłaś chora. A w zamian ty tylko ją krytykowałaś i upominałaś.

— Ale ja nie chciałam źle…

— A jak byś to nazwała? — Aleksiej poczuł, jak wzbiera w nim gniew nagromadzony przez lata. — Miłością? Troską? Mamo, przez osiem lat nie powiedziałaś Marinie ani jednej miłej rzeczy. Ani razu nie podziękowałaś jej za pomoc. Za to często porównywałaś ją do innych żon, krytykowałaś jej gotowanie, ubrania, pracę.

— Chciałam, żeby była lepsza…

— Chciałaś, żeby znała swoje miejsce. Żeby zrozumiała, że jest obca w naszej rodzinie. Cóż, gratuluję. Udało ci się.

Walentyna Pietrowna milczała.

— A teraz porozmawiajmy o jubileuszu — kontynuował Aleksiej. — Jesteśmy gotowi podarować ci to, na co możemy sobie pozwolić. Ale nie będziemy zadłużać się przez twoje przyjęcie. Jeśli chcesz bankietu dla trzydziestu osób w drogiej restauracji — zorganizuj go sama. Masz pieniądze, masz przyjaciół, którzy mogą ci pomóc.

— Nie mam takich pieniędzy…

— W takim razie zaproś piętnaście osób do skromnej restauracji. Albo świętuj w domu. Pomożemy ci z jedzeniem i sprzątaniem. Ale nie masz prawa żądać od nas niemożliwego.

— A więc tak — głos matki stał się lodowaty. — Mój syn uważa, że nie zasługuję na piękne święto.

— Mamo, dość manipulacji. Zasługujesz na piękne święto. Ale za własne pieniądze. Jak każdy.

— Rozumiem. W takim razie w ogóle nie przychodźcie na moje urodziny. Skoro jestem dla was ciężarem.

— Jak chcesz — powiedział Aleksiej ze zmęczeniem. — Jeśli zdecydujesz się świętować skromnie, zadzwoń do nas. Przyjdziemy z prezentem i życzeniami. Jeśli chcesz się obrażać i manipulować — przykro mi.
 

Rozłączył się i objął Marinę.

— Przepraszam — powiedział cicho. — Przepraszam za te wszystkie lata. Powinienem był bronić cię dużo wcześniej.

Marina objęła go z powrotem. Po raz pierwszy od dawna poczuła, że naprawdę są rodziną. Nie dwojgiem ludzi ciągnących kołdrę w swoją stronę, ale prawdziwą drużyną.

Tydzień później Walentyna Pietrowna zadzwoniła. Jej głos był spokojny i skruszony.

— Alosza — powiedziała — pomyślałam… Może naprawdę powinniśmy świętować skromniej? W domu, tylko z najbliższą rodziną?

— Dobrze, mamo — odpowiedział Aleksiej. — Pomożemy.

— I… zaproś też Marinę. Niech przyjdzie.

— Mamo, przecież wiesz — zawsze przychodzimy razem.

— Tak, oczywiście. Po prostu… chciałam powiedzieć, że będę się cieszyć, jeśli ją zobaczę.

To nie były przeprosiny, ale to był początek. I może na razie to wystarczało.

W dniu jubileuszu pojechali do Walentyny Pietrowny z bukietem kwiatów i małym prezentem — piękną szkatułką na biżuterię. Nie złotym pierścionkiem, ale szczerym wyrazem uwagi.

Przy stole zebrało się dziesięć osób — najbliżsi krewni i przyjaciele. W swojej najlepszej sukience Walentyna Pietrowna wyglądała odświętnie i godnie. Przyjmowała życzenia z opanowaniem, a nawet podziękowała Marinie za pomoc w przygotowaniach.

To nie było ciepło, o którym Marina marzyła. Ale był to szacunek. I, jak się okazało, to wystarczyło, by rozpocząć nową relację.

Wrócili do domu i oboje zrozumieli, że tego dnia coś ważnego zmieniło się w ich rodzinie. Nauczyli się być drużyną. A to było warte więcej niż jakikolwiek złoty pierścionek.